Instytut Dziedzictwa Myśli Narodowej

„Szerokie Dusze” – odc. 1. IDMN publikuje powieść Stanisława Piaseckiego

12 czerwca 1941 r. w podwarszawskich Palmirach, w ramach akcji AB Niemcy rozstrzelali Stanisława Piaseckiego – redaktora związanego z obozem narodowym tygodnika kulturalnego „Prosto z Mostu”. Znany głównie ze swojej publicystyki politycznej i kulturalnej Piasecki próbował sił również na polu literackim. W związku z przypadającą dziś 80. rocznicą jego śmierci Instytut Dziedzictwa Myśli Narodowej im. Romana Dmowskiego i Ignacego Jana Paderewskiego rozpoczyna publikację drukowanej w latach 1931-1932 powieści Piaseckiego „Szerokie Dusze”.

Co tydzień na stronie IDMN zamieszczany będzie kolejny rozdział powieści, opracowanej przez Krzysztofa i Mateusza Kofinów. Na pierwszy odcinek cyklu, oprócz rozdziału, składają się również przedmowa ich autorstwa oraz biogram autora, napisany przez Mikołaja Kwiatkowskiego (IDMN).

***

Mikołaj Kwiatkowski –

Stanisław Piasecki (1900–1941)

Postać Stanisława Piaseckiego, redaktora pisma „Prosto z Mostu” jest dzisiaj praktycznie zapomniana. Trudno na półkach księgarń, a nawet antykwariatów czy na portalach aukcyjnych doszukać się jego dzieł. Gdy jednakże takowe się pojawiają, to osiągają zwykle wysokie ceny. Warto przypomnieć pokrótce biografię słynnego międzywojennego publicysty.

           Redaktor„Prosto z Mostu”pochodził ze Lwowa.Przyszedł na świat 15 grudnia 1900 r. w rodzinie lekarza, wykładowcy akademickiego i specjalisty w zakresie wychowania fizycznego Eugeniusza Piaseckiegooraz Gizeli z domu Silberfeld. Matka przyszłego redaktora była z pochodzenia Żydówką, co w latach 30. było wykorzystywane przez oponentów Piaseckiego, nazywających go Stanisławem Pejsackim. Jednocześnie kontrastowało z niechęcią samego Piaseckiego do Żydów oraz głoszonymi przez niego tezami o niemożliwości asymilacji Żydów z Polakami, a także antysemickimi artykułami autorów piszących do jego gazety.

            Rodzice Piaseckiego zadbali o jego staranne wychowanie patriotyczne, a także fizyczne. Uczęszczał do prywatnej szkoły we Lwowie, a w okresie I wojny światowej, gdy jego ojciec został powołany do armii rosyjskiej, przeprowadził się z rodziną do Zakopanego, gdzie zdał maturę. Młodzieniec ćwiczył sport – wspinaczkę górską, taternictwo, narciarstwo oraz wrotkarstwo. Był również harcerzem. Wyróżniał się odwagą.Publicysta narodowy i przyjaciel redaktora „Prosto z Mostu” Wojciech Wasiutyński pisał: „był to najodważniejszy człowiek, jakiego znałem. Odważny, bo jego śmiałość nie była instynktowna, ale świadoma, jeśli nie wypracowana. Wydaje mi się, że ten człowiek powiedział sobie: słowo «niebezpieczeństwo» nie istnieje w moim języku”[1]. W młodości przyszły pisarz zdobył na przykład samodzielnie Zamarłą Turnię w Tatrach i spędził na niej całą noc.

            Podczas studiów Piasecki początkowo kształcił się w zakresie architektury na lwowskiej politechnice.Gdy jednak jego ojciec otrzymał posadę na poznańskim uniwersytecie, przeniósł się do stolicy Wielkopolski, gdzie uczył się w zakresie ekonomii (pracę magisterską obronił w 1925 r.). W 1920 r. zaciągnął się do armii generała Tadeusza Kutrzeby, by wziąć udział w wojnie polsko-bolszewickiej. W 1921 r. walczył w III powstaniu śląskim. Po zakończeniu powstania powrócił do nauki uniwersyteckiej, wiążąc się jednocześnie z reprezentującą wpływy endecji na uczelniach organizacją Narodowe Zjednoczenie Młodzieży Akademickiej (w 1922 r. przekształcone w Związek Akademicki Młodzież Wszechpolska).Wszedł też w skład redakcji miesięcznika studenckiego „Akademik” oraz endeckiego periodyku „Dziennik Wileński”, ponadto wraz z towarzyszami odwiedzał Romana Dmowskiego, mieszkającego wówczas w wielkopolskim Chludowie.

            Po zakończeniu studiów publicysta przeprowadził się do Warszawy, gdzie jako dziennikarz współpracował z „Gazetą Warszawską”, „Wieczorem Warszawskim”. W tym czasie był członkiem Obozu Wielkiej Polski, rozwiązanego przez władze polskie w 1933 r. (po delegalizacji OWP Piasecki nie związał się już z żadną organizacją polityczną czy społeczną). W listopadzie 1928 r. Piasecki poślubił Irenę Religioni, śpiewaczkę operową. Małżonka publicysty była rozwódką, zatem ślub Piaseckich, pomimo żarliwego katolicyzmu pisarza, musiał odbyć się w Kościele Ewangelicko-Augsburskim.

            Od 1927 r. Piasecki pracował w stworzonym przez Stanisława Strzetelskiego dzienniku „ABC”, gdzie pełnił kolejno role sekretarza redakcji, recenzenta teatralnego i muzycznego. W 1932r. został samodzielnym redaktorem naczelnym niedzielnego dodatku do dziennika pod tytułem „ABC Literacko-Artystyczne”. Udało mu się do niego ściągnąć kilku wybitnych literatów, takich jak Adolf Nowaczyński, Karol Irzykowski czy debiutujący Jerzy Andrzejewski. Z czasem najbliższym współpracownikiem Piaseckiego w redakcji stał się Wasiutyński, którego Piasecki zaangażował wcześniej w piśmie jako felietonistę. Jako publicysta Piasecki zajmował się przede wszystkim sprawozdaniami teatralnymi, muzycznymi i sportowymi. W mniejszym stopniu interesował się życiem politycznym. Część tekstów publikowanych w „ABC” zostało wydanych tomie Prosto z Mostu z 1934 r., entuzjastycznie przyjętym przez recenzentów prasowych.

            W 1935 r. Strzetelski zaproponował przekształcenie dodatku literackiego do „ABC” w samodzielny tygodnik literacki.Nazwano go „Prosto z Mostu”, nawiązując do książki Piaseckiego, do czego namówił go Wasiutyński. W pierwszym numerze redaktor naczelny nieco buńczucznie przekonywał, że jego pismo będzie „największym tygodnikiem literackim w Polsce”[2]. Periodyk wychodził w każdą niedzielę rano, począwszy od 6 stycznia 1935 r.;w swoich założeniach miał skupiać się na zagadnieniach literatury i sztuki, drukować nowe utwory i posiadać własny dział informacyjny,zawierający przegląd wydarzeń kulturalnych z danego tygodnia. W skład pierwszej redakcji pisma weszli Wojciech Wasiutyński, Irena Piasecka, krakowski działacz narodowy Bolesław Świderski. Początkowo siedziba redakcji pisma znajdowała się przy ul. Nowy Świat 24 w Warszawie, później przeniosła się do mieszkania Piaseckich przy ul. Książęcej 6.

Przez cztery lata ukazywania się periodyku Piasecki był nie tylko jego redaktorem naczelnym, ale i autorem znacznej części artykułów. Uznany badacz międzywojnia, Wojciech Turek podsumowuje, że profil tygodnika można streścić w trzech słowach: antyżydowskie, antyurbanistyczne i antybiurokratyczne[3]. Przez przeciwników ideowych pismo było określane jako antysemickie, a nawet faszystowskie.

