Instytut Dziedzictwa Myśli Narodowej

„Elity narodu” – Damian Małecki. Sokolim okiem.

Żyjemy w czasach, w których znalezienie aktywnego społecznie lekarza, adwokata lub przedsiębiorcy graniczy z cudem. O ile w przypadku dwóch pierwszych profesji da się taką postawę jakoś zrozumieć, o tyle w przypadku przedsiębiorców, przede wszystkim tych dawniej zaliczanych do mniej lub bardziej bogatego drobnomieszczaństwa czy burżuazji, decyzja o braku udziału w życiu publicznym po 1989 r. była wynikiem ich fizycznego unicestwienia, marginalizacji i w wielu wypadkach ekonomicznym unicestwieniem. Tymczasem w okresie II RP i wcześniej przedstawiciele tych profesji należeli do najaktywniejszych grup społecznych w Polsce. Wśród nich najbardziej wyróżniało się wspomniane drobnomieszczaństwo, tj. kupcy, właściciele małych zakładów, restauracji i rzemieślnicy. Nie bez przyczyny to właśnie w te grupy najmocniej uderzali komuniści po 1945 r. Najbardziej też dał się nam we znaki ich brak po 1989 r.

Charakterystyczne dla przedwojennych elit było jednak coś jeszcze, o czym możemy przekonać się na przykładzie patronów Instytutu Dziedzictwa Myśli Narodowej Romana Dmowskiego i Ignacego Jana Paderewskiego, którzy zdobyte przez siebie pozycje, pieniądze i wpływy wykorzystali dla celów niepodległości Polski. Zanim jednak Ignacy Jan Paderewski znalazł się w wielkiej polityce, kiedy decydowały się losy świata i Polski, otrzymał wsparcie, które bez wątpienia przyspieszyło jego karierę. Paderewski międzynarodowy sukces w pierwszej kolejności zawdzięczał swojej pracowitości oraz wrodzonemu talentowi, jednak sława i pieniądze zapewne nie przyszłyby Paderewskiemu tak szybko, gdyby skromnego jeszcze wówczas pianisty nie zauważyła Helena Modrzejewska. Modrzejewska była wtedy znaną aktorką teatralną, która zrobiła karierę za oceanem, a polskiego pianistę wsparła znaczną sumą pieniędzy, które pozwoliły Paderewskiemu rozwinąć swój kunszt i karierę. Między innymi dzięki temu wsparciu w latach następnych Paderewski każdy swój koncert wykorzystywał do promocji sprawy polskiej, a w trakcie jednego ze swoich tournée po USA grał na fortepianie tak intensywnie, że z jego pokaleczonych palców płynęła krew. Nie zapominał też o pomocy innym, stąd liczne wsparcie charytatywne dla Polaków w kraju i za oceanem, zarówno przed, jak i po odzyskaniu przez Polskę niepodległości.

W okresie zaborów i Polsce międzywojennej postawy takie jak Paderewskiego nie były obce innym przedstawicielom polskich elit. Wcześniej wspomniana Helena Modrzejewska była nie tylko znaną aktorką i jedną z najpiękniejszych polskich kobiet końca XIX wieku, ale też polską patriotką, która nie żałowała czasu i środków na sprawę Polski. Podczas swojego pobytu w Stanach Zjednoczonych wsparła m.in. zbiórkę środków na dom polskich sierot, nie stroniła też od kontaktu z rodakami. Natomiast jej filmowa koleżanka Pola Negri, gwiazda kina niemego w Hollywood, z honorami przyjęła w Los Angeles przebywającego tam w latach 20-tych XX wieku gen. Józefa Hallera, twórcę Błękitnej Armii oraz Armii Ochotniczej z 1920 r. O weteranach Błękitnej Armii pamiętał też Paderewski, który przeznaczał znaczne sumy pieniędzy na utrzymanie wracających z wojny i schorowanych weteranów.

W przywiązaniu do spraw ojczyzny powyższym nie ustępował Stanisław „Zbyszko” Cyganiewicz, zapaśnik i wrestler, a do tego prawdziwa gwiazda polskiego sportu lat 20-tych i gorliwy polski patriota, który rozpoczynając swoją karierę w USA podkreślał swoje polskie pochodzenie, a poprzez swoje zwycięskie walki chciał dowodzić znakomitości narodu polskiego. Tej właśnie postawie zawdzięczał swoją wielką popularność w USA, ponieważ najliczniej na jego walkach pojawiali się mieszkający w USA Polacy, którzy entuzjastycznie reagowali na wszystkie jego zwycięstwa, ale też z największym rozgoryczeniem przeżywali jego porażki. Swoje przywiązanie do polskości popularny „Zbyszko” zawdzięczał wychowaniu w „Sokole”, najpierw w Stanisławowie, a następnie w Krakowie, o czym zresztą chętnie wspominał. Niełatwe, o ile to w ogóle możliwe, będzie wskazanie współczesnego polskiego celebryty z podobnym usposobieniem i stosunkiem do rodaków co powyżsi, pomimo tego, że zawdzięczają Polakom nie mniej.

