„Szerokie Dusze” – odc. 10. IDMN publikuje powieść Stanisława Piaseckiego

13 sierpnia 2021

12 czerwca 1941 r. w podwarszawskich Palmirach, w ramach akcji AB Niemcy rozstrzelali Stanisława Piaseckiego – redaktora związanego z obozem narodowym tygodnika kulturalnego „Prosto z Mostu”. Znany głównie ze swojej publicystyki politycznej i kulturalnej Piasecki próbował sił również na polu literackim. W związku z 80. rocznicą jego śmierci Instytut Dziedzictwa Myśli Narodowej im. Romana Dmowskiego i Ignacego Jana Paderewskiego rozpoczął publikację drukowanej w latach 1931-1932 powieści Piaseckiego „Szerokie Dusze”.

Co tydzień na stronie IDMN zamieszczany jest kolejny rozdział powieści.

***

ROZDZIAŁ X

Nagły zryw pałeczki dyrygenta – i orkiestra rozbrzmiała furią dźwięków. Przez salę koncertową przeszedł dreszcz. Od pierwszego taktu chwytała ta muzyka za serca, każąc im bić swoim rytmem.

Cyprian Rząśnicki siedział na końcu sali w oszołomieniu zasłuchania. Nie widział nic. Ani swych najbliższych sąsiadów, ani mrowia głów przed sobą, ani dalekiej estrady. Istniało dla niego tylko to, co słyszał. Drżało w nim wszystko najgłębszym wzruszeniem, jakie może dać sztuka. Drugi już raz słuchał Harnasiów Szymanowskiego. Za każdym razem reagował tak samo – nie, za każdym razem reagował silniej. Szła z orkiestry potęga brzmienia, obezwładniająca wszelki odruch myślenia o czymkolwiek, tak bez reszty zazębiała się z czuciem. Nic był Cyprian w stanic nic analizować, nie miał ochoty rozśrubować mózgiem żadnego szczególiku utworu, by zobaczyć, jak jest zrobiony. Fachowość muzyczna i techniczne zainteresowania zawisły na kołku. Był zwykłym, najzwyklejszym słuchaczem, takim jak wszyscy inni, urzeczonym dechem wielkości, wionącym poprzez salę z estrady.

Przebrzmiały ostatnie tony i zerwała się burza oklasków. Cyprian bił brawo narówni z wszystkimi, jak oszalały. Dopiero gdy się wyładował w nim entuzjazm, przyszło gorzkie, bolesne uczucie swej własnej małości. Nigdy nie potrafił nic takiego napisać. Psuje tylko niepotrzebnie papier nutowy. Jakież nędzne, słabe, puste jest to, nad czym pracuje teraz do konkursu imienia Gomółki. Jeszcze przed kilku godzinami, gdy wstawał od stolika po przepisaniu pierwszej części partytury, wydawało mu się, że stworzył rzecz wartościową, ba, może nawet wielką. A tymczasem… Czyż można nawet porównywać?

Dyrygent znów podniósł pałeczkę. Cyprian zajrzał do programu: Symfonia tatrzańska i dobrze znane nazwisko jednego z młodych kompozytorów.

Zaczął słuchać. Ten sam temat, ten sam materiał folklorystyczny, a zupełnie co innego. Brzmienie nikłe, robota upozowana na oryginalność wyziera z każdego taktu. Z początku śledził muzykę uważnie, notował w myśli błędy, wyłapywał interesujące szczegóły, ale go to w końcu znużyło. Uwaga Cypriana skoncentrowała się nieoczekiwanie na jakiejś łysej, bardzo zabawnej głowie o groteskowym sklepieniu czaszki, którą zobaczył tuż przed sobą. Tam dalej, na lewo, pod ścianą, siedzi Lutek Boner. Uśmiechnęli się do siebie. Kto to może być ta pani w lśniącym żakieciku z białych koralików? Ślicznie wygląda. Ach, jak to światło razi! Mogliby dać w żyrandolu mleczne żarówki. I jakie to krzesło twarde!

Orkiestra zabrzmiała forte. Cyprian skupił się znów w sobie. Zimno, spokojnie, rozważnie słuchał taktu po takcie. Ech! Pocóż ta rozwlekłość. I wogóle wszystko razem niewielki ma sens. No no! Że też chcą to grać. Wrócił z zadowoleniem myślą do swojej kompozycji, którą miał na warsztacie. Nie jest wcale tak źle. Jest i nawet bardzo dobrze. W porównaniu z tym! I chyba także bez porównania. Tak, tak, niewątpliwie. Jego Ewa powinna dostać na konkursie nagrodę, tylko jeszcze trzeba skończyć, napisać ostatnią zwrotkę, która ani rusz nic chce wychodzić. Co to znaczy – musi wyjść!

Blade oklaski uprzytomniły Cyprianowi, że orkiestra dograła Symfonię tatrzańską do końca. Publiczność zaczęła się tłoczyć ku wyjściom do foyer. Przerwa.

Lutek Boner zbliżył się do Cypriana.

– Czołem, cześć, czuwaj! – uścisnął mu rękę.

– No, co powiesz o tej Symfonii tatrzańskiej?

– Słabiutkie – skrzywił się Cyprian.

– Poprostu dentol![1]– grzmiał Lutek. – A jak twoja robota? Zdążysz na czas?

– Chyba zdążę.

– Powiedzże mi raz nareszcie, co ty właściwie piszesz? Konspirujesz się wprost nieprzyzwoicie.

– Nie chcę, żeby się rozniosło, że to moje. Nuż na konkursie odwalą, to tylko wstyd będzie.

– Jak uważasz. Ale widzisz, jury obsadzone jest przez naszych… Masz duże szanse.

– Zobaczymy.

Cyprian nie lubił o tym mówić. Raz widział się w myśli zwycięzcą konkursu, to znów był przekonany, że jury nie zwróci nawet uwagi na jego pracę. Im bardziej zbliżał się termin, tym większe ogarniało go podniecenie.

Zaraz po koncercie wrócił do domu, by wziąć się do roboty. Na biurku zastał list od matki. Z niecierpliwością rozerwał kopertę. Pierwszy raz pisała od czasu jego wyjazdu z Łutowszczyzny, choć Cyprian wysłał od niej kilka listów. Tak się już niepokoił, że onegdaj nadał telegram. Pewnie odpowiedź.