            Pierwszy numer „Prosto z Mostu” otwierał tekst pt. Prawo do twórczości, w którym Piasecki pisał:

Zaatakować ustrój obecny w jego najistotniejszym punkcie: zasadzie koncentracji kapitału. Walczyć o dekoncentrację, bo tylko przy dekoncentracji możliwe jest zaspokojenie obok prawa do chleba i prawa do pracy – także prawa do twórczości. Prawo do chleba bez prawa do pracy jest jałmużną. Prawo do pracy bez prawa do twórczości jest niewolą. Jeśli tego na razie nie rozumieją ci, których prawa do twórczości pozbawiono od długich lat, których wyzuto z człowieczeństwa i zaprzedano w niewolę mechanizmu koncentracji przemysłowej – to tym bardziej obowiązek wołania spada na tych, co najlepiej rozumieją, czym jest możność zaspokojenia instynktu twórczości w życiu człowieka: na pisarzy, malarzy, muzyków, na świat sztuki. Będzie to walka o wyższy typ duchowy społeczności, walka o upowszechnienie kultury pojmowanej nie jako odświętny odpoczynek po ogłupiającej pracy, ale jako zasady samej pracy. Stworzony przez ustrój zarówno prywatno-kapitalistyczny podział na twórców i wytwórców jest równie wielką krzywdą społeczną jak podział na bogatych i biednych[4].

Piasecki w swoim piśmie nawoływał do restytucji ludzkiego prawa do oryginalnej twórczości. Redaktor był jednocześnie krytyczny zarówno wobec materialistycznego totalitaryzmu Związku Radzieckiego, jak i leseferyzmu i kapitalizmu, którego symbolem stały się Stany Zjednoczone.

            Piasecki pragnął, by jego pismo rozbijało „podwórka”, miało pluralistyczny charakter, grupowało szeroki wachlarz autorów i docierało do różnorakich środowisk i grup społecznych międzywojennej Polski. Niewątpliwie stało się to możliwe dzięki bezpartyjności samego Piaseckiego, który – choćwyznawał poglądy narodowe – nie był instytucjonalnie związany z żadną organizacją polityczną. W „Prosto z Mostu” publikowali chociażby Zofia Kossak-Szczucka, Andrzej Mikułowski, Jan Bajkowski, Karol Stefan Frycz, Stefan Surzycki, Konstanty Ildefons Gałczyński, Jerzy Andrzejewski, Karol Irzykowski, Jan Dobraczyński, Bolesław Miciński, Wojciech Wasiutyński, Aleksander Świętochowski, Jerzy Waldorff, Jan Mosdorf (czasem pod pseudonimem Andrzej Witowski), Wincenty Lutosławski, Stanisław Szukalski (znany też jako Stach z Warty), Jan Stachniuk, Kazimiera Iłłakowiczówna czy Zygmunt Nowakowski. Zainteresowania kulturą oraz talent pisarski pozwoliły Piaseckiemu na odkrycie i wsparcie rozwoju wielu młodych artystów, takich jak Gałczyński, któremu sam redaktor złożył propozycję współpracy (pierwszym opublikowanym wierszem Gałczyńskiego w „Prosto z Mostu” byłoWilno. Ulica Niemiecka),czy – w przededniu II wojny światowej – Tadeusz Gajcy, który z kolei sam się zgłosił do Piaseckiego; Piasecki obiecał mu opublikowanie jego juweniliów w swoim piśmie. Gazeta posiadałaponadto własną bibliotekę, w której ukazały się Podróże do piekieł Micińskiego, Ofensywa Adolfa Nowaczyńskiego czy Pogromowe drobiazgi francuskiego pisarza Louisa-Ferdinanda Céline’a. Od 1938 r. linia pisma zradykalizowała się, co doprowadziło do zerwania współpracy m.in. przez krytyków Waldorffa i Irzykowskiego, wybitnego eseistę Micińskiego oraz Andrzejewskiego.

            Piasecki był zwolennikiem porozumienia pomiędzy konkurencyjnymi organizacjami narodowymi.W 1937 r. popierał koncepcję utworzenia Konfederacji Polskiej, która miała koordynować działania rywalizujących ze sobą Stronnictwa Narodowego i Obozu Narodowo-Radykalnego. Piaseckiemu udało się wypracować w łonie szerokiego obozu narodowego własną wersję myśli narodowo-katolickiej. Był zwolennikiem totalizmu katolickiego[5]. Choć potępiał totalitaryzmy niemiecki i radziecki, to już z sympatią patrzył na niektóre dokonania faszyzmu włoskiego. Promował aktywizm (rozumiany filozoficznie – jako czynna postawa wobec życia, pogląd głoszący wyższość aktywności i zmiany nad stabilnością)i dynamizm, choćby w literaturze, która jego zdaniem powinna być nowoczesna, odpowiadać na współczesne wyzwania świata i reagować na nowe zjawiska kulturalne i społeczne. W kwestiach geopolitycznych forsował koncepcję porozumienia państw i narodów Europy Środkowo-Wschodniej. W jego przemyśleniach, jak relacjonował Wasiutyński, pojawiały się nawetwizjezespolenia się narodów polskiego i ukraińskiego w jeden naród. Wlistopadzie 1938 r. Piasecki wszedł w skład Komitetu Prasowego Walki o Wspólną Granicę Polsko-Węgierską[6]. Organizacja próbowała interweniować bezpośrednio w polskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych, a 15 listopada 1938 r. zorganizowała w Stowarzyszeniu Techników Polskich wiec pod hasłem „Armia polska na Ruś!”

            W momencie wybuchu II wojny światowej Piasecki przygotowywał do wydania ostatni, jak się okazało, numer „Prosto z Mostu”, który ukazał się 10 września 1939 r. Jak podaje Maciej Urbanowski, później „wraz z większością pozostających w Warszawie mężczyzn opuścił na wezwanie pułkownika Romana Umiastowskiego miasto i błąkał się po wschodniej Polsce do końca września”[7]. Do Warszawy wrócił w październiku; przemeblował wtedy mieszkanie, tak aby zatrzeć w nim ślady dawnej redakcji. Pisarz nie wierzył w rychłe zakończenie wojny, przewidywał atak Niemców na Francję oraz Związek Radziecki.

Podczas wojny Piaseckiwszedł w skład kierownictwa konspiracyjnego Stronnictwa Narodowego oraz Narodowej Organizacji Wojskowej, w ramach której kierował Centralnym Wydziałem Propagandy. W swojej działalności posługiwał się pseudonimami „Staszek” oraz „Stanisław Mostowski”.Pismem, które wydawał w podziemiu, był główny organ ówczesnego SN –„Walka”. Starannie wydawana, osiągnęła u szczytu popularności nakład aż dwudziestu tysięcy egzemplarzy.

            W czasie okupacji w gmachu filharmonii warszawskiej przy ul. Moniuszki w Warszawie Piasecki założył kawiarnię „Arkadia”. Działalność „Arkadii” miała na celu zapewnienie finansowego bytu jego rodziny oraz dawnych towarzyszy. Piasecki zatrudniał tam dawnych współpracowników, a w kuchni mieścił się punkt kolportażu „Walki”.

Działalność konspiracyjna Piaseckiego została przerwana 4 grudnia 1940 r.: drukarnia „Walki” została otoczona przez Niemców, a redaktor naczelny został aresztowany we własnym mieszkaniu. Kolejnego dnia aresztowano personel „Arkadii” (w tym Irenę Piasecką), który po śledztwie został osadzony w obozach koncentracyjnych.

            Redaktor „Walki” trafił do aresztu przy ul. Szucha, gdzie przez wiele miesięcy brutalnie go przesłuchiwano. 31 grudnia 1940 r. Piaseckiego przewieziono do więzienia na Pawiaku, gdzie przebywała już jego żona (później osadzona w obozie koncentracyjnym w Ravensbrück). Na Pawiaku zachowywał spokój, przez grypsy prosił o modlitwę za siebie i małżonkę oraz utrzymywał kontakt z redakcją „Walki”. Wedle niektórych relacji miał nawet przesyłać teksty do konspiracyjnej prasy. Z Pawiaka nieskutecznie próbował wydostać Piaseckiegoendecki polityk i ekonomista Jerzy Zdziechowski,podejmując interwencję w gestapo oraz u ambasadora włoskiego.

            12 czerwca 1941 r. Stanisław Piasecki został wywieziony do Palmir, gdzie rozstrzelano go w zbiorowej egzekucji. W okresie powstania warszawskiego spłonęły rękopisy dzieł redaktora „Prosto z Mostu”, w tym jego pamiętniki oraz przygotowywane latami opus magnum, które miało być poświęcone Bolesławowi Chrobremu. Po zakończeniu wojny dawny współpracownik Piaseckiego – Konstanty Ildefons Gałczyński poświęcił mu przejmujący wiersz zatytułowany Okulary Staszka, opublikowany w 1946 r. w „Tygodniku Powszechnym”:

Kochał Szymanowskiego. Lubił ptaki.

