Prof. Jan Żaryn – „Czym był dla Polski pokój ryski?”

19 marca 2021

Polska Odrodzona dwukrotnie w ciągu pierwszych lat swego istnienia współtworzyła porządek ówczesnego świata – była wtedy nie tylko podmiotem polityki międzynarodowej, ale także nieodzownym fundamentem stworzonego wspólnie z aliantami porządku geopolitycznego.

Po raz pierwszy, dzięki Komitetowi Narodowemu Polskiemu (KNP) w Paryżu, którego polityka doprowadziła Polskę do grona państw zwycięskich w I wojnie światowej. Co to znaczyło przekonały się np. Węgrzy, które trwając w sojuszu z Austrią i Niemcami pożegnały się ze znaczną częścią swego terytorium i ludnością pochodzenia węgierskiego. W konferencji wersalskiej brali bowiem udział jedynie zwycięscy, których w sumie było 29 państwa świata – w tym Polska, ledwo co istniejąca po 123 latach nieobecności na mapach. Trudno nazwać tę obecność porażką, nawet jeśli przyjmiemy, że plan Dmowskiego-Paderewskiego zrealizowaliśmy w 75%. Mając taki sukces w garści, niestety, szybko potrafiliśmy go stracić. Postanowienia traktatowe weszły w życie z dniem 1 stycznia 1920 r. W lipcu 1920 r., po druzgocącej klęsce wyprawy kijowskiej, w belgijskim Spaa zostaliśmy sprowadzeni do roli Królestwa Polskiego z 1815 r. powołanego decyzją wielkich podczas kongresu wiedeńskiego. Szczególnie Anglicy skwapliwie przyjęli do wiadomości, że ponownie trzeba budować równowagę europejską bez Polski Odrodzonej, co przy okazji osłabi jej sojusznika/rywala , czyli Francję. Nawet ta ostatnia, nie chcąc pozostać na uboczu polityki mocarstwowej zaczęła dogadywać się ponad naszymi głowami z gen. Piotrem Wranglem. Koncepcja federacyjna sama się zatem skompromitowała.

I gdyby nie wielka mobilizacja, powstanie Rady Obrony Państwa, której pierwsze posiedzenie odbyło się 1 lipca 1920 r. w Belwederze, a następnie  rządu szerokiej koalicji z Wincentym Witosem na czele pod koniec tego miesiąca, oraz niezwykła siła polskiej modlitwy i odwaga polskiego żołnierza, także zdolności dowódców, w tym Szefa Sztabu Generalnego i Naczelnego Wodza, ten upadek znaczenia naszego państwa na arenie międzynarodowej skończył by się całkowitą utratą niepodległości. Bolszewicy podali w Mińsku białoruskim upokarzające warunki, dalej idące niż linia Curzona wyznaczona przez nieprzychylną nam Wielką Brytanię.