Szybko przebiegł oczyma po równych linijkach liter zaokrąglonych i czytelnych. Matka tłumaczyła się, dlaczego tyle czasu nie pisała. Przed paru zaledwie dniami Helenka wstała z lóżka po chorobie. Do Zońki zaangażowano nauczycielkę, która niedawno przyjechała i trzeba ją było wprowadzić w nowy tryb życia. Masę kłopotów gospodarskich. Żuk zwichnął nogę przy zwózce kartofli. Kierszula zachorowała na krwawkę. Wyleczyć miał ją pono Biełmacz. Ceny za drób gwałtownic spadają, tak że przewidywany dochód z kaczek ledwie opłaci ich hodowlę. Na końcu dopisek Zońki z zapytaniem, jak się sprawuje w Warszawie Reks, którego Cyprian zabrał ze sobą.

A o tym, co Cyprian uważał za najbardziej istotne – ani słowa!

No, przecież jest. Na drugiej stronie listu krótkie post scriptum: „Bardzo się zdziwiłam tym, co pisałeś o propozycji p. Wallenburgowej. Czy byłeś u jej adwokata i podpisałeś już umowę? Obawiam się, czy to znów nie jest jakaś fałszywa gra”.

Tylko tyle.

Cyprian zmiął list w ręce. Nie był u adwokata i nie podpisywał żadnej umowy, ale to nic nie ma do rzeczy. Tak byli w Wilnie zajęci sobą, że nie starczyło czasu. Umówili się, że wszystkie formalności załatwią w okresie świąt, gdy Cyprian przyjedzie do Łutowszczyzny. Sprawa jest aktualna dopiero od nowego roku. Jaka matka jest podejrzliwa! „Fałszywa gra” – to wszystko, co jej przyszło na myśl. Nie wierzy widocznie. Nie uradowała się wcale, że wrócą do Niekłaniszek. A przecież wyraźnie napisał, że będę się musieli tam przenieść, bo on nie ma ani zamiaru, ani możności opuszczać Warszawy i zaszywać się na wsi. Nie rozumie się zresztą na gospodarce rolnej.

Wyszedł na taras i zapatrzył się w długie podwójne sznury lamp, przecinające świecącymi punkcikami ciemność nocy: nieruchome, na słupach i falujące, odbite w wodzie Wisły. Po dalekim moście przejechał z hurkotem tramwaj, dudniąc echem aż tu, na krzywiznach dachów Starego Miasta.

Od kilku dni co wieczora spędzał na tarasie długie godziny, szukając w myśli zakończenia do swego poematu wokalno-symfonicznego. Reks kładł mu się u nóg, zadowolony, że pan nie brzdąka na fortepianie. Psisko, ku wielkiemu zmartwieniu Cypriana, okazało się zdecydowanie niemuzykalne. Na dźwięk fortepianu jeżył sierść, drżał na calem ciele i jak oszalały biegał po pokoju, tocząc z pyska ślinę. Musiał go Cyprian zamykać na tarasie, ale i stamtąd dochodziło psie skomlenie. Zato gdy pan wychodził na taras, pies nie odstępował go ani na krok. Gdy siedział, leżał mu u stóp, gdy spacerował tam i z powrotem, chodził za nim, udając cień. Ale jakby rozumiejąc, że pan, nic nie robiąc, coś jednak robi, nie naprzykrzał się mu, nie łasił, nie chcąc przeszkadzać.

I dziś siedział spokojnie, strzygąc tylko uszami na każdy hałas, dolatujący znad rzeki. Pan zaczął z nim pierwszy karesy, gładząc go ręką po głowie. Nie mógł się Cyprian skupić. List matki odnowił wszystkie wspomnienia. Krysta, Marysia, Niekłaniszki, Łutowszczyzna, Wilno… Matka donosiła także, że na grobie ojca przystąpił już kamieniarz z miasteczka do ustawiania pomnika. Sześcienny obelisk z żelaznym krzyżem. Podobny do nagrobka pradziada Jana…

Stanął mu w oczach cmentarz wiejski dookoła starego kościoła. I chwila pogrzebu. Żółta, gliniasta ziemia rozkopanej mogiły, czarna trumna i chrapliwy, przejmujący głos księdza, intonujący: Salve Regina… wtedy zrozumiał, co to jest śmierć.

Pojęcie śmierci skojarzyło mu się w mózgu z ponurymi dźwiękami tej pieśni. Teraz jeszcze dreszcz go przeszedł, gdy sobie przypomniał ową chwilę.

Nagle przyszło na Cypriana olśnienie. Ach, tak! To jest właśnie to, nad czym się męczył od kilku dni. Ostatnia zwrotka wiersza, do którego pisał muzykę, zamykała się przecież motywem śmierci: ,,…z sypkiej wydmy piaszczystej wiatr kości wygrzebał…”. Jest już, jest! Na skrzypcach rozpętać wicher, wzmocnić blachą, a kontrabasom dać melodię Salve Regina. Nie powinna się wybijać, niech będzie ledwie dosłyszalna w pomrukach całej orkiestry, ale ona dopiero stworzy nastrój, któremu nie umiał dotąd dać wyrazu. Słyszał już, jak to będzie brzmiało, zaczęły mu się układać w myśli harmonie, widział takt za taktem.

Zerwał się, by pisać. Gdy siadł nad papierem nutowym, przyszła refleksja. Nie, tego nie można zrobić. Nie wolno. To jest jakby wystawianie na pokaz spraw najbardziej osobistych. Korzystać z śmierci ojca i wstrząsu, jaki w nim wywołał, dla błahej bądź co bądź kompozycji! Obnażać to, co boli każdym przypomnieniem! Łączyć przeżycia nieodłączne od śmierci ojca – z wierszem Krysty! To już prawie świętokradztwo. Nie, nie, nie!

Im bardziej się odżegnywał, im jaśniej ogarniał myślą całą potworność zestawienia, tym równocześnie wyraziściej odbywał się w nim proces twórczy, niekrępowany już teraz niczym. Nie napisze tego przecież, więc można. Kompozycja rosła mu w mózgu, potężniała, stawała się coraz doskonalsza, brzmiała żywiołem.

