Katolicy bezobjawowi, czyli jak sanacja ukradła „Cud nad Wisłą”. Rozmowa z prof. Janem Żarynem

Po zamachu majowym w 1926 „Cud nad Wisłą” stał się instrumentem w rękach piłsudczyków, którzy zaczęli szerzyć propagandę, że gdyby nie Piłsudski… resztę każdy może sobie dopisać. Co gorsza, również wielu współczesnych wyznawców marszałka uważa, że tak właśnie było. Jest to po prostu intelektualną paranoją, która tkwi w umysłach bardzo wielu Polaków i musimy się z nią zmierzyć – mówi w rozmowie z PCh24.pl prof. Jan Żaryn, dyrektor Instytutu Dziedzictwa Myśli Narodowej im. Romana Dmowskiego i Ignacego Jana Paderewskiego.

100 lat po glorii warszawskiej nadal trwa dyskusja, kto jest personalnie odpowiedzialny za ten sukces. Jedni powiedzą, że Naczelny Wódz Józef Piłsudski. Inni, że Szef Sztabu Generalnego gen. Tadeusz Rozwadowski…

Zacznę może od tego, że za porażkę wyprawy kijowskiej był odpowiedzialny Józef Piłsudski jako Naczelny Wódz i nikt mu tej odpowiedzialności nie zdejmie. Marszałek ponosił związane z tym konsekwencje, a opinia o nim w Warszawie w lipcu i sierpniu 1920 roku była po prostu fatalna.

Kto jednak był ojcem zwycięstwa z 15 sierpnia 1920 roku?

Do tego zmierzam. W pierwszym rzędzie jest nim Józef Piłsudski. To on odpowiadał zarówno za wielkie porażki, jak wywołana przeze mnie wyprawa kijowska, jak i za wielkie zwycięstwa. To Piłsudski jako Naczelny Wódz był 15 sierpnia 1920 roku odpowiedzialny za całe wojsko polskie i nikt mu tej odpowiedzialności odebrać nie może.

Trzeba jednak pamiętać, że obok Piłsudskiego tych, którzy przyczynili się do zwycięstwa w 1920 roku było dużo, dużo więcej. 

Chociażby wywołany przez Pana Szef Sztabu Generalnego gen. Tadeusz Jordan Rozwadowski, który obok Józefa Hallera miał najlepsze relacje z ówczesną elitą wojskową zachodniej Europy.

Warto w tym miejscu przypomnieć, jak wyglądała misja gen. Maxime’a Weyganda w Polsce w 1920 roku. Francuski dowódca chciał stanąć na czele wojska polskiego, bo z taką intencją przyjechał do naszej ojczyzny z konferencji w belgijskim Spa, gdzie dano mu pewne przyzwolenie do podjęcia takich właśnie działań.

Gen. Weygand nie objął jednak stanowiska, ponieważ spotkał się w Warszawie ze skutecznym oporem ze strony właśnie gen. Tadeusza Jordana Rozwadowskiego. Polski dowódca powiedział wprost, że Naczelny Wódz Józef Piłsudski mianował go Szefem Sztabu Generalnego i to on jest zarządzającym polskim wojskiem, a gen. Weygand może być co najwyżej doradcą, za co Rozwadowski będzie mu bardzo wdzięczny, ale nic poza tym.

Gen. Weygand przyznał rację gen. Rozwadowskiemu i odsunął się na bok wyrzucając jednocześnie do kubła swoje plenipotencje, co w sposób jednoznaczny oznaczało, że są one nieobowiązujące.

To bardzo wielka zasługa Tadeusza Jordana Rozwadowskiego, że wziął na siebie odpowiedzialność za bezpośrednie prowadzenie operacji Bitwy Warszawskiej w dniach najważniejszych, czyli 13-17 sierpnia, kiedy to Naczelny Wódz był poza Warszawą przez co to właśnie Rozwadowski dowodził i na bieżąco regulował poczynania wojska polskiego.

Bardzo dużą zasługi w zwycięstwie miał również inny wywołany już przeze mnie dowódca – gen. Józef Haller. Nie chodzi tu jedynie o jego niewiarygodną moc do mobilizowania Polaków, ale także o jego wszędobylstwo. Kiedy się widzi 24-godzinny pracy gen. Hallera dzień między 13 a 17 sierpnia, to jest on wszędzie: modli się razem z warszawiakami w kościele, żegna na Powązkach ks. Ignacego Skorupkę, jest na froncie w Radzyminie, w Miśku Mazowieckim, jest po prostu wszędzie i to dzięki jego bezpośredniej obecności żołnierze są niesamowicie zmobilizowani przykładem, jaki daje im dowódca z tak ogromnym autorytetem. Żołnierze Wojska Polskiego widzą bowiem, że gen. Haller nie jest pierwszym lepszym dowódcą gabinetowym, tylko razem z nimi naraża się i jest w zasięgu bolszewickich kul.