Wydawał „Prosto z Mostu”. Pił czasami.

I okulary nosił tajemnicze. I w takich

pochylał się nad partyturami.

Błądził jak ludzie, co mają za dużo siły.

Łachudry nie błądzą. On był jak lira.

Strzał w struny. I dobrze za błąd zapłaciły

okulary zakrwawione w Palmirach.

Teraz jest z Karolem. U źródeł Aretuzy.

W okularach. W ilustrowanym niebie,

gdzie Matka Boska krzyczy na nieparzyste Muzy.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Wybacz mi, Polsko, że żonę i dziecko

ukochałem bardziej niż Ciebie.

***

Krzysztof Kofin, Mateusz Kofin –

Przedmowa

Okres dwudziestolecia międzywojennego był czasem wzmożonej rywalizacji pomiędzy dwoma obozami politycznymi: piłsudczykowskim oraz Narodową Demokracją. Konflikt o władzę nad państwem objął niemal wszystkie dziedziny życia społecznego: wyższe uczelnie, szkoły, prasę, kulturę i sztukę. Niewątpliwie jednym z głównych instrumentów w walce o rząd dusz była prasa, odgrywająca kluczową rolę w masowej komunikacji politycznej, stanowiąca również doskonałe miejsce prezentowania idei. Prasa wydawana przez organizacje powiązane z obozem narodowym miała charakter przede wszystkim informacyjny i polityczny, w mniejszym stopniu skupiając się na zagadnieniach kultury. W połowie lat 20. XX w. zdecydowaną przewagę na tym polu uzyskały środowiska liberalno-lewicowe ze swoim popularnym tygodnikiem „Wiadomości Literackie”, skupiającym przedstawicieli grupy poetyckiej Skamander; autorzy o poglądach narodowych byli tam marginalizowani.

Jednym z krytyków literackich związanych z obozem narodowym, który doskonale rozumiał znaczenie kultury i sztuki w życiu społeczno-politycznym, był Stanisław Piasecki. Na początku lat 30. publikował on na łamach warszawskich dzienników recenzje teatralne, a z czasem zaczął prowadzić dodatek literacki do dziennika „ABC”. Po kilku latach postanowił założyć własny tygodnik „Prosto z Mostu”, którego pierwszy numer ukazał się 6 stycznia 1935 r. Piasecki jako wydawca i główny publicysta ,,Prosto z Mostu” skupiał się na zagadnieniach dotyczących literatury oraz teatru, aby z końcem lat 30. zacząć w większym stopniu zabierać głos na tematy polityczne i ideowe. Głównym celem, jaki Piasecki postawił przed pismem, była rywalizacja z ,,Wiadomościami Literackimi” o kształt polskiego życia kulturowego. Piasecki okazał się wyjątkowo sprawnym redaktorem i mecenasem sztuki, promując twórczość m.in. Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Na łamach periodyku publikowało szereg młodych twórców oraz politycznych publicystów. Wprawdzie środowisko twórców i działaczy politycznych związanych z tygodnikiem zdominowane było przez osoby sympatyzujące z ideą narodową, pismo pozostawało jednak otwarte na głosy polemiczne i pióra wielu innych autorów.

            Stanisław Piasecki, zanim zasłynął z pracy redaktorskiej w „Prosto z Mostu”, próbował swoich sił jako pisarz. W 1929 r. wydał debiutancką, a jednocześnie swoją najbardziej znaną powieść Związek Białej Tarczy. Sensacyjny romans autorstwa Piaseckiego skupiał się na historii tajnego związku młodych narodowców, którego członkowie próbowali powstrzymać komunistycznych terrorystów przed wysadzeniem w powietrze Zamku Królewskiego w Warszawie, ówczesnej siedziby prezydenta RP.

2 września 1931 r. na łamach dziennika ,,ABC” rozpoczęto druk nowej powieści Piaseckiego, zatytułowanej Szerokie dusze. W numerze tym możemy przeczytać, że „autor, który od lat znany jest czytelnikom «ABC», w swej najnowszej powieści daje mocny obraz kresów północno-wschodnich, daleki od dotychczasowego szablonu”. I nie ma w tych słowach wiele przesady. Piasecki zabiera czytelnika w podróż na tętniącą życiem Wileńszczyznę, zamieszkałą licznie przez galerię pełnokrwistych postaci, z których każda kryje własne sekrety i motywacje. Autor i tym razem sięga po sensacyjną formę. Nagły przyjazd do domu po latach nieobecności głównego bohatera, Cypriana Rząśnickiego, ciężko chory ojciec, który przeklął syna, tajemnicza femmefatale, znana Cyprianowi z dzieciństwa, walka o rodzinny majątek, wielkie namiętności i domniemany „pogrom Żydów”… To wszystko w uchwyconym z detalami klimacie Wileńszczyzny i muzycznego światka Warszawy.

W publikowanej w odcinkach powieści autor nie ustrzegł się drobnychnieścisłości. Przykładowo, na stronach „Szerokich Dusz” czytamykilkukrotnie o „umowie”, jaką zawrzeć miał Rząśnicki z jedną z bohaterekutworu Marysią Jacuńską. Tymczasem we wcześniejszych rozdziałachPiasecki nic o takim układzie nie wspomina. Tego typu błędy nie wpływająjednak znacząco na wartość powieści.

Powieść, publikowana na łamach „ABC” od 2 września 1931 r. do 15 stycznia 1932 r., składała się ze 114 odcinków i nigdy dotąd nie ukazała się drukiem. Przypadająca 12 czerwca 2021 r., 80. rocznica śmierci Piaseckiego, rozstrzelanego przez hitlerowców w Palmirach, wydaje się doskonałą okazją do przypomnienia zapomnianej powieści Szerokie dusze – zwłaszcza że ta nie była próbą budowania mitu II RP, lecz wnikliwym świadectwem spisanym piórem czołowego autora i krytyka literackiego obozu narodowego.

***

Stanisław Piasecki –

Szerokie Dusze

ROZDZIAŁ I

Autobus, ciężko warcząc w wysilonej pracy motoru, zaczął wjeżdżać na serpentynę szosy, wspinającą się stromym stokiem Ponarskiej Góry. Dolina Wilii, wyłaniająca się z lasów, pozostała poza nim, coraz niższa i dalsza. Postrzępione, piaszczyste urwiska brzegów rzeki, nasycone czerwienią zachodu słońca, znaczyły jej szlak błyszczący aż ku zasnutym różowiznami mgieł konturom wieżyc kościelnych Wilna, zamykającym horyzont i kotliny.

Cyprian Rząśnicki, przywarłszy do zakurzonego okienka autobusu, chłonął pyszny widok.

Tyle lat, tyle lat! Jakieś nikłe wspomnienia z dzieciństwa, a w nich jako punkt orientacyjny Wilno, z którego została w pamięci tylko mała, z czerwonymi meblami cukierenka, gdzie opychał się lodami śmietankowymi, czekając na ojca, załatwiającego interesy w urzędach. Szukał jej teraz w ciągu paru godzin pobytu w Wilnie, pomiędzy przyjazdem pociągu a odjazdem autobusu. Nie znalazł. A może tylko nie poznał? Tak, jak i ta szosa. Czy nie tędy szedł trakt, tonący latem w piachach, a wiosną i jesienią w niezbrodzonych topieliskach błota, ów trakt, którym jeździło się bryczką prawie tak rozklekotaną jak ten autobus? Co za głupstwo! Tam ten trakt wiódł przecież do stacji kolejowej, skąd jechało się już do Wilna pociągiem. Wprost, końmi – to musiało być za daleko. Jak obszył setka wiorst[8].

Warkot motoru nagle urwał się. Autobus wydostał się na szczyt góry. Rozgrzana maszyna jakby odsapnęła sekundę – i pomknęła w dół. Zostawiając za sobą długą smugę białego pyłu, wnurzyła się wkrótce w sosnowy, wysokopienny, stary las. Panorama doliny Wilii znikła.