Podszedł do fortepianu i zaczął wygrywać fragmenty. Zapamiętał się, wsłuchany w pogłos. Przeżywał powtórnie wstrząs, jakiego doznał tam, wówczas, na cmentarzu, podczas pogrzebu. Czuł, że to, co tworzy teraz, jest najmocniejszą kompozycją ze wszystkiego, co dotąd stworzył. Wizja, jaką miał w sobie, znajdowała w dziele odbicie prawie wierne. Dręcząca zazwyczaj Cypriana dysproporcja zamierzeń i bladej, chropowatej rzeczywistości twórczej, gdy ją oblec w formę – tu niemal nie istniała. Tego, co teraz stworzył, nie musiałby się wstydzić przed nikim, przed samym sobą nawet. I to ma właśnie pozostać nienapisane i nigdy niewykonane na estradzie…

Coś silniejszego od niego samego pchnęło go znów do papieru nutowego. Szybko, jakby się lękając nawrotu refleksji, zaczął pisać, wypełniając długie pięciolinijki nutkami. Pochłonęło go to całkowicie. Myśl nastawiła się tylko na jedno: rozwiązywanie trudności formalnych, zjawiających się co chwilę.

Noc przejaśniła się w świt, świt przeszedł w słoneczny ranek, dzwony katedry świętego Jana rozdzwoniły się na mszę, gdy Cyprian postawił ostatnią nutkę. Śmiertelnie znużony, wyczerpany do ostatka, oparł się bezwładnie o poręcz fotela i przerzucał kartkę po kartce kompozycję, niebieszczejącą jeszcze świeżym atramentem. Nie wyrzekłby się jej teraz za nic.

Kilka dni zajęło mu przepisywanie na czysto i wygładzanie drobnych usterek. Długo zastanawiał się nad godłem. W ostatniej chwili, gdy trzeba było lakować kopertę, wziął za godło jej imię: „Krysta”. Już gdy na poczcie nadawał rulon, zaadresowany do jury konkursu, żałował tego. Ale było zapóźno. A zresztą!… Ledwie poczuł w kieszonce skrawek papieru z pokwitowaniem nadania przesyłki, przestało go to wszystko interesować. Czuł się jak człowiek, który doniósł do celu wielki ciężar i prostuje zbolały grzbiet, jedną tylko mając radość, że cały trud został poza nim, a teraz jest lekko.

Nerwy zaczęły grać na nowo po paru tygodniach. Jury konkursu już obradowało. Dochodziły o tym Cypriana mętne wieści za pośrednictwem Lutka Bonera, który również posłał na konkurs swój utwór i wszelkimi sposobami starał się dowiedzieć, jak rzeczy stoją. Sędziowie konkursowi nie brali snadź obowiązku tajemnicy narad zbyt serio, bo codzień Lutek przynosił jakąś nową informację.

– Twój poemat ma wielkie szanse! – obwieścił wreszcie Cyprianowi, gdy się spotkali w kawiarni.

– Jakto mój? Skąd może ktoś wiedzieć, co jest moje?

– Poznali cię odrazu po stylu.

Cyprian zdziwił się potężnie, bo zdawało mu się, że poemat Ewa właśnie bardzo różni się stylem od poprzednich jego utworów.

Według opowiadań Lutka obrady jury konkursowego zapowiadały się gorąco: „Starzy” postawili zasadę, że byłoby nieprzyzwoitością na konkursie, noszącym imię Gomółki, przyznać nagrodę jakiemuś utworowi modernistycznemu. Stanowisko młodych w tej sprawie streszczało się w powiedzeniu: „co ma piernik do wiatraka”. Języczkiem uwagi był w sądzie konkursowym profesor Burczynowicz, którego młodzi uważali za swojego. Licho jednak nadało, że Burczynowicz ogłosił latem w jednym z dzienników niepodpisany artykuł o setnej rocznicy przybycia Chopina do Paryża. Artykuł był bzdurny, jak zresztą wszystko, co Burczynowicz pisywał, i został okropnie zjeżdżony w miesięczniku młodych „Dźwięk”. Redaktor „Dźwieku” nie wiedział, kto był autorem nieszczęsnego artykułu. Gdyby się domyślał, nigdyby nie zadzierał z Burczynowiczem, z którego wprawdzie młodzi śmiali się w kułak, ale na którym bardzo im zależało, był to bowiem jedyny z „mamutów”, udający ze snobizmu, że rozumie nowoczesną muzykę i że ją popiera.

Toteż na sądzie konkursowym Burczynowicz, noszący w sercu świeżą zadrę, przyłączył się nieoczekiwanie do obozu „starych”.

– No to zupełnie nie rozumiem – przerwał Cyprian Lutkowi opowiadanie – jakim sposobem mój utwór może mieć szanse?

– A właśnie, właśnie. Nasi odrazu zmiarkowali, co się święci, i przeprowadzili pierwszorzędną grę. Starzy windują do nagrody okropną piłę, zatytułowaną Kaźń Zborowskiego. Wszyscy wiedzą, że autorem tego nudziarstwa jest dawny uczeń profesora Gralskiego. Między Gralskim a Burczynowiczem istnieje zadawniona niechęć, toteż Burczynowicz bez przyjemności głosowałby za tym utworem, ale też z powodu ataku w „Dźwięku” nie chce głosować na nikogo z nas.

– Tak mówisz, jakby to był konkurs otwarty i nazwiska wszystkich autorów znane.

– Wszystkich to może nie, ale tych, którzy wchodzą w rachubę, z pewnością. Tajność jest fikcją w takim konkursie. Przecież odrazu można poznać, co jest czyje, nawet wówczas, gdy autor nie postara się, aby jego nazwisko dotarło, gdzie należy… Ty nie starałeś się, a domyślono się odrazu.

– Wcale się z tego nic cieszę.