ROP został powołany przez Sejm Ustawodawczy jednogłośnie. Początkowo jednak część lewicy buntowała się z racji poparcia ROP-u przez centrowo-prawicowe partie, bez których jednak nie istniała by żadna solidarna reprezentacja państwa. A to za sprawą  wyniku wyborów demokratycznych ze stycznia 1919 r., które wygrali względnie narodowcy, a nie lewica. To nota bene świadczyło o tym, że nawet w tych warunkach część lewicy, głównie PSL „Lewica” i PSL „Wyzwolenie”, chciały wyzyskać sytuację na froncie by stworzyć tzw. „rząd ludu pracującego”, i zapewne władzy już nie oddać, zamiast przychylić się do powołania formacji tymczasowej – ustawodawczo – wykonawczej – reprezentującej wszystkie podmioty: Naczelnika Państwa, SU i Rząd; jedynym posłem który do końca uznał że Rada jest skrytą „dyktaturą endecką” pozostał ks. Eugeniusz Okoń, swego czasu twórca bolszewickiej „republiki Tarnobrzeskiej”; reszta lewicy pod presją Józefa Piłsudskiego, dla którego istotne było by żołnierz odczuwał polityczną zgodę na zapleczu frontu, odstąpiła od rewolucyjnych mrzonek. Po raz pierwszy ostatecznie zwyciężyła solidarność w trudnych warunkach. Podobna atmosfera, przełamywania lewicowych zapędów dyktatorskich, towarzyszyła tworzeniu się rządu Wincentego Witosa, pod koniec tego samego miesiąca. Do Rządu Obrony Narodowej, a nie „robotniczo-chłopskiego”, weszli 20 lipca 1920 r. zarówno przedstawiciele PSL Piast, jak i PPS i najsilniejszego klubu parlamentarnego czyli narodowców: ZLN (z formacji prawicowo-centrowych było zresztą najwięcej ministrów w tym gabinecie, choć teki premiera i wicepremiera należały do liderów partii ludowej i robotniczej; tekę szefa MSZ dzierżył Eustachy Sapieha, polityk potrafiący rozmawiać tak z ZLN, jak i Naczelnikiem Państwa).