Rząśnicki odwrócił głowę od okna. Ciasne wnętrze autobusu było dosłownie zapchane pasażerami. Siedział wtłoczony pomiędzy starą i grubą Żydówką a jakimś oberwańcem, systematycznie żującym siemieczki[9] i spluwającym łupinki wprost na jego buciki. Spróbował je ochronić, umieszczając nogi na pękatym worku, leżącym w przejściu. Przeraźliwy kwik prosiaków ujawnił zawartość wora. Równocześnie zaprotestował siedzący naprzeciw właściciel.

– Pan, nie można! Weźmij nogi! Parsiuki podusisz! Pocierpij trocha. Niedaleko jadę. Hej! – zwrócił się do wyrostka w konduktorskiej czapce, chybocącego się wraz z wstrząsami autobusu u drzwiczek wyjściowych – Juziuk!

– Ja tu żaden Juziuk – padła burkliwa odpowiedź. – Za konduktora służę.

– Niech ci będzie konduktor. A w Werkliszkach zatrzymaj, mnie tam wysiąść trzeba.

Rząśnicki drgnął. Werkliszki! Pamięta przecież. Majątek Mustejków. Dalekie było sąsiedztwo, ale któżby mógł zapomnieć starego Mustejkę! Grubas był okazowy. W żadne krzesło się nie mieścił. Toć u nas… u moich rodziców – poprawił się w myśli – specjalny dla niego stał w bawialnym pokoju fotel, z którego zdejmowało się pokrowiec, gdy przyjeżdżał. A jak przyjeżdżał! Zawsze na drabiniastym wozie, wymoszczonym sianem, leżąco. A od słońca trzymał wielki czerwony parasol. To był typ! Albo Jacuński z Kiemielicz! Ten zawsze jeździł konno, w wysokich butach, nieczyszczonych od stworzenia, obcisłych spodniach nieokreślonej barwy i białej, czesuczowej kurtce. Na głowie miał czarny melonik, umocowany kraciastą chustką, zawiązaną pod brodą. Inaczej go nikt nigdy nie widział.

Typ za typem stawał Rząśnickiemu w pamięci, wyraziście, plastycznie, jakby wczoraj stąd wyjechał. Tyle lat nie rozpamiętywał o tym, a wszystko stanęło mu przed oczyma jak żywe. Tyle lat! Pogrzebał przecież w sobie wszystkie wspomnienia, odciął się od nich, zatłamsił je, zda się, bez reszty, by nie myśleć o tym dniu, kiedy wyjeżdżał – na zawsze, ze strasznym żalem i ze straszną krzywdą w sercu. Przez długie, długie lata nie istniało to dla niego – nie mogło istnieć… I byłoby nie istniało dalej, gdyby nie…

Instynktownie chwycił się za kieszeń, by sprawdzić, czy jest. Szelest papieru uspokoił go. A zresztą… Choćby i zaginął, zna przecież każde słowo telegramu na pamięć. Sto razy wczytywał się w podpis: „matka”. Nie stanęła wtedy w jego obronie. Nie otworzyła ust, gdy padło ojcowskie: „precz!” Nie wyciągnęła nawet rąk na pożegnanie. Zbladła tylko i szeroko rozwartymi oczyma patrzyła, jak wyjeżdżał. Oczyma, w których był może i ból serdeczny, ale przede wszystkim obezwładniający nawet odruchy strach przed ojcem. Zawsze była taka. Jak sięgnie myślą, pamięta ją snującą się ulegle po pokojach domu, powolną każdemu skinieniu pana i władcy, zahukaną, zapędzoną, wyzbytą własnej woli. Wiedział wówczas, że nie zdobędzie się na sprzeciw. A jednak wbrew nadziei oczekiwał, że się zbuntuje. Była przecież po jego stronie. Nie okazała tego ani ruchem. Żal w nim za to pozostał do niej prawie silniejszy niż do ojca, który go wypędził. Rozrachunki z ojcem układały mu się w mózgu na zimno, tak jak ojciec odnosił się do niego. Matka zawiodła jego uczucie – to musiało boleć mocniej.

Aż nagle teraz, po tylu latach, gdy już wszystko się zabliźniło, kilka słów depeszy rozdrapało ranę. „Błagam na wszystko przyjeżdżaj”. Byłby nie pojechał. Błagam na wszystko? Na co? Na to, co stanęło między nimi, nie do wymazania, nie do zatarcia, nie do zapomnienia? Czy są takie wyrazy, na które mogłaby go zaklinać? Sama je kiedyś przekreśliła.

A jednak – pojechał. Nie na błagania. Na to drugie zdanie depeszy: „Ojciec umierający”. Gdy pierwszy raz je przeczytał, cisnął telegram i powiedział sobie twardo, z jakimś nagłym przypływem okrucieństwa, zrodzonego z krzywdy: „niech umiera”. Ale zaraz potem podjął depeszę z podłogi, rozprostował papier i zaczął czytać po raz drugi: „Ojciec umierający”… Ojciec… Czy był mu ojcem, czy tylko despotą, nieznoszącym oporu i naginającym jego myśli, uczucia i wolę do swych postanowień, zawsze, jak wyrok Sądu Najwyższego, bezape­lacyjnych? Gaśnie teraz. Dopala się w nim ta nieznosząca przeszkód żądza rządzenia. Prze­staje istnieć to, co w nim było furią tyraństwa. Ale ojcostwo zostanie. To idzie poza grób – i czymś jest, co trwa i będzie trwało.

Ojciec… Ojciec umierający… Och, to nie­prawda, że ta nadchodząca śmierć nic go, sy­na, nie obchodzi. Dwa słowa depeszy coraz sil­niej wkręcają się w myśli, coraz więcej ważą. Trzeba jechać, trzeba jechać… I choć się w mó­zgu rodziło tysiące „dlaczego?” – pojechał najbliższym pociągiem. Całą drogę nie mógł dojść do ładu z mnogością „za” i mnogością „przeciw”, zdać sobie sprawę z pobudek, któ­re nim zawładnęły. Ale już mu nie przychodziło na myśl zawrócić. Tylko im był bliżej i bliżej, tym większą czuł pustkę w głowie.

Autobus, rycząc syreną trąby, mknął szo­są naprzód, wijąc się pomiędzy coraz gęściej spotykanymi furmankami. Przystawał czasem, wyrzucając pasażerów, to znów zatrzymywał się, osadzany na miejscu wymachiwaniem stojących na drodze nowych pasażerów, i znów sunął dalej, ale coraz już wolniej, bo na szosie od furmanek zrobiło się wprost tłoczno.

– Dziś czwartek – objaśnił ktoś w auto­busie – wracają z targu w miasteczku.

Raz po raz zastrachane konie stawały dę­ba tuż przed silnikiem samochodu. Jakiś narowisty bułanek z trzaskiem złamał dyszel i wy­wrócił furmankę do rowu.

– Kab’ ciabiechwaroba![10] – huknął wście­kły ze straty chłopek szoferowi.

Szofer nie pozostał dłużny w odpowiedzi. Wychylony odkrzyknął:

– Jeździć, sukinsyn, nie umiesz! Na drugi raz to i po mordzie dołożę! Mało mi błotnika nie obłamał – odwrócił się z informacją do pa­sażerów.

– Że też te konie tak się wciąż lękają – zdziwił się jakiś młody, z miejska ubrany bubek, przycupnięty w kącie autobusu. – Mogły­by się już raz przyzwyczaić.

– Nie tak im łatwo – odciął siedzący obok niego jegomość z ogromnymi, siwymi wąsami, tym bielszymi, że odcinającymi się ostro od ogorzałej twarzy. – A pan byś się nie zastrachał, gdybyś na drodze zobaczył portki, idące bez człowieka? Tak ot i konie się lękają wozu, co jeździ bez koni.

W autobusie gruchnął śmiech.

– Najmędrszy – ciągnął wąsal – to był ten gubernator saratowski, co wydał zarządzenie: „Zabrania się jeździć samochodami do cza­su, aż się konie przyzwyczają”.

Znów śmiech potoczył się szeroko.

– Musi być – wtrącił jakiś chłopek – i nasza Wallenburgowa tej samej myśli. Zeszłym rokiem powozem jechawszy, konie auto­busa zlękli się. Tak jak i ta furmanka, do rowu wywalili, a dyszlem w autobusie okno wytłukli, czuć[11] szofera nie zabiło. A hrabinia tylko z rowu wyskoczywszy, do szofera, i harapem[12] mu przez łeb, raz i drugi. Ot i było! A potem jemu: „żebym cię tu więcej – każe – nie wi­działa, bo jak sobakę ubiję”. Tak i szofer Żydu-autobusiarzu za służbę podziękował i – paa-szoł! Mówią, że teraz gdzieś pod Warszawą służy. Tu już rezykować nie chciał.