– Czekaj! Więc gdy nasi zmiarkowali, że jest źle, przypomnieli sobie, że ty miałeś kiedyś ostry zatarg z „Dźwiękiem”. Pamiętasz? To było przed dwoma laty, kiedy na koncercie w konserwatorium wykonano twoje preludia. W „Dźwięku” ktoś napisał, bodaj Michał, że są to rzeczy lękliwe w stosowaniu nowoczesnej formy, a ty odpowiadałeś z pasją. Niby to przypadkiem przypomniano o tym Burczynowiczowi i od tej chwili zaczął on forsować twój poemat. Nasi, żeby go nie płoszyć, z lekka oponują, ale, oczywiście, będą głosować za tobą. Nagrodę tak jakbyś już miał w kieszeni.

Nie umiał się Cyprian ucieszyć. Wiedział doskonale, że na konkursach działają różne uboczne względy, ale brutalna szczerość, z jaką mu całą rzecz Lutek wyłożył, przyprawiła go o straszny niesmak. Więc jeśli dostanie nagrodę, to nie dlatego, że jego Ewa jest tego warta, ale dlatego, że kiedyś zaatakował „Dźwięk”, a „Dźwięk” zaatakował potem Burczynowicza…

– Kiedy się to rozstrzygnie? – zapytał Lutka.

– Prawdopodobnie dziś wieczorem. Ale cóżeś tak spochmurniał?

– Nie, nie… do widzenia.

– Do widzenia. O wyniku zawiadomimy cię. Będziesz w domu?

– Bedę.

Pod wieczór ogarnął Cypriana niepokój. Udawał przed sobą, że jeśli to tak jest, jak opowiada Lutek, to nic go ta cała heca nie obchodzi, a jednak… Kulisy sprawy będzie znało kilka, kilkanaście, no, kilkadziesiąt osób. Jutro zaś wszystkie pisma ogłoszą, że laureatem nagrody imienia Gomółki jest Cyprian Rząśnicki,to coś znaczy. I Ewa warta jest tego, choć może nagrodę dostanie przypadkiem. Z pewnością warta. Coraz lepszego był Cyprian zdania o swojej kompozycji.

A przytym… Rozgłos rozgłosem, ale i sama nagroda nie do pogardzenia. Dziesięć tysięcy. Przydałoby się, o, przydałoby się. Mógłby wyjechać zagranicę. Razem z Krystą. Pisała do niego, że za kilka tygodni będzie w Warszawie, a potem wybiera się do Paryża, gdzie zabawi aż do świąt. Jakby to było dobrze!

Spojrzał na zegarek. Ósma. Już się tam zaczęło. Wziął książkę i próbował czytać. Nie mógł. Ciągle myślą był w małej salce, gdzie jury konkursu teraz chyba właśnie przystąpiło do ostatecznego głosowania. Czy w ostatniej chwili coś się nie zmieni? Czy się Burczynowicz nie wycofa? Może coś nowego wypłynie? A może Lutek wziął go na kawał?

Nagle ostry dzwonek telefonu. Cyprian podskoczył do aparatu.

– To ty, Lutek? – krzyknął nerwowo.

Posłyszał głos pani Karścikowskiej. Zapraszała go na niedzielę na fajf[2]. Podziękował pośpiesznie i zapewnił gorąco, że przyjdzie, żeby nie blokowała dłużej telefonu. Był zły, bo nie cierpiał salonu tej starej wydry, która miała wielkie ambicje towarzyskie, a żadnych po temu danych, przeto zawsze sprowadzała na swe fajfy jakieś atrakcje. Jasnowidzów, malarzy, ministrów, muzyków, szybkobiegaczy – kto się zdarzył. Od pół roku prześladowała Cypriana, którego gdzieś poznała przypadkiem. Wywijał się, jak mógł, raz nie udało mu się wykręcić i poszedł do niej, ale miał od tamtej pory dosyć na długi czas. Teraz znowu wpadł. Trudno.

Powiesił słuchawkę. Długa, długa cisza. Minęła godzina dziewiąta, wskazówka zegara dochodziła do pół do dziesiątej. Już się powinno było skończyć.

Nie wytrzymał i zatelefonował. Woźny odpowiedział mu, że posiedzenie skończyło się przed kwadransem i że nikogo z panów nie ma. Wszyscy wyszli. Cyprian próbował wybadać woźnego, czy nic wie, jaki jest wynik konkursu, ale nic nie wskórał. Zaczął się na dobre denerwować.

Po chwili rozległ się na schodach głośny tupot nóg. Dzwonek. Jednym skokiem znalazł się Cyprian przy drzwiach. Otworzył – i ujrzał trójkę sędziów konkursowych. Miny mieli poważne. Pierwszy wszedł Siarski, pyzaty trzydziestolatek, trochę kompozytor, bo przed kilku laty skomponował szereg zupełnie niezłych utworów, ale potem nagle zamilkł i nic już więcej nie napisał. Za to skwapliwie dyskontował pozycję, jaką mu dała młodzieńcza sława, o której zresztą różnie mówiono. Za nim stał skrzypek Mizgier, znany wykonawca muzyki nowoczesnej. O tym znów złośliwcy twierdzili, że do wykonywania utworów modernistycznych wziął się dlatego tylko, by łatwiej pokryć niedostatki swej ubogiej techniki, odrazu widoczne w utworach znanych. Wreszcie Dębowicz, redaktor „Dźwięku”. Ci trzej, których Lutek Boner nazywał „naszymi”.

– Przyszliśmy koledze pogratulować – zaczął Siarski, gdy znaleźli się wszyscy w pokoju Cypriana.

– A tak, tak – wtrącił pośpiesznie Dębowicz – pański poemat Ewa to wspaniała rzecz. Co za śmiałość! Jaki rozmach! To z pewnością najlepszy utwór z nadesłanych na konkurs – dodał skrzypek Mizgier. – Bardzo żałuję, że nie na skrzypce. Cóż to byłaby za rozkosz zagrać!

Cyprian dziękował, szczerze wzruszony. Nie rozumiał tylko, dlaczego goście są jakby zmieszani, skoro przyszli mu zakomunikować o przyznaniu nagrody. Nastała nieprzyjemna chwila milczenia.

– Muszę się panom przyznać – powiedział Cyprian wesoło – że choć sam fakt nagrodzenia mego poematu ogromnie mi pochlebia, to jednak nie mniej cieszę się z kilku tysięcy złotych z tym związanych. Nawet panowie nie wiedzą, jak się przydadzą.