Charakterystyczny dla tamtych elit był nie tylko głęboki patriotyzm, ale też solidaryzm (dziś powiemy: solidarność), który wyrażał się tym, że grupa ta silnie się wspierała. Na wsparcie swoich starszych kolegów mogli liczyć młodzi i zdolni ludzie, tacy jak Ignacy Jan Paderewski, ale też wielu innych. Młodzi ludzie nie stanowili w umysłach swoich starszych kolegów konkurencji, ale rodzaj wsparcia i oparcia dla osób i organizacji, działających pośrednio także na ich korzyść. Na uwagę zasługuje to, że wielu przedstawicieli ówczesnych polskich elit, celebrytów tamtych czasów, za swoje postawy i zaangażowanie cieszyło się powszechnym szacunkiem i uznaniem społeczeństwa polskiego, a wspomnienie o nich pozostaje żywe do dziś.

Rzeczywistość ta wolna była od dobrze nam znanego współcześnie skrajnego indywidualizmu, czy wręcz egoizmu. Aktualnie dostrzec można, że solidaryzm elit służących społeczeństwu został zastąpiony przez skrajny indywidualizm i materializm. Życie, postawy i wybory współczesnych nam elit stoją w całkowitej sprzeczności z wyborami i postępowaniem ich poprzedników. Jeśli celebryci zwykli coś z myślą o Polsce i Polakach robić, to tylko się od nich publicznie dystansować. Charakterystyczne jest także to, że wielu obecnych przedstawicieli elit uważa, że ich osobisty sukces wymieszany z brakiem szacunku przechodzącym w pogardę dla zwykłych obywateli, zasługuje na uznanie innych. Tymczasem życie ojców niepodległości oraz ludzi pokroju Modrzejewskiej i Cyganiewicza pokazało, że uznanie i szacunek innych ludzi zdobywa się poprzez działalność i pracę na rzecz innych, zwłaszcza swoich rodaków. Najbardziej charakterystycznym przykładem tej postawy jest pewien znany polityk europejski polskiego pochodzenia, który w okresie swojej świetności nie zrobił dla Polaków i Polski nic lub prawie nic, dlatego dzisiaj, pomimo tego że sam osiągnął spektakularny osobisty sukces, to jego działalność nie zyskała w oczach innych uznania i nikt jego powrotu do polskiej polityki oraz polskiego życia publicznego zwyczajnie nie oczekuje.

Postawa ta nie jest niestety charakterystyczna tylko dla przedstawicieli dobrze nam znanych elit lewicowo-liberalnych. Komunizm odcisnął swoje piętno na elitach polskiej prawicy. Na skutek tego z organizacji odwołujących się do myśli narodowej demokracji w Polsce pozostało już tylko kilka liczących się środowisk, które włożyły najwięcej wysiłku w budowę własnych struktur, zaplecza i największej ich wartości -ludzi. Wśród nich, jak sądzę, warto wymienić m.in. Związek Towarzystw Gimnastycznych „Sokół” w Polsce, Związek Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych, środowisko Marszu Niepodległości, Młodzieży Wszechpolskiej oraz grupę osób skupionych niegdyś wokół czasopisma „Myśl Polska”. Budowy własnego środowiska podjęło się również małżeństwo Adama i Magdaleny Wielomskich oraz liderzy Ruchu Narodowego, ale jest jeszcze za wcześnie, aby przesądzić, czy są to struktury zdolne przetrwać próbę czasu.

We wszystkich tych organizacjach dominują jednak ludzie młodzi, poniżej 45. roku życia (najstarszy w tym gronie Robert Bąkiewicz w tym roku skończy 45 lat). Pomimo ogromnego wysiłku wcześniejszych pokoleń działaczy wyraźnie zauważalna jest przerwa pokoleniowa, charakteryzująca się brakiem aktywnych społecznie osób w tych organizacjach w przedziale wiekowym mniej więcej pomiędzy 45 a 65 rokiem życia. Przez wiele lat na polskiej prawicy pozwalano wartościowym i dobrze zapowiadającym się ludziom odchodzić, zupełnie tak, jakby źródło narodowych elit miało się nigdy nie wyczerpać. Tymczasem dziś widzimy, że źródło to jest na wyczerpaniu, a ludzi gotowych i potrafiących skutecznie działać pozostało naprawdę niewielu. Wcześniejsze pokolenia albo nie potrafiły, albo włożyły niewystarczająco wiele wysiłku w stworzenie warunków dla swoich następców. Stało się to przyczyną, dla której wiele z organizacji przedwojennych przestało de facto w Polsce istnieć. Niewłaściwe zagospodarowanie tych ludzi i przyzwolenie na zmarnowanie ich potencjału jest w moim przekonaniu największą porażką środowisk polskiej prawicy po 1989 r.