– Wiadomo – mruknął wąsal – z Wallenburgową żartów nie ma. Co dla niej znaczy człowieka zabić!

– Drenna[13] pani – przytwierdził chłopek z przekonaniem. – Strach z nią zaczynać. Nie­jeden już uciekać musiał, naraziwszy się. Życie miłe. A młynarz Waszkiel? A kowal Stefuk?

– Jakże to? – wmieszał się Rząśnicki, zaciekawiony opowieścią. – W naszych czasach takie stosunki? Są przecież sądy, jest po­licja… no i…

Wąsal splunął, zmierzył Rząśnickiego od głowy do stóp, i zapytał:

– Pan, musi być, nietutejszy?

– Istotnie, szereg lat nie byłem w tych stronach.

– Od razu zmiarkowałem. Jej tam ani sąd, ani policja nie ugryzie. Zawsze się wykręci, jak co do czego przyjdzie. A zresztą, kto by ważył się na nią do sądu podawać i jej zemstę na łeb sobie ściągać. Czort baba. Niejednemu już sadła za skórę zalała, że mu się odechciało raz na zawsze. Sama jedna jak wilk w dworze siedzi, a nikt jej nie ruszy. Wszyscy ją znają.

– Od niedawna chyba jest w tej okolicy?

– Skądże. Tu się chowała, tu rosła – no i wyrosła!

– Nie przypominam sobie jakoś, bym o niej kiedy słyszał. A mieszkałem tu przed kilkunastu laty.

– Pewnie wtedy za granicą siedziała.

Na jakimś wyboju szosy rozmowa urwała się. Autobus dojeżdżał do miasteczka, widnego już z dała. Rząśnickiemu serce zabiło żywiej. Więc już! Próbował wyjrzeć oknem i przypatrzeć się okolicy, ale w gęstym zmroku, jaki zapadł, znaczyły się tylko zarysy lasów na horyzoncie i zwał krzywych, nieregularnych dachów, wyłaniających się z drzew i płotów, obrosłych gęsto krzewami. Trąba autobusu zaryczała ochryple, obwieszczając kres podróży i wkrótce samochód zatrząsł się na kocich łbach głównej i jedynej ulicy miasteczka, obsiadłej po obu stronach przez niskie, partero­we domki, obwieszone szyldami żydowskich sklepików. Na rynku autobus stanął. Pasażerowie, przeważnie żydki miasteczkowe, wysypali się szybko, jeden przez drugiego, i rozpierzchli się. Rząśnicki wziął swoją walizeczkę i wysiadł ostatni. Rozprostował kości i zaczął się rozglądać wokół. Niewiele się zmieniło od czasu, gdy był tu ostatni raz. Bruk tylko wydał mu się trochę lepszy, popod domami zrobiono cementowe chodniki, przybyło kilka murowanych domków, a wśród nich nawet dwa jednopiętrowe.

Wtem doleciał go basowy głos siwego wąsala, towarzysza podróży w autobusie. Sadowił się właśnie w bryczkę, która na niego czekała, i wołał:

 – Nie przysłali, widzę, po pana koni! Jeśli panu w tę samą stronę, co mnie, to podwiozę.

– Dziękuję bardzo. Nie przysłali. Tak nagle zdecydowałem się na wyjazd, że nawet nie miałem czasu telegrafować. Ale to niedaleko, trzy kilometry zaledwie. Można i piechotką.

– Co tam pan będziesz po nocy z tobołkiem wędrować. Miejsce na bryczce jest – za­praszał wąsal. – Zmieścimy się jakoś. Pan, dokąd jedzie?

– Do Niekłaniszek.

Wąsal zamilkł i dopiero po dobrej chwili odpowiedział, ale już zupełnie innym tonem:

– Mnie droga wypada w całkiem inną stronę. Do Podworańców jadę. Sągajłło jestem, z Podworańców – rekomendował się z bryczki. – Rozumie pan, że niestety…

– Dziękuję, dziękuję i za dobre chęci – odparł Rząśnicki, ani rusz nie mogąc się zorientować, czemu staruszek z wylanej serdeczności przeszedł od razu do urzędowego chłodu.

– Jakoś sobie poradzę.

A wąsal tymczasem odsapnął, odebrał furmanowi lejce i, ruszając, zawołał jeszcze:

– Ale z pana to numer! Tak mnie niby też to nic na spytki brać w autobusie! Za język ciągnąć! Udawać, że się jej nie zna! Do widzenia!

Konie poszły kłusa.

Rząśnicki stał oszołomiony. O co mu poszło? Czego chciał? Cóż to miało znaczyć? Et, wariat jakiś – machnął ręką. Nie miał zresztą czasu się zastanawiać, bo jak spod ziemi wyrósł obok niego żydek i zaczął czapkować.

– Panu dziedzicu trzeba podwieźć? W tę chwilę mogą być konie. W ten moment – zapewniał chwytając walizeczkę. – Możno powie­dzieć, że one już są. A daleko?

– Trzy kilometry. Do Niekłaniszek.

Żydek jakby się spłoszył.

– Do Niekłaniszków? Można pojechać, czemu nie. Ale niech pan dziedzic jutro rano pojedzie. Ja tu znam bardzo porządnego nocle­gu. Możno przenocować.

– Zwariowałeś! – huknął Rząśnicki. – Albo jedziesz zaraz, albo won! Kogo innego znajdę, a nie, to piechotą pójdę.

– Uj, pan dziedzic taki gorący. Pojedziemy zaraz. A tam trzeba będzie zaczekać, czy tylko odwieźć?

– Tylko odwieźć.

– W tę chwilę jedziemy.

– A pięć złotych zarobię?

– Zarobisz – odpowiedział Rząśnicki, na dobre już znudzony targiem.

Szumnie nazwane konie okazały się jedną, dychawiczną szkapą, zaprzęgniętą do małego wózka. Worek z sianem służył za siedzenie. Rząśnicki nie protestował, bo ciemno zrobiło się zupełnie i raz po raz wstrząsał nim dojmujący chłód czerwcowej nocy. Byle prędzej! Uloko­wał się, jak mógł, otulił płaszczem i ruszyli.

Teraz dopiero, trzęsąc się w takt podrygów wózka i, czując bardziej niż widząc w ciemnościach nocy długi rząd wierzb, którymi wysadzona była droga do Niekłaniszek, uświadomił sobie w całej pełni, że jedzie do rodziców. Czy on, ojciec, żyje jeszcze, czy może już wczoraj albo dziś, albo teraz właśnie… Jakie będzie powitanie z matką? Co sobie powiedzą? Jak to się stanie, że w jednej sekundzie pryśnie mur obcości, wznoszony przez lata niewidzenia się? A może nie pryśnie od razu, może wymagać będą od marnotrawnego syna skruchy, pokuty, ukorzenia się? Nigdy! – postanowił sobie, czując rosnącą nagle w duszy zawziętość. Raczej wrócić i przekreślić wszystko, tym razem już naprawdę na zawsze.

Wzdrygnął się.

Nie myśleć, nie myśleć, nie myśleć! Jak będzie, to będzie.

Wzrok, wzwyczaiwszy się do ciemności, zaczął odnajdywać przy drodze znajome kontury. Figura świętego Jana. Stąd już tylko pół kilometra. Za zakrętem powinna się zarysować gęstwa starych drzew parku.

Skręcili.

Żydek-woźnica, próbujący zrazu zagadywać Rząśnickiego, zorientował się, że pasażer nie ma na to najmniejszej ochoty, milczący potem całą drogę, odwrócił się nagle na siedzeniu.

– Panie dziedzicu! Dojeżdżamy do Niekłaniszków. Pan dziedzic obiecał pięć złotych…

– Dostaniesz, dostaniesz – zniecierpliwił się Rząśnicki, który prawie powstał i na półstojąco wpatrywał się w park.

– Ale może pan dziedzic zaraz… Mnie trzeba będzie wrócić… Mam w miasteczku pasażerów, co oni na mnie już czekają.

– Cóż to, dowieźć mnie nie chcesz? – zirytował się Rząśnicki.

– Dowieźć to ja dowiozę, tylko stamtąd zaraz mnie wracać trzeba…

– Masz i nie nudź – rzucił mu pięciozłotówkę.