Siarski poruszył się niespokojnie na krześle, Dębowicz i Mizgier spuścili oczy. Cyprian zaniepokoił się. Czemuż milczą? Co to wszystko ma znaczyć?

Pierwszy odezwał się Siarski:

– Nie powiedzieliśmy jeszcze koledze,jak to wszystko było…

– A tak, tak, właśnie – dorzucił żywo Dębowicz i spojrzał na Mizgiera.

– Widzi pan – podjął Mizgier– powiedziałem już, że pański utwór jest najlepszy z całego plonu konkursowego. Ale rozumie pan… rzecz jest tak śmiała… nie byliśmy przecież w sądzie konkursowym sami…

– Tak. tak – przywtórzył Dębowicz – nie byliśmy sami. Byliśmy nawet w mniejszości, bo Burczynowicz zajął niespodzianie takie stanowisko, że…

– Więc nie dostałem nagrody?! – zerwał się Cyprian z miejsca.

– Och, nie! – zaprzeczył gwałtownie Siarski. – Sąd konkursowy przyznał utworowi kolegi zaszczytne wyróżnienie…

Cyprian pobladł. Zaszczytne wyróżnienie! Ochłap z pańskiego stosu. Były trzy nagrody pieniężne i wszystkie go ominęły. „Najlepszy utwór” wart był tylko zaszczytnego wyróżnienia! Tak go ta wieść oszołomiła, że słowa nie mógł wypowiedzieć. O, rozumie teraz cel niezwykłej wizyty aż trzech sędziów konkursowych „naszych” sędziów. Przyszli nie gratulować – ale poprostu tłumaczyć. Spojrzał ostro na Siarskiego.

– Kolega sam jest trochę winien… – wybąkał nieśmiało Siarski.

– Ja?! – oburzył się Cyprian.

–To znaczy nietyle pan – podchwycił Dębowicz – ile nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Pozycja pana w młodej muzyce polskiej jest tak wybitna – skłonił się – że odrazu poważnie liczyliśmy się z przyznaniem panu nagrody, a nawet Burczynowicz nie oponował. Nieszczęściem nadesłano na konkurs poemat symfoniczny, tak przypominający pański dotychczasowy styl, że byliśmy pewni…

– Myśleliśmy, że to utwór kolegi – skończył Siarski– i nagrodziliśmy go.

– No, to może za dużo powiedziane – zgromił Mizgier spojrzeniem swych towarzyszy. – Nie przeczę, że pewien wpływ mogła wywrzeć ta sugestia. Ale wogóle… – zwrócił się do Cypriana – pan przecież rozumie, że na konkursach największe szanse mają zawsze utwory poprawne, choć czasem niczym szczególnym nie wyróżniające się. To już wynika z techniki rozpatrywania prac. Przedewszystkim szuka się błędów, i jeśli błędów jest niewiele… Nagrodzony utwór jest właśnie bardzo poprawny. Pański zaś jest tak śmiały, tak rewolucyjny, że wywołał liczne spory, choć wszyscy zgodziliśmy się, że to rzecz przepojona wybitnym talentem.

– Więc komu przyznano nagrody? – przerwał Cyprian głucho.

– Pierwszą nagrodę otrzymał poemat symfoniczny Wesele. Nazwisko autora prawie nieznane: Stefan Karnicki. Druga nagroda Kaźń Zborowskiego– to przeforsowali nasi konserwatyści. Trzecia nagroda: jako rewanż dla nas Partita Bonera. Zaszczytne wyróżnienie przyznaliśmy tylko jedno – panu właśnie. I to jednomyślnie. Bo nawet starzy, choć się krzywili, że rzecz jest wariacka, nie negowali talentu. Zwłaszcza wzięło ich zakończenie z motywem Salve Regina… Któryś tam z nich powiedział, że choć autor ulega nowym modom, to jednak tkwi w dobrych tradycjach i wart wyróżnienia…

– Proszę, proszę! – rozzłościł się Cyprian.

– Pozwoliliśmy sobie przyjść do kolegi z pewną propozycją – wtrącił łagodząco Siarski.

– Tak, tak – podtrzymał go redaktor „Dźwięku”. – Chodzi o wykonanie pańskiego poematu. Otóż uradziliśmy we trzech, że dla podkreślenia jego szczególnych wartości, które tylko przez totalny zbieg okoliczności nie znalazły właściwego odpowiednika w nagrodzie konkursowej, powinien być wykonany przed innymi nagrodzonymi utworami, na pierwszym koncercie, na jakim się tylko da.

– Wielki to dla mnie zaszczyt – mruknął Cyprian z akcentem ironicznym.

Pasja go ponosiła.

– Wyrobimy w ministerstwie fundusze na rozpisanie nut – dodał Mizgier.

Omawiali jeszcze czas jakieś szczegóły. Cyprian uczestniczył w rozmowie monosylabami. Trzymał się z całych sił, by nie wybuchnąć. Pożegnał ich chłodno, i ledwie zatrzasnęły się za nimi drzwi, padł na kanapkę, straszliwie rozdygotany.

Wszystkie plany wzięły w łeb. O wyjeździe zagranicę z Krystą ani mowy. Jutrzejsze dzienniki doniosą o zwycięstwie konkursowym jakiegoś tam Karnickicgo. Poemat Cypriana na szarym końcu, nawet po ,Particie Bonera, zaledwie wyróżniony. Zostaje tylko tak zwane zadowolenie moralne. Dostał wyróżnienie bez szwindli, bez protekcji. Jednomyślnie. Wyróżnili, bo musieli wyróżnić, choć nie wiedzieli czyje.

Z rozmyślań wyrwał go dzwonek telefonu. Lutek Boner głosem niepewnym i zawstydzonym komunikował mu wynik konkursu.

– Już wiem – przerwał Cyprian.

– Byli u ciebie?

– Właśnie przed chwilą wyszli. Gratuluję ci, Lutek, trzeciej nagrody.

