Instytut Dziedzictwa Myśli Narodowej

„Polska – USA: między miłością a rozczarowaniem”. Ryszard Czarnecki. Obowiązki polskie.

Relacje polsko-amerykańskie są wyjątkowe, zarówno w wymiarze historycznym, jak i bieżącej polityki międzynarodowej. Gospodarczą potęgę Stanów Zjednoczonych budowała ciężka praca milionów – na przestrzeni wieków – polskich imigrantów. Ich dzieci, wnuki, prawnuki, służyli USA jako żołnierze, policjanci, strażacy, przedsiębiorcy, robotnicy i w mniejszym stopniu, niestety, politycy – choć przecież też byli i tacy, nieraz zajmujący przez wiele kadencji fotel w Kongresie. Ale żeby owe miliony naszych rodaków mogły wyemigrować do nowego, coraz większego terytorialnie państwa (dochodziły przez cały XIX wiek nowe stany) musiało najpierw ono powstać. A powstało także dzięki znakomitej sztuce wojennej „bohaterów dwóch Narodów” – generałów Tadeusza Kościuszki, mistrza wojennej taktyki oraz legendarnego, osławionego dzielnością i brawurą bohatera wojny o niepodległość USA, za którą oddał życie – Kazimierza Pułaskiego. 

Nie zawsze była to miłość: Lincoln, Roosevelt, Truman …

Potem nie zawsze było wszak idyllicznie, bo jeden z najwybitniejszych prezydentów w dziejach USA, Abraham Lincoln zanim zginął w zamachu, wcześniej podjął jedną z najbardziej niechlubnych decyzji i w dziejach relacji polsko-amerykańskich i w dziejach wolnościowej tradycji USA. Lincoln wydał na pewną śmierć polskiego marynarza Aleksandra Milewskiego, który uciekł z rosyjskiego statku, cumującego w Stanach  i poszedł na front wojny secesyjnej do Wirginii, gdzie wstąpił do jednego z pułków artyleryjskich Unii walczących z Konfederatami. Władze Unii szybko wytropiły naszego rodaka i oddały go w ręce Rosjan. Po błyskawicznym procesie Milewskiego powieszono… 

Cóż, można powiedzieć, że nieszczęsny Abraham Lincoln, którego życie osobiste było pełne udręki z powodu żony-wariatki, mógł stać się pierwowzorem dla innego współautora zdrady wobec Polski w Teheranie 1943 i Jałcie 1945 –  prezydenta Franklina Delano Roosevelta. Kolejna zdradę, w Poczdamie, parę miesięcy po tej na Krymie, przypieczętował już następca prezydenta na inwalidzkim wózku, Harry S. Truman.   

Polacy, żyjąc nad Wisłą, Odrą, Wartą i Bugiem,  nie maja specyficznych doświadczeń w relacji z Waszyngtonem, które są udziałem obywateli Ameryki Środkowej i Łacińskiej. Takim wyjątkowym doświadczeniem były słowa Roosevelta, który mówiąc o ówczesnym dyktatorze Nikaragui Anastasio Somozie, stwierdził: „Somoza być może jest skur….yn, ale to nasz skur…yn”.

Im dalej od Ameryki, tym jej obraz wydaje się być bardziej wyidealizowany. W praktyce średnio się to ma do rzeczywistości. Mieliśmy w dziejach relacji obu krajów prezydenta Thomasa Woodrowa Wilsona, który w swej słynnej deklaracji przypomniał światu o konieczności powrotu na mapę państwa polskiego. I mieliśmy tych, którzy wzruszali ramionami słysząc relacje Jana Karskiego o bestialstwie Niemców wobec obywateli RP (i nie tylko) żydowskiego pochodzenia. 

Mieliśmy tez bohatera, jak z amerykańskiego westernu, który zdefiniował Związek Sowiecki jako „Imperium Zła”  i czynnie z nim walczył, zresztą głosząc chwałę polskiego papieża Jana Pawła II – mowa oczywiście o Ronaldzie Wilsonie Reaganie. Ale mieliśmy też  jego poprzednika, właściciela plantacji orzeszków Jamesa Earla (Jimmy) Cartera, który naiwnie wierzył, że z Kremlem można się dogadać. Mieliśmy też głoszącego historyczną wielkość dzielnego polskiego narodu, narodu przeciwstawiającego się totalitaryzmom, prezydenta Donalda Johna Trumpa, ale też jego poprzednika Barracka Husseina Obamę, który bredził  o „polskich obozach śmierci” i za to nawet nie przeprosił. 