Bitwę Warszawska wygraliśmy w sierpniu 1920 r., ale wzlot i upadek polskiego miejsca na mapie stanowiły znaczącą lekcję wymuszającą pokorę i szukanie stabilizacji. Przełomowym momentem politycznym  stało się posiedzenie ROP z dnia 11 września 1920 r., podczas  którego delegacja polska z Janem Dąbskim z PSL „piast” i Stanisławem Grabskim z ZLN na czele miała się udać na kolejną turę negocjacji z bolszewikami, już w nowych warunkach militarnego rozstrzygnięcia. Największą presję na polskim rządzie wywierał nasz jedyny realny sojusznik, czyli Francja. Ta zaś dzięki polskiemu zwycięstwu odzyskała pożądaną także dla nas pozycję lidera – zastępując Wielką Brytanię – we wschodniej i środkowej Europie. Jak zapewniał z Paryża nasz poseł Maurycy Zamoyski, należało to wyzyskać, ale i liczyć się z francuskimi interesami.  Francja godziła się na granicę polsko – rosyjską na Zbruczu, co de facto przekreślało kontynuację projektu federacyjnego z Ukrainą, ale jednocześnie naciskała by nie wchodzić na Kresy zbyt daleko na wschód, co będzie skutkowało rewanżyzmem i oskarżeniami Polski o imperializm (a jednocześnie utrudni obronę Polski Odrodzonej w sytuacji, gdyby „biali” sojusznicy Francji odzyskaliby władzę w Rosji). Zarówno pod wpływem tych nacisków, jak i przyjęciu przez polską dyplomację tezy o ustanowieniu pokoju sprawiedliwego, a nie odwetowego, podczas wspomnianej sesji ROP „za linią Rady Ministrów oświadczyli się w drugim głosowaniu wszyscy obecni” – czytamy w protokole. Jak pisał Tadeusz Piszczkowski „uchwalona instrukcja wyznaczała, jako żądaną granicę wschodnią, na odcinku północnym linię b. okopów niemieckich z czasu wojny 1914-1918, ku południowi zaś linię Horynia i Zbrucza (z zapewnieniem Polsce linii kolejowej Brody-Równe-Sarny)”. Warto może dodać, że dyskutowano raczej o przejściu Zbrucza niż o dotarciu do Mińska Białoruskiego, bo przemawiały za tym – zdaniem gen. Tadeusza Rozwadowskiego – względy militarne. Jednak za sprawą głosów lewicy, zatrzymano polskie roszczenia na rzece Zbrucz i historycznej granicy między zaborami. A zatem – choć nie z tym samym entuzjazmem – cały Sejm Ustawodawczy oraz otoczenie Naczelnika Państwa, przyjęli do wiadomości instrukcje z którymi delegacja jechała do Rygi. Byli nią związani na dobre i na złe. W kolejnych tygodniach września i października 1920 r. Jan Dąbski z PSL „Piast” i jego prawa ręka, w osobie Stanisława Grabskiego z ZLN, kierującego komisją ds. granic, negocjowali warunki rozejmu i pokoju z delegacją bolszewicką, na czele której stał Adolf Joffe. Nie jest prawdą, to do czego przekonywał Władysław Pobóg-Malinowski w swej fundamentalnej pracy, że delegacja bolszewicka z podkulonym ogonem gotowa była oddać nam całą Białoruś z Mińskiem aż do bramy smoleńskiej. Bolszewicy wprawdzie odstąpili od żenujących warunków sprzed warszawskiej fazy konfliktu, ale nie byli skorzy do uległości (np. mocno obstawali by wspomniana linia kolejowa nie weszła do II RP). Strona polska zaś zdawała sobie sprawę nie tylko z uwarunkowań międzynarodowych, w tym reprezentowania interesów całej Europy podczas negocjacji, w której liderem była Francja,  ale także z faktu, iż Polacy byli już zmęczeni wojną trwającą na naszych ziemiach od 1914 r. Ziemie poza „linią Rady Ministrów” na wschód były w znikomym procencie zamieszkałe przez Polaków, a zatem (o co później chodziło piłsudczykom) zajmując Mińszczyznę bylibyśmy naciskami przez elitę białoruską, by – podobnie jak Petlura na Ukrainie –  reprezentować jej interesy w ustawicznym konflikcie z Rosją. Koncepcja federacyjna zaś, jak uważali polscy negocjatorzy, de facto służyła realizacji niemieckiej wizji Mitteleuropy z okresu pokoju brzeskiego z początku 1918 r. Do Niemiec bowiem ostatecznie zwracaliby się politycy wschodnich narodów o pomoc, a nie do słabszej Polski. Większość ówczesnej elity politycznej uznawała zaś, że Polska Odrodzona – jak pokazała historia porażek z roku 1920 – jeśli chce zachować niepodległość musi  z jednej strony dążyć do pokoju, a nie kolejnej fazy wojny, z drugiej strony zaś do ustabilizowania granic przynajmniej na wschodzie, skoro granice z Niemcami i tak stanowią – jej zdaniem – główną oś konfliktu „na zawsze”. Oczywiście, przewagę w delegacji mieli zwolennicy koncepcji inkorporacyjnej, którzy nadto obawiali się, że obca etnicznie i świadomościowo ludność Kresów wschodnich nie podda się repolonizacji. Tymi przesłankami kierowano się, gdy ostatecznie 12 października 1920 r. układ został podpisany, a 18 października wszedł on w życie. Polska delegacja była chwalona na świecie, a nasi zachodni sojusznicy uznali – nie zawsze szczerze – że uzyskując rozejm a potem pokój, dokończyliśmy wersalskiego dzieła. Z kolei, podczas 177 posiedzenia SU z dnia 22 października 1920 r. przy pełnej akceptacji całego składu parlamentu nastąpiła ratyfikacja preliminarza pokojowego, rozejmu, w tym ustalenia ostatecznych granic. Nastąpił kolejny etap negocjacji, żmudny i trwający do marca 1921 r., a dotyczący kwestii roszczeń, zwrotów, reparacji, ochrony ludności polskiej, czy prawa jej wyjazdu do II RP, itd. (Ostatecznie pokój ryski został zaakceptowany przez państwa ówczesnego świata w 1923 r.).

Dopiero po podpisaniu rozejmu, a następnie pokoju nastąpił zwrot akcji; posypały się gromy na część polskiej delegacji (mimo iż w jej składzie byli reprezentanci wszystkich sił politycznych), w tym na głowę Stanisława Grabskiego.

Niniejszy fragment pamiętników Stanisława Grabskiego wskazuje na głęboki konflikt, który ujawnił się już wkrótce po podpisaniu rozejmu, a jeszcze bardziej po ratyfikacji ostatecznego pokoju ryskiego z 18 marca 1921 r.