– Ach, nie mów! Nie wiesz nawet, jak mi przykro, że tak się wszystko z tobą pokiełbasiło… Powinieneś był dostać pierwszą…

– Sąd jednak przyszedł do przekonania, że moja Ewa zasługuje zaledwie na zaszczytne wyróżnienie. Ale słuchaj no! Kto to jest ten Karnicki, który dostał pierwszą? Nigdy o takim nic słyszałem.

– Pewnie dlatego, że zjawił się w Warszawie dopiero tego lata. Przyjechał z Ameryki. Tam się kształcił. Podobno zamożny bubek. Jego rodzice wyemigrowali przed laty za morze i bardzo się dorobili. Tu zajął się nim odrazu Dębowicz i bardzo go proteguje. Mówią, że chłop sypnął dolaresy na wydawnictwo „Dźwięku”. Tylko zupełnie nie rozumiem, jak on mógł tak szybko zorientować się w twoim stylu i tak cię naśladować, że wzięto jego utwór za twój…

– Więc powiadasz, że Dębowicz go forsuje?

– Tak

– Zaczyna mi się rozjaśniać w głowie.

– Nie, nie. Mylisz się. Wiem od Siarskiego, że jury naprawdę ciebie podejrzewało o autorstwo Wesela. Gdy otworzono kopertę i znaleziono bilet Karnickiego, powstała konsternacja.

– A nie wiesz przypadkiem, kto pierwszy rozpoznał ten rzekomo mój styl?

– Nie wiem.

– To ja ci powiem. Dałbym sobie głowę uciąć, że Dębowicz.

– Myślisz, że on wiedział, jak było naprawdę?

– Tak myślę.

– Ech, nie. To byłoby zbyt obrzydliwe. Dębowicz nie taki.

– Licho go tam wie, jaki on jest. Nikomu już nie wierzę. No, serwus, Lutek, dobranoc!

Nazajutrz spotkała Cypriana gruba niespodzianka. Ledwie wstał z łóżka, rozbity i z bólem głowy, bo długo w noc nie mógł zasnąć, zjawił się u niego w mieszkaniu profesor Burczynowicz. Cyprian zdziwił się, bo Burczynowicza ledwie znał i nigdy ich nie łączyły bliższe stosunki. A gość zaczął sobie odrazu z przyjacielskiego tonu, niemal familiarnie.

– Potrzeba serca skierowała mnie tu, drogi panie Cyprianie. Nie co innego, nie co innego. To doprawdy oburzające, że nie dostał pan nagrody, oburzające!

– Pan profesor był przecież członkiem jury – wtrącił Cyprian, bo znów go złość wzięła.

– Cóż ja tam jeden znaczę! To pańscy przyjaciele tak pokręcili, a zwłaszcza już ten wasz redaktor Dębowicz. Wiem, wiem, starł się pan kiedyś z „Dźwiękiem” i dlatego ja do pana jak w dym.

Przejechał dłonią po lśniącej łysinie i mówił dalej:

– Teraz pan się już ostatecznie przekonał, co o nich sądzić. Przecież ich obowiązkiem było walczyć o pański utwór, bezwzględnie najlepszy utwór modernistyczny na konkursie! Przejrzałem dopiero teraz, co to za ludzie. I wie pan – zniżył głos do konfidencjonalnego szeptu – że „mamuty”, jak wy ich tam nazywacie, wcale nie takie skamieniałe. Panu mogę to powiedzieć jako człowiekowi, który stoi na uboczu i ani do jednej, ani do drugiej paczki nie należy, więc zachowuje jasność sądu. Nie ukrywam. Bardzo się do nich zbliżyłem. Oni nie są znów takimi nieprzejednanymi wrogami modernizmu, jak się to myśli.

Cyprian słuchał, nie rozumiejąc, do czego właściwie Burczynowicz zmierza.

– Dam panu dowód – ciągnął profesor. – Nie kto inny, jak właśnie Grzędzielski, którego „Dźwięk” stale wyśmiewa jako zacofańca, przyrównując go z wagnerowskim Beckmesserem[3], zwrócił się do mnie, że jednak pańską ,Ewę należałoby przedewszystkim wykonać w filharmonii…

–Grzędzielski? – zdumiał się Cyprian. – Przecież on forsował na konkursie tę jakąś Kaźn Zborowskiego.

– No tak, to przez przyjaźń dla Gralskiego. Ale pańskim utworem jest szczerze zachwycony i oświadczył mi, że bardzoby pragnął wygłosić o Ewie odczyt jako o przykładzie zdrowego modernizmu, w przeciwieństwie do niezdrowego modernizmu, reprezentowanego przez grupę „Dźwięku”…

Nagadawszy Cyprianowi masę komplementów i wyczuliwszy się[4], Burczynowicz wyszedł. Długo Cyprian rozmyślał, co mogło być celem jego wizyty, ale nie mógł się połapać. Jedno było jasne, że z jakiegoś niewiadomego powodu zarówno starzy, jak młodzi deklarowali się z pomocą. Nie zaszkodzi. Bo dotychczas Cyprian był w świecie muzycznym trochę odosobniony. Ideowo i muzycznie – czuł się przynależnym do grupy modernistów, ale wiedział dobrze, że jeden tylko Lutek Boner darzy go prawdziwą przyjaźnią. Z drugiej strony grupa tradycjonalistów uważała Cypriana za cudzego i, gdzie mogła, podstawiała mu nogi. Teraz, po przegranej na konkursie, ma za sobą jednych i drugich. Cuda –cudeńki!

Popołudniu trzeba było iść do pani Karścikowskiej. Już na schodach, brudnych, obdrapanych warszawskich schodach, oświetlonych sinymi płomykami gazu, słychać było gwar, buchający przez drzwi. W przedpokoju, na wieszakach, wisiały całe zwały palt. Pani Karścikowska, dama starszawa, siwa już zupełnie, ale bardzo wyfiokowana, powitała go w progu salonu.

– Ogromnie się cieszę, że pan dla mnie łaskaw. Należało mi się to. Wszyscy kresowcy bywają u mnie. Bo ja, choć od dwudziestu lat mieszkam w Warszawie, nigdy nie zapominam, że jestem kresowianką.