Można wiec powiedzieć, że bilateralne relacje Warszawa – Waszyngton to dzieje miłości,  ale też nieraz ciężkich miłosnych zawodów i zdrad. Jednakże naszym politykom, dyplomatom, ekspertom, szeroko rozumianym polskim elitom, które zajmują się  polityką międzynarodową, także w wymiarze „soft-diplomacy” dedykowałbym odejście od  emocjonalnego stosunku do Stanów Zjednoczonych Ameryki. Nie kochajmy USA, bo ani one tego nie oczekują, ani nie jest to dla nas korzystne. Ale też nie wpadajmy w czarną rozpacz czy nawet święte oburzenie, gdy jakiś amerykański polityk  po raz kolejny będzie mijał się z prawda o lata świetlne  niczym kandydat na prezydenta Joseph Robinette (Joe) Biden, porównujący nasz kraj z Białorusią. Starajmy się odejść od tych nadmiernie pozytywnych emocji i ich rewersu w postaci emocji skrajnie negatywnych, które są udziałem ludzi (i narodów), którzy doznali zdrady opuszczenia, zawiedzionej przyjaźni.

Pragmatyzm, nie pas transmisyjny ani antyamerykańska heca…

Proponuję twardy pragmatyzm. Sprowadza się on do szukania wspólnych mianowników, mówiąc językiem matematycznym, szukania tego, co łączy. Mówiąc wprost: nic tak nie łączy, jak wspólne interesy, zarówno w sferze geopolitycznej, militarnej, jak też i stricte ekonomicznej. Polska potrzebuje dywersyfikacji gazu.  Amerykanie nam go sprzedają, choć możemy także/ lub kupić go np. od Skandynawów, Azerbejdżanu, itd. Polska modernizuje armię i potrzebuje uzbrojenia nie tylko produkowanego w Polsce. Amerykanie chętnie je nam sprzedają, choć przecież możemy kupować je tez od naszych partnerów z Unii Europejskiej. Polska chce ograniczyć wpływy Rosji w regionie – to też wspólny mianownik z USA, choć być może nie tylko z USA. Takich wspólnych mianowników jest sporo…

Myślmy wiec o relacjach z USA na skroś pragmatycznie , eksponując wspólne interesy, a nie epatując odmienianiem przez wszystkie przypadki słowa „przyjaźń”…

Stany Zjednoczone znane są – poza Statuą Wolności w regionie metropolitarnym Nowego Jorku – z pragmatyzmu. W imię tegoż pragmatyzmu czyli troski o dobrze pojęte własne interesy powinni dbać o szczególne relacje z Polską. Tak, właśnie: szczególne. Dlaczego? Bo po Brexicie i to nawet nie tyle po formalnym rozwodzie Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej z Unia Europejska, ale już po samej decyzji referendalnej – USA zdecydowały, że ich „sojusznikiem nr 1” w UE będzie Rzeczpospolita Polska. Skądinąd to też był wybór pragmatyczny: nasz kraj jest największy w tzw. „nowej Unii” czyli wśród państw, które złożyły akces do UE poczynając od 2004 roku – państw takich jest 11, nie licząc odległych geograficznie Cypru i Malty, też przecież krajów „nowej UE” – a jest to region tradycyjnie najbardziej proamerykański na Starym Kontynencie (pomijając może Albanię i Kosowo). Jesteśmy  też częścią „G-5” czyli jednym z pięciu największych krajów Unii i oczywiście, znów zdecydowanie najbardziej „pro-USA”. 

Wreszcie Polska to pomost Unii na szeroko rozumiany Wschód, gdzie trwa cicha ekspansja Amerykanów (choćby przykład Ukrainy), ale gdzie też znajduje się państwo, które w kilku regionach świata wyraźnie przeszkadza Stanom Zjednoczonym, mimo że w 1867 roku sprzedało im Alaskę – czyli Rosja. Tym bardziej wiec jesteśmy atrakcyjnym partnerem dla Waszyngtonu. Nawet jeśli teraz Biden będzie, jak kiedyś jego pryncypał Obama, chciał  rozmawiać z UE via Berlin to i tak USA będą musiały mieć tu specjalnego sojusznika-lidera państw Europy Środkowo-Wschodniej, tradycyjnie zorientowanej na Waszyngton.             

Reasumując: trzeba układać bilateralne relacje Polska – USA w oparciu o wspólne interesy i pragmatyzm. Nie jesteśmy amerykańskim pasem transmisyjnym na Starym Kontynencie, ale też nigdy nie damy się wciągnąć w antyamerykańską histerię, która jest udziałem europejskiej lewicy.