4 stycznia – 102 lata temu odbył się tzw. pucz Januszajtisa

Przełom 1918/1919 był dla odradzającego się państwa czasem krytycznym. Jeszcze nic nie było przesądzone. Namaszczony przez Piłsudskiego lewicowy rząd Jędrzeja Moraczewskiego wprowadzał bądź tolerował coraz bardziej radykalne zmiany. Dochodziło do aktów przypominających rewolucję bolszewicką (wyrzucanie właścicieli folwarków przez chłopów i przejmowania siłą fabryk przez robotników). Powoływano powiatowych Komisarzy Ludowych, sformowano Milicję Ludową, usuwano krzyże ze ścian państwowych budynków, zastępowano herby państwowe orłem bez korony i wywieszano czerwone sztandary.

W tym czasie Roman Dmowski i działacze KNP odbywali w Paryżu dyplomatyczne przygotowania do pokojowego kongresu. Ważyły się losy Wielkopolski. Po Poznaniu, 2 stycznia Warszawa powitała triumfalnie Ignacego Jana Paderewskiego, postrzeganego za gwaranta międzynarodowej akceptacji i zwiastuna nadejścia wielkiej „Błękitnej Armii”. Gdy jako lider przyszłego rządu jedności narodowej przed południem 4 stycznia pojawił się w Belwederze, naczelnik spuścił go po brzytwie. Jeszcze tego samego dnia Paderewski wyjechał do Krakowa.

Idea zbrojnego obalenia rządu Moraczewskiego miała dojrzewać w garnizonie warszawskim. Operacja zbrojną dowodził najmłodszy, 29-letni, pułkownik legionowy Marian Januszajtis-Żegota, a działania polityczne firmował książę Eustachy Sapieha (do niedawna także bliski współpracownik Piłsudskiego). Pucz rozpoczął się o godz. 23.30. „Spiskowcy” dysponowali zaledwie jedną kompanią podchorążych i formacjami Straży Narodowej (paramilitarnej organizacji porządkowej). Plan przewidywał opanowanie Komendy Miasta, aresztowanie rządu, szefa sztabu głównego oraz Naczelnika Państwa. Nadzieje na sukces opierano na przychylnej reakcji 21. (warszawskiego) pułku piechoty. Szybko srodze się zawiedli, a cała operacja przyjęła formy groteski.

Przez kilka godzin jedna z grup przetrzymała w garażu przy Alejach Jerozolimskich 79 premiera Moraczewskiego, ministra spraw zewnętrznych Wasilewskiego oraz ministra spraw wewnętrznych Thugutta. Inna, mająca opanować Belweder, wycofała się na widok żołnierzy ochrony uzbrojonych w karabiny maszynowe. Wyprowadzony z hotelu „Bristol” gen. Szeptycki został odbity przez przypadkowy patrol garnizonu i stanowczo odmówiwszy przyłączenia się do puczu, sam aresztował spiskowców. Nie padł żaden strzał. Rano było po zamachu.

Zmiana rządu byłaby niewątpliwie spełnieniem marzeń środowisk endeckich lecz – wbrew ugruntowanej propagandzie – brakuje przesłanek do przypisania im roli inspiratora. Większość zamachowców pozostała w armii, a nawet szybko była awansowana. Po wyleczeniu zapalenia płuc Januszajtis wrócił do wojska i rok później został generałem. Eustachy Sapieha, który w czerwcu 1919 r. objął stanowisko ambasadora RP w Londynie, po latach wyznał, że spisek na siebie zorganizował sam Piłsudski, a mistyfikacja służyła w istocie zupełnie innym celom. Jerzy Zdziechowski, najbardziej prominentny działacz obozu narodowego zaangażowany w spisek, lecz niekoniecznie wtajemniczony w jego intencje, tydzień później tłumaczył się w liście Romanowi Dmowskiemu z motywów jego przeprowadzenia:

Zatem, celem zamachu było „przekonanie, że dla sprawy polskiej w obecnej chwili jest rzeczą najistotniejszą wykazać swoją zdolność do walki z bolszewizmem… Dalej przekonanie, że wszelkie pertraktacje z Piłsudskim nie mogą doprowadzić do żadnych rezultatów pozytywnych. bo to jest człowiek mafii PPS, tajnej organizacji której podlega, a że inni członkowie tej mafii są w rządzie, a inni na stanowisku w wojsku, więc ta klika go trzyma w ręku. Mieliśmy przykłady: pertraktowała Rada Reg[encyjna], potem stronnictwa, potem Poznańczycy, Korfanty, Seyda etc., potem 2 miesiące prawie [Stanisław] Grabski, wreszcie Paderewski przyjeżdża i śladem innych rozpoczyna pertraktacje. Dostaje tę samą odpowiedź co wszyscy: 'Porozumcie się z PPS’, a PPS odpowiada: 'my z wami nie chcemy gadać’. … Zamach się nie udał, obecnie wszystko jedno dlaczego. Musieliśmy wypalić! bo to była ostatnia chwila w której się miało 75% udania. Nazajutrz miano rozbroić straż narodową, 1000 ludzi nam oddanych, i wyprowadzić z Warszawy parę pułków na które można było liczyć … Gazety mogą pisać różne bzdury! Fakt jest, że gdyby nie incydent z Szeptyckim, który wytworzył niespodzienie 'widomy oddział wierny Piłsudskiemu’ w 12 godziny później oddziały prawie wszystkie konsystujące w Warszawie byłyby przy nas, a ich dowódcy do naszej dyspozycji. …Stało się”.