Wjechali w aleję parku. Na pół rozwalona brama nie była zamknięta. Rząśnicki zdziwił się, bo pamiętał dobrze, że sam ojciec sprawdzał co wieczora domknięcia wrót. Prawda, chory – uświadomił sobie, podczas gdy wózek wśród wściekłego ujadania dwóch łańcuchowych psów zajechał pod kolumnadę wejściowego ganku dworu.

Wysiadł na schodki, wziął walizeczkę i w tej samej chwili żydek zaciął szkapę, która galopem puściła się w powrotną drogę. Zanim się obejrzał, znalazł się na ganku sam jeden. Psy ujadały dalej, ale nikt nie wyszedł naprzeciw. Serce biło mu jak młotem. Nie spodziewali się mnie dzisiaj, czy co? – przeleciała mu myśl przez głowę. Ujął klamkę drzwi wejściowych – puściły, nie były zamknięte na klucz. Wszedł do przedpokoju. Ciemno. Zapalił zapałkę. Od razu uderzyła go zmiana. Stał tu dawniej garnitur trzcinowych mebli. Teraz nie było nic, tylko na jednej ze ścian przybito proste, drewniane wieszadło.

Chrząknął głośno. Cisza. Zaczął przytupywać, otrzepując kurz z bucików, coraz mocniej oraz hałaśliwej. Znów cisza.

Zaniepokoił się na dobre. Co to jest? Nie ma nikogo w domu? Spojrzał na zegarek – dziesiąta. Gdzież mogą być po nocy? Śpią w niezamkniętym mieszkaniu? A może… Jednym skokiem znalazł się przy drzwiach, wiodących do salonu, za którym znajdowały się pokoje rodziców. I w salonie ciemności. Znów potarł zapałkę o pudełko i stanął w pół kroku, zdumiony. Ogromny pokój, zastawiony ongiś ciżbą mahoniowych, empirowych mebli, był całkiem pusty. W jednym z kątów wznosiła się wielka kupa owsa, a zadeptana, zniszczona posadzka nie przypominała niczym, że pokrywały ją kiedyś dywany.

Czyżby żydek źle zawiózł? Ale nie może być! Pamięta przecież doskonale. Topolowa aleja, zajazd z kolumienkami, ach, i nawet ta złocista tapeta w salonie, zwieszająca się tu i ówdzie oddartymi strzępami ze ścian. Więc co to znaczy? Skąd to zniszczenie, ta ruina, w domu, świecącym zawsze pedantycznym zamiłowaniem matki do porządku? Prawda, słyszał, że wojna dwór zniszczyła. Ale już przecież dziesięć lat po wojnie! Coś się tu stało, czego nie mógł pojąć.

Rozdygotany wrażeniem, zaczął iść przez salon dalej, ku pokojom rodziców. Zapałka zgasła i w tej samej chwili potknął się o jakiś drąg, leżący na podłodze, który z hałasem potoczył się. Zaklął półgłośno, rozcierając obolałą kostkę.

Nagle z trzaskiem otworzyły się drzwi w głębi salonu. Na Rząśnickiego opadła smuga światła. Równocześnie ostry, kobiecy głos zawołał:

– Kto tu?

Podniósł głowę. W drzwiach w aureoli światła, padającego z tyłu, stała jakaś postać niewieścia. Rysów zacienionej twarzy nie mógł dostrzec. Połyskiwała tylko miedzią bujna czupryna krótko przyciętych włosów i rysowały się wyraziście smukłe kształty ciała, opięte w przeświecający, zdało mu się, że szlafroczek.

– Kto tu? – powtórzyła z groźbą w głosie. – Mów, bo będę strzelać!

Obnażona z rękawa ręka podniosła się i wymierzyła w niego lufę rewolweru.

Zaskoczony, zdumiony i trochę wylękły niespodziewanym spotkaniem, nie mógł wydobyć głosu z gardła.

– No! – przynaglała, celując dokładniej.

Opanował się i wybąkał:

– Bardzo panią przepraszam, ale ja tu właśnie przyjechałem…

– Nic nie rozumiem…

– Przyjechałam… przyjechałem – powtarzał w kółko, nie wiedząc, jak rzecz sformułować – do… do państwa Rząśnickich.

Ręka z rewolwerem opadła, a równocześnie zabrzmiała sucha odpowiedź:

– Państwo Rząśniccy tu nie mieszkają.

– Więc to nie są Niekłaniszki? – wybuchnął zdumieniem.

– Owszem, to są Niekłaniszki, ale państwo Rząśniccy tu nie mieszkają.

– Jakże to może być!? – prawie krzyknął.

– Powiedziałam już panu – odpowiedziała niecierpliwie. – Nie rozumiem, czemu się pan dziwi.

– Pani daruje – zaczął się tłumaczyć – nie byłem w tych stronach szereg lat, a dawniej…

– Tak, dawniej – przerwała mu – ale od trzech lat ja jestem właścicielką Niekłaniszek.

– Nie może być!

– Paradny sobie! Tak jest. Źle pana skierowano. Niech pan każe furmanowi wieźć się do Łutowszczyzny. Tam teraz Rząśniccy rezydują. Konie pan zatrzymał chyba?

– Nie.

– I piechotą pan dojdzie. Niedaleko. Z półtorej wiorsty. Sakwojażyk, widzę, lekki – spojrzała na walizeczkę – a droga prosta. W tej chwili. Poświecę panu.

Cofnęła się do swego pokoju. Przez otwarte drzwi Rząśnicki dojrzał, że pokój ten stanowił całkowity kontrast z ruiną dawnego salonu. Wyjątkowo zgrabne w linii foteliki Ludwik Filip, kryte zielonym, wytłaczanym brokatem, serwantka, pełna porcelanowych cacek, dywany, poczerniałe obrazy, sztychy, kwiaty i długi, czarny odwłok fortepianu, coś się Rząśnickiemu zdało, że Bechsteina[14].

Wróciła, trzymając w ręku latarnię. Na szlafroczek narzuciła już płaszcz.

– Proszę za mną.

Zaczęła go prowadzić przez amfiladę pokojów po przeciwnej stronie dworu, pustych, obdrapanych, zniszczonych, stojących nieużytkiem. Wyszli na ganeczek od podwórza. Wskazała mu kierunek.

– Pójdzie pan tędy, koło odryny[15], a później dróżką na lewo – i dalej prosto, aż do samej Łutowszczyzny.

Teraz dopiero Rząśnicki miał możność przyjrzeć się jej. Nie była piękna ani nawet ładna, ale wydała mu się z pewnością ciekawsza od tysiąca banalnie ładnych buź. Ostre rysy, wyostrzone jeszcze cieniami, padającymi kontrastowo od blisko trzymanej latarni, nadawały twarzy wyraz orli. Wąskie, zacięte usta, nos nieregularny, z nieznacznym garbkiem, oczy osadzone głęboko pod silnie zarysowanymi brwiami, oczy dziwne, nieharmonizujące z surowym wyrazem twarzy, bo jakieś łagodne, niemal anielskie. Pewnie za dnia jasnoniebieskie, ale może i trochę fiołkowe. Ile mogła mieć lat? Zadał sobie pytanie. – Coś chyba ponad trzydziestkę, ale niewiele.

– Trafi pan? – zapytała, przerywając milczącą obserwację.

– Dziękuję – ocknął się. – Trafię. Znam drogę doskonale.

Spojrzała na niego krótkim błyskiem oczu

– Pani pozwoli – ciągnął – że jeszcze raz podziękuję za wskazówki i przedstawię się. Jestem Cyprian Rząśnicki.

Zdawało mu się, że drgnęła. Szybko wyciągnęła rękę i powiedziała wyraźnie:

– Wallenburgowa.

Skłonił się nisko, rad, że może ukryć wrażenie, jakie wywołało na nim jej nazwisko. Dotknął ustami ręki i poczuł jej krótki uścisk.

– Do widzenia pani.

– Żegnam pana.

Zniknęła w drzwiach. Rząśnickiego otoczyła ciemność. Idąc, z trudem porządkował nawał myśli, pytań, niejasności.