Poza tym gen. Franciszek Latinik, gen. Władysław Sikorski… można wymieniać i wymieniać.

Trzeba również pamiętać, że oprócz dowódców istniało ogromne zaplecze w postaci kapelanów i ludności Warszawy, którzy bezpośrednio wspierali polskich żołnierzy. Nasza armia to wszystko widziała i to dodawało jej sił. Polski żołnierz wiedział, że ma za sobą miliony rodaków, którzy są razem z nim na tym froncie.

Dlaczego po zamachu majowym w 1926 roku w sprawie polskiego zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej dominowała narracja, którą najlepiej oddaje hasło „Geniuszem Wodza, Męstwem Żołnierza, Wysiłkiem Narodu”. Dlaczego pomimo ogromnego wsparcia ze strony Kościoła Katolickiego w 1920 roku, pomimo interwencji Matki Bożej sanacja, mówiąc najdelikatniej, zapomniała o roli Kościoła, Królowej Polski i Bożej Opatrzności bez których Polska zostałaby zniszczona przez bolszewików?

Po zamachu majowym sanacja z Józefem Piłsudskim na czele chciała zawłaszczyć wszystkie zwycięstwa prowadzące do odzyskania przez Polskę niepodległości. Bitwa Warszawska była jednym z elementów tego zawłaszczanego naszego wspólnego, zwycięskiego dziedzictwa.

Proszę zwrócić uwagę na mit Pierwszej Kadrowej, która w 1914 roku wyrusza do Kielc. To jest według sanacji moment, w którym rozpoczęło się odzyskiwanie przez Polskę niepodległości. W narracji piłsudczykowskiej nie było miejsca ani dla armii Komitetu Narodowego Polskiego, ani dla bajończyków, ani nawet dla innych legionistów. Było miejsce tylko dla żołnierzy Józefa Piłsudskiego.

Taka właśnie polityka historyczna zapanowała w Polsce po 1926 roku – wykluczająca możliwość jakiegokolwiek dialogu i pokazywania prawdy.

Piłsudczycy głosili, że tylko dzięki geniuszowi marszałka Polska stała się niepodległym państwem, co było uwłaczające pamięci nie tylko konkurencji politycznej, ale przede wszystkim pamięci polskiego narodu, który wykonał tytaniczną pracę, aby przetrwać w czasie zaborów.

Jak więc to rozumieć, Panie profesorze? Kościół Katolicki był niebezpieczny dla sanacji w lansowaniu narracji o „geniuszu wodza”?

Sanacyjna elita była bardzo daleka od Kościoła Katolickiego. Jej przedstawiciele mieli bardzo, że tak to nazwę, liberalne podejście do życia, które wykluczało jakiekolwiek głębsze związki z Kościołem i nauką Chrystusa. Co ciekawe wielu piłsudczyków oficjalnie przedstawiało się jako katolicy. To, że był to katolicyzm wersja mało- czy wręcz bezobjawowa to już inna sprawa. Warto przypomnieć, że przedstawiciele obóz belwederskiego, a mam tu na myśli sferę rządzącą po 1926 roku, czyli tzw. elitę piłsudczykowską, bardzo często przechodzili z wyznania na wyznanie, żeby móc dokonać zmiany partnerki życiowej etc. Była to swoista normalność dla sanacji.

Józefowi Piłsudskiemu trzeba oddać, że po zwycięstwie w Bitwie Warszawskim jest on człowiekiem dużo bardziej pokornym, niż nam się to dzisiaj wydaje. Jako Naczelnik Państwa udał się on z pielgrzymką na Jasną Górę, gdzie złożył hołd Matce Bożej dziękując Królowej Polski za zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej.

Niestety po zamachu majowym w 1926 „Cud nad Wisłą” stał się instrumentem w rękach piłsudczyków, którzy zaczęli szerzyć propagandę, że gdyby nie Piłsudski… resztę każdy może sobie dopisać. Co gorsza również wielu współczesnych wyznawców marszałka uważa, że tak właśnie było. Jest to po prostu intelektualną paranoją, która tkwi w umysłach bardzo wielu Polaków i musimy się z nią zmierzyć.

Wracając do roku 1926, a szczególnie do tego, co poprzedzało zamach majowy, trzeba pamiętać, że pamięć polskiego narodu i ta obowiązująca, i ta dyskutowana była dużo bogatsza. Można było przebijać się z różnymi tezami, teoriami, a nie tylko z jedną oficjalną narracją propagandową.

Bóg zapłać za rozmowę.

Tomasz D. Kolanek

Źródło: https://www.pch24.pl/katolicy-bezobjawowi–czyli-jak-sanacja-ukradla-cud-nad-wisla–rozmowa-z-prof–janem-zarynem,77813,i.html?fbclid=IwAR2E4_RvLXvJLDbp9MICOGkp8xHP1vOXVwODMyn1kw8VExi9x5CWYQAo2W4#ixzz6VPkmAbcd