Istotnie, kresowe zaciąganie, słyszało się z każdego kąta mieszkania, zapełnionego tłumnie. Pani Karścikowska z trudem wyszukała w gwarnym salonie wolny fotelik, usadowiła Cypriana i szybko wróciła do drzwi, bo już nowi wchodzili goście. Cyprian zerknął okiem na lewo i prawo. Na takichże samych, czerwonych, pluszowych fotelikach, niewygodnych i chybotliwych, siedzieli wielkim kołem ludzie zupełnie mu nieznani i obcy. Z jednej strony miał obok siebie jakiegoś wąsatego, starszego pana, na szczęście zajętego rozmową z sąsiadką, z drugiej strony jakaś chuda pannica smętnie spoglądała w przestrzeń,czekając, aż ją ktoś zacznie bawić.

Pokojówka wetknęła Cyprianowi w jedną rękę filiżaneczkę z czarną kawą, w drugą talerzyk, na który musiał wziąć ciastko, bo paterę obnosiła osobiście siostrzenica pani domu, nie szczędząc prynuki[5]. Natężył całą uwagę, by nie rozlać kawy, gdy jadł ciastko, i nie opuścić na podłogę ciastka, gdy pił kawę. Jakoś szczęśliwie obeszło się bez katastrofy, ale Cyprian odetchnął dopiero, gdy mógł pustą filiżaneczkę i talerzyk oddać pokojowej z powrotem na tacę.

Zaczęła się nowa męka. Pannica z lewej strony obrzucała go coraz groźniejszymi spojrzeniami, z wyraźnym sensem: „gbur pan jesteś”. Miała rację o tyle, że Cyprian nie odezwał się do niej jeszcze ani słowem. Nic mu nie przychodziło do głowy. Nie wiedział ani kto to jest, ani skąd, ani o czym z nią można rozmawiać. Udawał więc, że się przysłuchuje z zainteresowaniem wykładowi, który trzymał pan z prawej strony o sposobach kuracji w Karlsbadzie.

Nagle zrobił się w salonie ruch. W drzwiach ukazał się potężny korpus, a na nim mała ptasia główka, znana w Warszawie doskonale. Słynny chiromantaamator, do którego w najzawilszych sprawach nie wahali się zwracać nawet dygnitarze państwowi. Wszedł z taką miną, z jaką musiał wkraczać na salony w wieku XVII nadworny astrolog jego królewskiej mości. W mgnieniu oka uczynił się przy nim tłok i panie wzięły go w kąt salonu między siebie. Cyprian z ulgą stwierdził, że i jego sąsiadka, owa chuda pannica, odżeglowała w tamtym kierunku. Skorzystał więc z okazji, wstał i przeszedł do dalszych pokoi.

Wszędzie tu na kanapkach i fotelikach siedzieli różni ludzie, z minami śmiertelnie znudzonymi. W zacienionych kącikach jedynie nastrój panował nieco raźniejszy: nawiązywano przygodne flirty.

W buduarku rzucił się Cyprianowi w objęcia jakiś mały łysy człowieczek na krótkich pałąkowatych nóżkach.

– Panie Cyprianie kochanieńki! – wolał, aż się zaczęto na nich oglądać. – Nareszcie ja tu kogoś znajomego spotkał! Sąsiada prawie.

Cyprian długu szukał w pamięci, kto to być może, aż nareszcie przypomniał sobie, że to pan Wisznicki z Liwaniec, którego poznał w Kiemieliczach na imieninach pana Piotra. Uczepił się Cypriana i już go nie puszczał. Wypytywał szczegółowo, jak sobie matka radzi w Łutowszczyźnie, przez dobrą chwilę skarżył się na niskie ceny kartofli, aż wreszcie przeszedł do celu, jaki go sprowadził do Warszawy. Starał się przez ministerstwo o pozwolenie na wyrąb lasu, a że u pani Karścikowskiej, jakiejś dalekiej jego kuzynki, miał być dzisiaj minister, przeto przyszedł.

– Ostatni raz byłem w Warszawie przed wojną – opowiadał Cyprianowi. – Zupełnie nie mogę się połapać. Ulice poprzezywane, nowe restauracje, wszystko się pozmieniało…

Nadbiegła zaaferowana pani domu i przysunęła się do Wisznickiego:

– Minister już jest – mówiła półgłosem –niechże kuzyn postara się z nim zbliżyć.

Do pokoju weszli dwaj młodzi panowie. Snadź opowiadali sobie coś zabawnego, bo jeszcze w progu śmiali się głośno. Przywitali się z obecnymi, a że miejsca były pozajmowane, pani Karścikowska poprowadziła ich dalej. Wisznicki, rozglądający się ciągle za ministrem, podał im rękę od niechcenia, mruknąwszy pod nosem swoje nazwisko.

– Nie wie pan, jak ten minister wygląda? –zwrócił się do Cypriana.

– Niestety, nie wiem.

Pani Karścikowska wróciła zaczerwieniona i zduszonym ze złości głosem wsiadła na Wisznickiego z góry:

– Cóż ten kuzyn wyprawia! Zapowiadałam przecież. Trzeba było odrazu skorzystać z okazji i przyłączyć się, a potem w rozmowie…

– Z jakiej okazji? Do kogo się przyłączyć? – obruszył się pan Wisznicki.

– No, do ministra przecież!

– Właśnie go wypatruję.

– Przeszedł przecież dopiero co.

– Minister?

– Naturalnie. Ten wysoki blondyn.

– Kuzynka żartuje sobie. Toż to fircyk był jakiś. Czterdziestki pewnie nie ma. To ma być minister?

– Widzę, że to kuzyna żarty się trzymają – odpowiedziała zaczerwieniona i odeszła z miną obrażoną.

Wisznicki otworzył szeroko usta i stał tak chwile oszołomiony i ogłupiały.

– To ona serio mówiła? – zwrócił się do Cypriana. – Zupełnie się nie mogę połapać w tej Warszawie. Dawniej wiadomo było. Generał-gubernator mniejsza od ministra szyszka, a odrazu widać, kto i co. I powaga, i postawa, i głos, i order, i mundur… A tu ci taki wchodzi do salonu, ledwie kto się podniesie z krzesła, by się z nim przywitać – i powiadają potem, że minister… Ech, panie, te dzisiejsze czasy, to nie dla mnie. Nawykł człowiek do czego innego. Wallerbungowa sobie tu radę da, wzwyczaiła się, ale ja…

– Skąd panu Wallenburgowa na myśl przyszła? – poderwał się Cyprian.