–Wallenburgowa! Ta, co to z tym harapem, i dla której zabić człowieka znaczy tyle co nic, jak mówił stary wąsal w autobusie. Nie może być, nie może być! Choć porywcza to chyba jest. Ten rewolwer, który od razu weń wymierzyła… I nawet słówkiem potem nie usprawiedliwiła się, jakby to była rzecz zupełnie normalna, naturalna, zwykła. Sama siedzi we dworze, jak wilk – przypominał sobie rozmowę w autobusie. – To może zwielokrotniać czujność. Wzięła go pewnie za złodzieja.

Ale – najważniejsze – skąd ona się tam wzięła? Od trzech lat jest właścicielką Niekłaniszek powiedziała mu wyraźnie. Nic o tym nie wiedział. Gdy dostał telegram, był pewny, że rodzice po dawnemu siedzą w Niekłaniszkach. O, teraz rozumie irytację starego, wąsala w miasteczku tego – jak mu tam – Sągajłły, gdy mu powiedział, że jedzie do Niekłaniszek, a przedtem, w autobusie, zapewniał, że nie zna Wallenburgowej. Stary nie uwierzył oczywiście, bo jakżeby i można uwierzyć?

Od łąk zerwał się wiatr i zaszumiał w gałęziach przydrożnych lip. Rząśnicki przyśpieszył kroku.

Jak to się mogło stać – świdrowała mu mózg myśl uporczywa – że Niekłaniszki przeszły do Wallenburgowej? Ojciec, fanatycznie przywiązany do majątku, w którym ich rodzina siedziała od lat, sam się go wyzbył? Ojciec, który synowi nie mógł wybaczyć, że nie zdradzał zamiłowań gospodarskich? Który o to się z nim poróżnił? Sprzedał Niekłaniszki i przeniósł się do najlichszego ze swych folwarków, studziesięcinowej[16]Łutowszczyzny? Jakaś, chyba musiała przejść tu katastrofa.

A on, syn, jedyny dziedzic Niekłaniszek, nic o tym nie wiedział. Bezpośredniego kontaktu z rodzicami nie miał żadnego od owego pamiętnego, lipcowego dnia, niemal w przeddzień wybuchu wojny, kiedy go wypędzono. Czasem, przez znajomych, przypadkiem, dochodziły go wiadomości pośrednie. Starał się ich otrzymywać jak najmniej, a gdy ktoś wprost zwracał się do niego z opowieścią ze stron rodzinnych, przerywał zawsze krótko: „to dla mnie nie istnieje”.

I nie istniało do wczoraj prawie, tak jak zapewne on nie istniał dla nich. Cóż o nim mogli wiedzieć? Może czasem spotkali się z jego nazwiskiem w gazecie, jeśli ojciec w ogóle gazety czytał, bo przecież poza gospodarstwem nic go nie obchodziło. Raczej już matka. Nawet z pewnością matka – uprzytomnił sobie – skąd żeby inaczej mogła zaadresować telegram – do filharmonii? Wręczono mu go, gdy przyszedł umawiać się o przyszły sezon. Czy uda się przeprowadzić to, co chciał? – odbiegł myślą do Warszawy.

Od Niekłaniszek doleciało dalekie, beznamiętne, zwyczajnie jak w nocy, ujadanie psów, które wnet przeszło w przeciągłe wycie. Rząśnicki obrócił się. Korona drzew starego parku stała już w świetle księżyca, wychodzącego zwolna z za lasu. Ściany dworu bieliły się poprzez drzewa.

Cudze, cudze – uświadomił sobie z nieoczekiwanym dla samego siebie żalem. – Siedzi już tam nowa pani. Stanęły mu w myśli jej oczy. Nie, ona stanowczo nie musi być taka herod-baba, jak o niej mówią. Że przyjęła go rewolwerem? Nic dziwnego. Sama jedna, w nocy, w tym wymarłym dworze… Ale uprzejma nie jest – przypomniał sobie. – Mogła przynajmniej zaproponować odwiezienie końmi. Dla formy. Byłby oczywiście nic przyjął, ale powinna była. A ona tylko sucho, rzeczowo poinformowała go: „koło odryny, na lewo, potem prosto”. No i ta dziwna oschłość, z jaką wymawiała nazwisko Rząśniccy. Musiało się jej potem zrobić głupio, gdy się przedstawił. Jakby się zmieszała – rozważał w pamięci.

Droga ostrym skrętem wpadała w kępę sosen, rosnących gęsto na wyniosłym wzgórzu. Już Łutowszczyzna – ocknął się i ze zdziwieniem uczuł, że serce bije mu równo, a nerwy ogarnął całkowity spokój. Zza drzew błysnęło światełko. Pewnym krokiem skierował się ku niskiemu, drewnianemu domkowi na podmurowaniu. W oknach świeciło się. Nie śpią jeszcze – pomyślał i szedł coraz prędzej ku schodkom, wiodącym na werandkę.

Nagle z wściekłem szczekaniem wypadły na niego psy. Zastawił się walizką.

– Poszły precz!

Natarły jeszcze gwałtowniej, jeszcze zajadlej. Na werandzie otworzyły się drzwi.

– Nora! Reks! Tu do nogi! – posłyszał przenikliwy głos matki.

W kilku susach znalazł się przy niej.

– Cyprian! – zawołała jakby z przestrachem i oparła się ciężko o ścianę, patrząc na niego półprzytomnie.

– Ja… mamusiu… – wyszeptał zdławionym gardłem i stał o pół kroku, niezdecydowany, a do ostatniego nerwu przejęty widokiem siwej, matczynej głowy, drżącej wzruszeniem.

Padli sobie w objęcia.

– Cypruś… naprawdę ty… – łamał się jej głos łkaniem. – O Boże, Boże, Boże…

Ujęła jego głowę w dłonie i patrzyła szeroko rozwartymi oczyma.

– Ten sam… – szeptała przez łzy – ten sam… Tylko ci się jakoś czupryna przerzedziła i oczy zapadły… Ale zmężniałeś… Boże, Boże!… Jużeś przecież dojrzały mężczyzna… Trzydzieści cztery, nie, trzydzieści pięć lat… A wtedy… byłeś jeszcze młodziak…

Przypomnienie tam tej chwili zmroziło ich oboje.

– Ojciec żyje?… – zapytał Cyprian po chwili ciężkiego milczenia.

Obróciła śpiesznie głowę i położyła palec na ustach.

– Tsss…. Żyje…. Ale bardzo chory… sparaliżowany… Chodźże do środka – zapraszała szeptem.

Zza pleców matki wysunęła się szczupła sylwetka młodej kobiety, co dopiero wyszłej z pokoju. Wysoki, cienki, prawie piskliwy głos, przeciągający sylaby, pytał niecierpliwie:

– Z kim stryjenka tam rozmawia?

Rząśnickiemu zdawało się, że na twarzy matki dojrzał coś jakby niepokój.

– Cypruś – zwróciła się do niego, wskazując na nowo przybyłą, która, zmieszana jego widokiem, cofnęła się nieco. – Twoja bratowa. Stryjecznego Wiktora nieboszczyka żona – dodała tonem wyjaśnienia, – Cyprian, mój syn… Nie znałaś go bodaj…

– Dotąd nie – odpowiedziała jakoś zgrzytliwie i podała mu rękę.

Przez małą sionkę weszli do środka. W słabym świetle naftowej lampy, stojącej na dużym, jadalnym stole, ujrzał Cyprian niskie wnętrze pokoju, umeblowanego zbieraniną sprzętów. W kącie poznał wielką, mahoniową kanapę empirową z dawnego salonu w Niekłaniszkach, stojącą tuż obok prostego, niemal kuchennego kredensiku. Dalej jakiś stolik okrągły, jesionowy, palisandrowa szafka z kolumienkami, dookoła wielkiego stołu krzesła różnych kształtów, bodajże nie było dwóch takich samych.

Na obserwację czasu miał dość, bo pokój zaległo milczenie. Nie wiedzieli, o czym mówić i od czego zacząć, choć tysiące pytań kłębiło się w mózgach.

– Może byś się napił herbaty i coś zjadł? – zapytała wreszcie matka.

– Oczywiście! – podjęła ta, którą mu przedstawiono jako bratową. – Musi być szwagier głodny po drodze – głos jej brzmiał już zupełnie inaczej niż przy powitaniu.

– Nie, dziękuję bardzo – odparł – nie chce mi się jeść.

– A może jednak… – nastawała matka.

– Naprawdę nie jestem głodny.

