„Wiktoria narodów” – Ryszard Czarnecki. Obowiązki polskie


Amerykański konserwatysta Irving Kristol (1920-2009), liberał nawrócony na prawicę , pisał przed 40 laty, że spekulacje ,żywe w jego pokoleniu,  o zmierzchu państw narodowych okazały się złudzeniem. Ten herold, opisywanej przez Guy Sormana „rewolucji neokonserwatywnej”, trafnie oddał pewną rzeczywistość. Można rzec, że stał się nawet w pewnym sensie „prorokiem Irvingiem” ,bo przecież Związek Sowiecki rozpadł się na państwa narodowe (w części z nich Rosja straciła wpływy od razu, w części zaś traci systematycznie dotąd), Jugosławia również stała się pieśnią przeszłości, bo rozerwał ją nie tyle nacjonalizm, jak często pisze się na Zachodzie, ale po prostu patriotyzm narodów ją dotychczas tworzących (ostatnim aktem tej „nacjonalizacji” Jugosłowiańskiej Federacyjnej Republiki Socjalistycznej był rozwód Serbii i Czarnogóry czyli coś, co wcześniej wydawało się absolutnie niemożliwe),wreszcie w Czechosłowacji Czesi rozwiedli się ze Słowakami. Po zjednoczeniu dwóch państw niemieckich: „kapitalistycznej” Republiki Federalnej (dawnej NRF) i  komunistycznej Niemieckiej Republiki Demokratycznej okazało się, jak nieprawdziwa była teza XIX-wiecznego  lorda Actona, głoszącego, że to państwa tworzą narody. Oczywiście możemy mówić o różnicach między „Wessi”  czyli mieszkańcami dawnej NRF i „Ossi” (tymi z NRD), a  nawet antagonizmach między nimi – ale jednak przed 4,5 dekady nie powstał naród „wschodnioniemiecki”, ani również „zachodnioniemiecki”. Jednak to ewidentne zwycięstwo idei państw narodowych na Starym Kontynencie, ta wiktoria narodów nad wielonarodowymi molochami, choć spektakularna  w Europie, nie jest wyłącznie nasza specyfiką. Jeśli dzisiaj obserwujemy rzecz niegdyś niebywałą: wspólny start w Igrzyskach Olimpijskich pod jednym szyldem toczących niegdyś kilkuletnią zaciekła wojnę Korei Południowej i Koreę Północną, to widać, że także Półwysep Koreański jest terenem, w  którym poczucie więzów kulturowo-narodowych staje się ważniejsze niż nawet najbardziej skrajne antagonizmy polityczno-ustrojowe.

Będąc kilka razy na Tajwanie widziałem, że większość mieszkańców tego 21-milionowego państwa uznawanego przez coraz bardziej kurczącą się liczbę kilkunastu krajów na świecie jest dumna ze swojego demokratycznego ustroju i fantastycznego rozwoju technologicznego oraz gospodarczego, a jednocześnie ma głębokie poczucie związku z  kulturą i cywilizacją chińską – są zatem może nie lubiącymi Pekinu, ale jednak Chińczykami z Tajwanu. To też przykład tego, że narodowość, poczucie wspólnoty narodowej, wygrywa z geopolityką.

Gdy byłem wiceprzewodniczącym Parlamentu Europejskiego, gdzie miedzy innymi odpowiadałem – poza kontaktami z państwami Partnerstwa Wschodniego (Ukraina, Białoruś, Mołdawia, Gruzja, Armenia, Azerbejdżan)- również za relacje z państwami Azji Centralnej (dawnej Azji Sowieckiej), przyjmowałem na uroczystym obiedzie delegacje parlamentu Turkmenistanu, jednego z sześciu państw tego regionu, obok Kazachstanu, Kirgistanu, Uzbekistanu, Tadżykistanu i Mongolii. Deklarujący islam posłowie Medżlisu (tak się nazywa ichniejszy Sejm) nie byli zbyt ortodoksyjni i po paru kieliszkach wina jeden z szefów delegacji przy toaście zdobył się na szczere wyznanie, nie mające nic wspólnego z „polityczną poprawnością”: „Turkmenistan i Turcja – dwa państwa, jeden naród” – rzekł. Nikt z przedstawicieli turkmeńskiego parlamentu jakoś nie zaprotestował. To również pokazuje, że upychane w różne formy państwowości nacje w naturalny sposób ciążą w kierunku powrotu do historycznych  korzeni.

Piszę o tym, dlatego żeby pokazać, iż XXI wiek pod tym względem nie różni się specjalnie  od wieku XIX czy XX.  To interesy narodowe są drogowskazem dziejów. Oczywiście idzie to w parze, o paradoksie, z polityczną integracją na wielu kontynentach.

Mamy Unię Europejską (niegdyś EWG), Unię Afrykańską (niegdyś OJA – Organizacja Jedności Afrykańskiej) czy różne formy integracji w  Ameryce Łacińskiej, na czele z MERCOSUREM z siedzibą w Montevideo. Jednak choćby euroentuzjaści i najbardziej zagorzali propagandziści integracji europejskiej deklamowali przez 24 godziny na dobę o europejskiej solidarności i europejskiej jedności oraz braku alternatywny dla UE, to i tak jak przychodzi pandemia  wszyscy porzucają slogany i bronią własnych, narodowych interesów. Akurat obserwujemy to w spektakularny sposób teraz. Jednak ta sama twarda walka „o swoje” odbywała się w Brukseli z udziałem  najpierw UE-28, a  teraz, po Brexicie już tylko UE-27, gdy co siedem lat dochodzi do dzielenia pieniędzy w ramach unijnych finansowych ram wieloletnich (za komuny były plany 5-letnie, w UE są budżety 7-letnie…). Tu też nie ma zmiłuj i walka o to, co „nie śmierdzi” jest zażarta, bo każdy ciągnie w swoją stronę, nawet  jeśli na co dzień setki razy powtarza frazesy z „eurospeaku” o tym, jaką Unia jest solidarną wspólnotą. 

Zmieniają się ustroje i polityczne doktryny, przemijają „izmy”, wynalazki i technologie zastępują to, co było nowoczesne dekadę czy dwie wcześniej, ale Narody, wspólnoty narodowe, trzymają się krzepko. Niech nikt nie myśli, że to eurokraci decydują o kształcie Unii Europejskiej. Nie, to największe państwa, typu Niemcy i Francja, zgodnie z własnymi, dobrze pojętymi interesami, kształtują ją tak, aby poszerzyć swoje, owych „motorów” integracji europejskiej, wpływy.

Walcząc o polskie interesy nie jesteśmy ani staroświeccy ani śmieszni. Robimy dokładnie to, co czynią inne narody…

Ryszard Czarnecki