– A bo ma i ona lada dzień przyjechać do Warszawy, tylko do innego ministra.

– Lada dzień?

– A tak. Nie słyszał pan? Prawda, że pan dawno już wyjechał, a to było przed tygodniem. Gruba awantura wyszła z sędzią śledczym. O tego chłopa zabitego w jej lesie. Powiadają wszyscy, że to ona. Po mojemu to i miała prawo, bo jej przecież stajnię spalił. Zresztą nikt jej na gorącym uczynku nie złapał. Może i nie ona. A ten sędzia z Galicji ciągle się czepiał i jakieś śledztwo robił. Tak wreszcie Wallenburgowa, jak to ona, na rynku w miasteczku harapem go obiła.

– Co pan mówi?

– A tak. Wie pan, że wszyscy jej nie lubią, bo każdemu sadła za skórę zalała, ale w tej sprawie cała okolica jest po stronie Wallenburgowej. Jakże to? Podpalają nam hadziuki dobro, a sędzia śledczy nietylko, że do kryminału nie pakuje, ale jeszcze prześladuje, gdy sobie sprawiedliwość wymierzyć? Jak tak dalej będzie, chamstwo się rozpanoszy i wszyscy z dymem pójdziemy!

– Więc mówi pan, że obiła go harapem? –wrócił Cyprian do tematu.

– Obiła. Dostał zdrowo. Jeszcze pewnie do dziś w łóżku leży po tej łaźni. Ciskał się, kazał ją aresztować, ale jej już nie było. Pojechała zaraz do Wilna starać się, żeby go przenieśli od nas. Tam się właśnie z nią spotkałem. Nic nie wskórała, więc przyjeżdża do Warszawy, do ministra.

Musiały się jakieś wrażenia odbić na twarzy Cypriana, bo Wisznicki, spojrzawszy na niego, nagle zamilkł, aż po chwili zaczął się tłumaczyć:

– Przepraszam, przepraszam… Zupełnie zapomniałem, że w panu nazwisko Wallenburgowej musi wywoływać bardzo przykre wspomnienie. Wobec tego, co ona ojcu pana zrobiła… Wiemy przecież wszyscy, że i śmierć pana Ksawerego to ze zgryzot przyszła o Niekłaniszki…

Cyprian wstrząsnął się. Chciał coś powiedzieć, ale w tej chwili podeszła do nich grupka osób. Na czele stała pani Karścikowska, a obok niej młodszy Czarnicki, brat słynnego pianisty, sam także trochę pianista, ale ledwie trzeciorzędny akompaniator.

– Oto, mistrzu, mamy i pana Rząśnickiego – mówiła Karścikowska.

Cyprian rozejrzał się – przydomek ,,mistrza” odnosił się najwyraźniej do Czarnickiego. Czarnicki zaś podskoczył do Cypriana i zaczął mu gorąco ściskać rękę.

– Nie miałem dotąd szczęścia znać pana – wołał. – Jakże się cieszę, że mogę pogratulować zwycięstwa na konkursie.

– Nic nie wiedzieliśmy, dopiero pan Czarnicki nam powiedział – tłumaczyła się Karścikowska.

Cyprian, zaskoczony, otoczony znienacka wianuszkiem pań, nie wiedzieć czemu zaczerwienił się.

– Niewielkie to zwycięstwo – bąkał– zaledwie zaszczytne wyróżnienie.

– W tych warunkach zaszczytne wyróżnienie to więcej niż pierwsza nagroda – pokrzykiwał Czarnicki. – Nawet gazety o tym piszą.

Pokazał Cyprianowi poczytny dziennik sensacyjny, który przynosił na pierwszej stronie wiadomość o rozstrzygnięciu konkursu. O zdobywcach trzech pierwszych nagród ledwie króciuteńkie wzmianki, natomiast o Cyprianie obszernie i wielowierszowo, z dodaniem uwagi, że wyróżniona na konkursie Ewa jest niewątpliwie najlepszym utworem z całego plonu i że tylko jej rewolucyjna forma stanęła na przeszkodzie otrzymaniu pierwszej nagrody.

Słowo drukowane zrobiło w salonie pani Karścikowskiej jeszcze większe wrażenie niż opowiadanie mistrza Czarnickiego. Do samego wieczora Cyprian był otoczony i rozrywany. Minister i mistrz zbledli przy nim zupełnie. Sam Cyprian nie bardzo był rad z takiego obrotu sprawy. Ciągle rozglądał się za Wisznickim, który gdzieś zniknął, bo chciał się od niego dowiedzieć bliższych szczegółów co do terminu przyjazdu Wallenburgowej. Od tygodnia nie miał od niej listu. Zapowiedź jej rychłego przybycia była zupełną niespodzianką. Miała przyjechać znacznie później. Ale nie udało mu się już rozmówić z Wisznickim.

Wracając do domu kupił na pierwszym rogu wszystkie dzisiejsze dzienniki. Wszędzie wzmianka o rozstrzygnięciu konkursu zredagowana była podobnie. Wartości utworu Cypriana podkreślano na pierwszym miejscu. Najwidoczniej taki komunikat musiał wyjść z jury konkursowego.

Złość ogarnęła Cypriana. Platoniczne uznanie dla jego utworu – a nagrody dla innych. Wściec się można.


[1]Dentol –napuszone frazesy, efekciarstwo. Wyraz nawiązuje bezpośrednio do nazwy reklamowanego wówczas powszechnie środka do pielęgnacji zębów. Wyraz wymawiany był z francuska (dątol).

[2]Fajf – spolszczenie angielskiego five o’clock (popołudniowa herbatka).

[3] Beckmesser – bohater opery Richarda Wagnera Śpiewacy norymberscy.

[4] Wyczulić się – uwrażliwiać się, tu: rozczulić się.

[5] Prynuka (z ukr.) – natarczywe zapraszanie do jedzenia i picia.

Autor: Redakcja IDMN