Stanisław Grabski o pokoju ryskim

W pierwszej chwili po powrocie delegacji naszej do Warszawy powszechnie panowało w Sejmie i społeczeństwie zadowolenie z zawartego preliminarza pokojowego [z 18 X 1920 r. – J. Ż.]. Ale niebawem zaczęły się nań ataki. Organizatorami ich byli niewątpliwie piłsudczycy. Wysunęła się jednak na front kampanii mającej przeszkodzić ratyfikacji przez Sejm traktatu pokojowego z Rosją Sowiecką liczna wówczas w Warszawie kolonia ziemian polskich i działaczy narodowo-kulturalnych z ziemi mińskiej, mohylewskiej, spod Konstantynowa, Kamieńca, Płoskirowa, Winnicy… Gorycz ich była aż nadto zrozumiała. Toć przez sto przeszło lat rodziny ich uporczywie znosząc niezliczone prześladowania, nie tylko same pozostawały wierne swej narodowości i wierze, ale nie szczędziły największych wysiłków, by na ziemiach, które przed rozbiorami wchodziły w skład Rzeczypospolitej Polskiej utrzymać jeśli nie przewagę, to  przynajmniej silną pozycję polskiej kultury. I była już chwila, że były w ich rodzinnych stronach i polskie wojsko i polskie władze administracyjne. I oto po świetnym zwycięstwie nad Wisła i Wkrą – Polska się ich wyrzeka, pozostawia ich domy, majątki, parafie, groby, groby ich przodków poza swymi granicami. Za tę krzywdę obwiniali oni mnie przede wszystkim. W trakcie dyskusji w Sejmie na temat traktatu ryskiego z galerii sejmowej rzucono na ławy poselskie paręset ulotek ostro piętnujących mnie za zaprzepaszczenie naszych kresów wschodnich. Nie mogłem czuć jednak odrobiny żalu do tych naprawdę ciężko dotkniętych losem, nie z ich winy, ludzi.

Następnie jednak cała niemal prasa lewicowa przez parę lat, przy każdej nadarzającej się okazji, atakowała mnie za nadmierną jakoby ustępliwość wobec bolszewików w Rydze, w szczególności za pozostawienie Mińska poza naszą granicą. Długo na te napaści nie odpowiadałem ani słowem. Aż dopiero w marcu 1923 r. zwróciłam się w „Słowie Polskim” z apelem do publicystów obozu lewicowego, „by raz wreszcie zdecydowali, kto jest właściwym autorem pokojowego preliminarza w Rydze: p. Dąbski czy ja… Jeśli to moje dzieło – w takim razie  zrozumiałe są pretensje tych, co uważają  granicę tę za zbyt szczupłą, ale jeśli to p. Dąbski jest twórcą pokoju ryskiego – to on odpowiada za to, że granica nasza nie sięga Dniepru. Tymczasem p. Dąbskiemu przypisuje się całą zasługę pokoju ryskiego, ale mnie się obwinia, że np. Mińsk nie należy do Polski. Zbyt to wyraźna niekonsekwencja”. Oczywiście ten mój apel nie miał wielkiego skutku.

Stanisław Grabski, Pamiętniki, t.2, Warszawa 1989, s. 180-181.

– Tekst ukazał się w ” W Sieci Historii” marzec-kwiecień 2021, nr 94-95 –

Delegacja polska na rozmowy o zawieszeniu broni i zawarciu pokoju z Rosją Sowiecką.
Od lewej siedzą: Władysław Kiernik, gen. Mieczysław Kuliński, Jan Dąbski, Stanisław Grabski, Leon Wasilewski.
Stoją: Michał Wichliński, Witold Kamieniecki, Norbert Barlicki, Adam Mieczkowski, Ludwik Waszkiewicz.
Autor: Redakcja IDMN