Instytut Dziedzictwa Myśli Narodowej

„Polska: koniec koniunktury międzynarodowej” . Ryszard Czarnecki. Obowiązki polskie.

Niestety, możemy powiedzieć: „Żegnaj, świetna dla Polski, koniunkturo międzynarodowa”. A może raczej nie tyle „żegnaj”, co „do widzenia”. Bo przecież koniunktura w polityce zagranicznej jest sinusoidą, jak ludzkie życie: raz państwo  i jednostki są na górze, potem na dole i potem znowu na górze.   

Zostawmy te mniej lub bardziej żartobliwe metafory, bo sytuacja jest poważna. Z jednej strony Stany Zjednoczone Ameryki Josepha Robinette’a Bidena dokonują  resetu w relacjach z Rosją, a amerykańsko-rosyjskie zbliżenie zawsze odbywa się kosztem Polski i naszego regionu. Czy będzie to reset tak głęboki, jak za pierwszej kadencji tandemu Obama-Biden? Tego nie wiemy, ale 46. prezydent w dziejach USA ma, niestety, do czego nawiązywać.      

Z drugiej strony, w sposób mniej spektakularny, ale czytelny,USA dokonują resetu w relacjach  i z Unią Europejską i z Niemcami. To również będzie dla Polski niekorzystne. Sceptyczny, nie ma co ukrywać, stosunek prezydenta Donalda Johna Trumpa do UE, wynikał z wielu powodów. Także generalnej niechęci 45. lokatora Białego Domu do wszelkich struktur międzynarodowych (nie tylko UE, ale także Światowej Organizacji Zdrowia-  WHO, czy również w sporej  mierze ONZ ) oraz wielostronnych porozumień handlowych i klimatycznych, które Trump konsekwentnie wypowiadał). Polska  była jednak beneficjentem takiej polityki Trumpa: zamiast bowiem relacji z Unią jako taką poprzednik Bidena stawiał na relacje bilateralne, zwłaszcza z krajami pozbawionymi antyamerykańskich fobii, co nierzadko jest udziałem  znaczących państw Europy Zachodniej. Do tego doszedł jeszcze Brexit, mało przez kogo przewidywany, którego politycznym beneficjentem znowu stał się nasz kraj. USA bowiem nie miały w UE państwa, które mogłoby być strategicznym sojusznikiem w miejsce Wielkiej Brytanii.  Naturalnym wyborem była z racji wielkości i stosunku do USA – Polska.

Wreszcie Biały Dom zmienia swoje relacje z Niemcami. Odwilż jest spektakularna. Prezydent D. J. Trump, mimo swych niemieckich korzeni, był konsekwentnie sceptyczny wobec Niemiec. Wynikało to nie tylko ze sprzeczności – nieraz – interesów ekonomicznych oraz ewidentnego zbliżenia Berlin-Pekin, co dla Waszyngtonu było powodem – czy pretekstem – do dyplomatycznego „casus belli”. Innym ważnym powodem było również najpierw lekceważenie, a potem niechęc niemieckiej klasy politycznej i niemieckich mediów do antyestablishmentowego Trumpa.   

Przy tej okazji można pokusić się o jedną, wykraczającą poza  temat tego artykułu, refleksję: politycy to też ludzie, ze swoimi emocjami i uprzedzeniami.  Z portretu psychologicznego Trumpa wynikało, że czuje się znakomicie, bryluje w spotkaniach dwustronnych, a z najwyższą niechęcią bierze udział, traktując to jako dopust Boży, w spotkaniach wielostronnych. Stąd jego niechęć do organizacji międzynarodowych i konferencji z udziałem wielu przywódców w jednym miejscu i czasie.

Drugim jego charakterystycznym rysem było jego olbrzymie ego. Obśmiewali to krytycy z establishmentu polityczno-medialnego USA i Europy Zachodniej, ale przecież, nawet jeśli owa krytyka była karykaturalna, to nie była wszak bezpodstawna. Jego pozytywny stosunek do Polski (w swojej kampanii – co z tego, że taktycznie – Trump jako pierwszy kandydat na prezydenta w dziejach USA obiecał zniesienie wiz dla Polaków) i sceptycyzm do Niemiec pogłębiły dwa wydarzenia, które miały miejsce dosłownie w odstępie paru dni. Prezydent Trump wizytował Polskę w lipcu 2017 i spotkał się z autentycznym  entuzjazmem zwykłych Polaków. Takiego „spontanu” nie da się wyreżyserować i Donald Trump to wiedział i widział. Polacy, może jak zwykle idealistycznie, objawili swój wielce pozytywny afekt wobec amerykańskiego przywódcy i Trump  takie właśnie wrażenie szczerej aprobaty, ba, entuzjazmu wobec jego osoby, wyniósł z pobytu w Warszawie. Prosto z Polski poleciał do Niemiec, do Hamburga na szczyt G-7. Niemcy przywitały go ironicznymi komentarzami mediów i chłodem ze strony niemieckiej klasy politycznej, w tym kanclerz Angeli Merkel, która nie była w stanie znaleźć jakiekolwiek chemii z republikańskim prezydentem. Do tego doszły gwałtowne, pełne przemocy  demonstracje alterglobalistów, które zaowocowały serią pożarów po podpaleniach sklepów i aut. W płonącym Hamburgu  uniemożliwiono wyjście Pierwszej Damy Melanii Trump z hotelu na zaplanowany odczyt. Wszystko to prezydent USA odebrał jako osobisty afront i przełożyło się to na jego stosunek do Niemiec. Tak, jak entuzjazm warszawskiej ulicy i aplauz polskiej klasy politycznej ponad podziałami –  przełożyły się na sympatie i szacunek do Polski.

Teraz Biden, a raczej Sekretarz Stanu AntonyBlinken i jego ekipa dokonują resetu nie tylko wobec Moskwy, ale także wobec Berlina. Słynne słowa Henry Kissingera o braku telefonu w Europie, na który można zadzwonić uzyskały po latach odpowiedź jego następcy, też z obozu Demokratów: ten telefon znowu, jak za czasów tandemu Obama-Biden , jest w Berlinie.

W najbliższych dniach odbędzie się szczyt USA-Rosja, z udziałem obu prezydentów, w Genewie. To wydarzenie, podobnie jak faktyczne wycofanie się USA  z sankcji wobec rosyjsko-niemieckiego NordStreamu nie wróży Polsce dobrze. Z drugiej strony pamiętajmy, że tenże tandem Obama – Biden podczas drugiej swojej kadencji porzucił fatalny dla interesów Polski, ale także USA, reset z Rosją.

Trzeba powiedzieć wprost: świetna koniunktura międzynarodowa dla nas się skończyła. Nic nie trwa wiecznie. Ale właśnie dlatego, że nic nie trwa wiecznie, trzeba zacisnąć zęby, grać na takim międzynarodowym boisku, jakie mamy i pracować na rzecz powrotu koniunktury…