Zupełnie inaczej sytuacja w minionych 30 latach przedstawiała się w obozie postkomunistów i elit liberalno-lewicowych, które zawłaszczyły znaczną część polskiej przestrzeni publicznej, wraz z administracją i instytucjami kultury. O swoiście rozumianym solidaryzmie (a de facto egoizmie) tej grupy mogliśmy się przekonać w ostatnich tygodniach, kiedy poza kolejnością zaszczepiony przeciw COVID-19zostałnie tylko dawny kapitan Służby Bezpieczeństwa, ale i część współczesnych celebrytów. Pomimo upływu lat widać, że więzi te są ciągle bardzo silne.

Tymczasem największą wartością każdej organizacji są właśnie tworzące ją osoby. Budynki, wyposażenie, sprzęt i pieniądze, zawsze można (czasami z dużym trudem)zdobyć lub odzyskać. To samo nie dotyczy jednak ludzi, bez których żadna organizacja istnieć nie może. Z tym większym niedowierzaniem przyjąłem wiadomość sprzed kilku lat o tym, że jedna z organizacji, która odwołuje się do tradycji myśli narodowej, dokonała czystki w swoich szeregach sięgającej nawet 80-90% stanu swoich członków. Myślę, że jej lider nie odpowiedział sobie na pytanie, komu mają służyć organizowane wydarzenia lub obchody, jeśli nie ludziom właśnie, członkom tej organizacji i ich rodzinom. Inny przedstawiciel współczesnych polskich elit w każdej niemal dyskusji powołuje się na wskaźniki gospodarcze i ich wzrost wyrażony w statystykach GUS. O tym, że znaczny wzrost gospodarczy nastąpił w ciągu minionych 30 lat każdy może przekonać się na własne oczy. Nie bierze się jednak pod uwagę tego, że koszty tego wzrostu sięgają około 3,5 mln polskich obywateli (czyli tyle, ilu Polaków Polska straciła w czasie II wojny światowej), którzy w ostatnich latach na skutek trudności ekonomicznych zmuszeni zostali Polskę opuścić. Dzisiaj widzimy, że jest to strata nie do odrobienia, za którą w niedalekiej przyszłości płacić będziemy wszyscy podwójnie.

Przez wiele lat podobne traktowanie ludzi nasuwało  podejrzenia, że bezczynność lub motywacje uczestników polskiego życia publicznego wynikają ze zwykłej złośliwości, zazdrości, pospolitego lenistwa lub pogardy dla polskości. To wszystko oczywiście prawda, jednak przy okazji wyszło na jaw, że ludziom tym po prostu brakuje wiedzy, odwagi i gotowości do poświęceń, które umożliwiałyby im podejmowanie właściwych dla ogółu społeczeństwa decyzji. Najbardziej rozczarowująca jest jednak powszechna ignorancja, przejawiająca się przede wszystkim brakiem dążenia do zdobywania potrzebnej każdemu sprawującemu władzę wiedzy. Symbolem tej ignorancji mogą być sesje rad gmin wiejskich, które mogłem obserwować z bliska kilka lat temu. Radni przychodzili na niezupełnie nieprzygotowani, z dokumentacją i projektami uchwał zapoznając się dopiero na miejscu, już w czasie trwania sesji. W radach miast i powiatów sytuacja wyglądała nieco lepiej, ale w dalszym ciągu spotkać można było wielu radnych, którzy przychodzili na sesję nie przeczytawszy ani jednej strony dokumentacji dotyczącej obrad. Można wręcz odnieść wrażenie, że u wielu osób sprawujących władzę merytoryczna praca została zastąpiona gotowością do robienia sobie zdjęć z górnikami, sportowcami, pielęgniarkami, a nawet pszczelarzami, mleczarzami i zamieszczaniem ich na Facebooku. Wartość tych elit przedstawia się dzisiaj niezwykle nisko.

Wszystko to daje podstawy do stwierdzenia, że proces odbudowy elit w Polsce dopiero się rozpoczął i najpewniej potrwa jeszcze wiele lat. Miejmy tylko nadzieję, że starczy nam czasu – bo kolejne pokolenia odchodzą. Tym razem możemy być jednak pewni, że znajdą się wśród młodzieży środowiska gotowe te elity budować i wspierać.

Damian Małecki
Prezes ZTG „Sokół” w Polsce