Znów zrobiła się cisza. Aż wreszcie Cyprian wybuchnął:

– Mamusiu, co się to stało że…

Przerwała mu szybko, podnosząc głos, jakby chciała zagłuszyć następne słowa zdania.

– Helu! Trzeba przygotować dla Cypriana spanie w gościnnym. Zajmij się tym. Pewnie jest bardzo zdrożony.

– Niech mi stryjenka da klucze.

Wyszła drzwiami na lewo, jakby poirytowana.

Matka przysunęła się do Cypriana i zwróciła się doń szeptem, prawie do ucha:

– Przy niej… nie mów nic o ojcu… później ci wytłumaczę… w ogóle nic przy niej nie mów …

– A czy ojciec… zechce mnie widzieć?

– Nie wiem …

– Jak to? – zerwał się. – Więc to bez porozumienia?

Chwyciła go za ręce.

– Cypruś! Uspokój się Co ty wygadujesz! Ledwoś przecie przyjechał. Kiedy miałam się z nim porozumieć… i jak? Jest sparaliżowany rozumiesz, sparaliżowany. Nie włada ani ręką, ani nogą. Zupełny bezwład. I mowę mu odjęło. Oczami tylko daje nam znaki, jeśli to są znaki, a nie nasza imaginacja. Nie wiemy, czy rozumie co do niego mówimy…

– Straszne…

– Doktór mówi, że bezpośredniego niebezpieczeństwa w tej chwili nie ma i że to powinno powoli ustąpić, może nawet zupełnie ustąpi. Dałby Bóg. Przygotuję go wówczas na twój powrót. Już on nie ten sam teraz, co wówczas. Nieszczęścia go przygięły, a to ostatnie… Z pewnością ci przebaczy.

– Przebaczy? – zawołał, czerwieniejąc. – A cóż on ma mi przebaczać!

– Cicho! – uspakajała matka. – Leży w sąsiednim pokoju. Spał, ale może się obudzić i gdyby niespodzianie usłyszał twój głos…

Bratowa przeszła przez pokój, niosąc bieliznę, i weszła w drzwi na prawo.

– Nie bardzo ci będzie wygodnie – mówiła dalej matka tonem usprawiedliwienia.

– Ten gościnny pokój, ot, tu obok – wskazała na prawo – to mała klitka. Ale mamy wszystkiego pięć pokojów. Ten, w którym siedzimy, jadalny, bawialny i wszystko razem co chcesz, potem pokój Helenki, mieszka w nim razem z córeczką, obok gościnnego – a po przeciwnej stronie pokój mój i pokój ojca…

Słuchał tych objaśnień niecierpliwie, przejęty jedną myślą.

– Co się stało z Niekłaniszkami? – zapytał gwałtownie.

– Przepadły… Ojciec się jeszcze łudzi, ale ja nie.

– Jak to przepadły?

– Wydarto je nam podstępnie, oszukano…

– Kto wydarł?

– Ta, która w nich obecnie siedzi – Wallenburgowa.

– Aaa! A ja nic o tym nie wiedziałem, nie uprzedziłaś mnie.

– Nie uprzedzi… – głos się jej załamał. – Może rzeczywiście powinnam ci była wtedy dać znać… ale widzisz… my przecież… to jest ojciec…

Nie zwrócił uwagi na jej zmieszanie i ciągnął dalej:

– Nic nie wiedziałem. Jadąc tu, zajechałem prosto tam. I dopiero ona mi powiedziała, gdzie mieszkacie.

– Kto?

– Wallenburgowa.

– Rozmawiała z tobą? Wiedziała, kim jesteś?

– Przedstawiłem się jej dopiero na samym końcu, już gdy mi wskazała drogę.

– Wskazała drogę – do nas! To niesłychane. Ledwie wierzę, że to ona mogła być. O, ty nawet nie wiesz, jak ona nas nienawidzi.

Cyprian spojrzał na matkę i dostrzegł, że jej łagodne, zawsze powiekami półprzymknięte oczy jarzyły się nienawiścią nie mniejszą od tej, którą przypisywała Wallenburgowej.

– Powiedziałaś – zapytał – że wydarła wam Niekłaniszki podstępnie, chcę wiedzieć dokładnie, wszystko, jak to było.

– Och to długa, bardzo długa historia. Opowiem ci jutro. Dziś pozwól mi o tym nie myśleć i nacieszyć się tobą – chwyciła go za ręce, a gdy ukrył w nich głowę, zaczęła gładzić pieszczotliwie jego włosy. – Cypruś, moje dziecko, ty znów przy mnie… Och, ile ja się za tobą napłakałam …

Nie chciał jej urazić powiedzeniem, że przecież mogła była dawniej zwrócić się do niego, i czuł, jak w pieszczocie matczynych rąk topnieje cały jego żal do niej. Nie wiedział, jak długo siedzieli tak, przytuleni do siebie. Aż posłyszał jej cichutki szept:

– Teraz już nic nas nie rozdzieli. Zostaniesz, zostaniesz…

Podniósł się. Pochmurniejąc.

– To zależy od niego – wskazał na drzwi pokoju ojca.

– Łóżko już przygotowane – obwieściła, wchodząc, bratowa.

– Zmęczony jesteś pewnie – zatroszczyła się matka.

– Nic a nic – kłamał.

– Tak to się mówi. Połóż się.

– No i stryjence pora – wtrąciła bratowa – o świcie wstaje.

Zerwał się i ucałował matce ręce.

– Dobranoc, mamusiu. Dobranoc, bratowo. Bardzo dziękuję za przygotowanie noclegu.

– Dobranoc, szwagierku. Do jutra. Bardzo się cieszę, żeśmy się nareszcie poznali – i że poznamy się bliżej, prawda?

Gdy wchodził do swego pokoju, zdawało mu się, że dostrzegł pełne zdumienia spojrzenie matki, obrzucające Helenkę.

Spać nie chciało mu się wcale, ale był rad, że znalazł się znów sam. Krótka rozmowa z matką zmęczyła go bardziej niż droga. I ta niejasność sytuacji, i ten brak słów, i to, że mając tyle do powiedzenia, nie powiedzieli sobie nic, i ta bratowa, o której istnieniu prawie nie wiedział, i – najważniejsze – odczuwalna przez ściany obecność ojca. Sparaliżowany… Dlatego zapewne matka odważyła się telegrafować. Ale dlaczego dała mu znać, że umierający, kiedy to nieprawda?

Otworzył okno i chłonął w siebie wilgotną rzeźwość nocy. Cisza była zupełna, tylko lekki, prawie nieodczuwalny wiew wiatru szeleścił w liściach leszczyny.

Nagle zadźwięczał głucho daleki, daleki akord fortepianowy. Potem jakiś perlisty, chromatyczny pasaż. Znów cisza. I wtem…

Cyprian zamienił się w słuch. Poprzez szarość księżycowej nocy szły skądś z dala dźwięki tematu wariacji fortepianowych Szymanowskiego. Prosta, smętna melodia góralska.

Kto tu, w tym zakątku, deskami zabitym od świata, może grać Szymanowskiego? I dobrze grać! Bo już po pierwszych taktach Rząśnicki odczuł, że każdy akord ma swój sens dźwiękowy, każda fraza właściwy rysunek. Nie było w tej grze brawury pianistowskiej, ale i nie było to granie dyletanckie. Muzykalność, wczucie się w istotę kompozycji – przepajało każdą nutę.

Rząśnicki wyskoczył przez okno i jednym tchem wybiegł na górkę obok domu. Och, nie ma już najmniejszej wątpliwości! To gra ktoś w dworze niekłaniskim, widnym doskonale o pół kilometra. I nawet w jednym z otwartych okien błyszczy światło.

Zabrzmiały ponuro dzikie harmonie żałobnego marsza wariacji. Cyprian wstrząsnął się. Nie wiedzieć czemu stanęło mu w myśli: zły omen. Ale ledwo to pomyślał, muzyka urwała się w pół taktu – ćwierć sekundy ciszy – i…

Nie, to nie może być! A jednak… Daleki fortepian zahuczał nagle wściekłą, rytmiką Rapsodii huculskiej. Jego Rapsodii huculskiej. Tej rapsodii, której w Polsce nikt prawie nie znał, którą Cyprian napisał przed kilku laty w Paryżu i tam wydał za ostatnie grosze. Grał ją kiedyś u Pleyela[17] jakiś młody, uproszony pianista francuski. Grał z grzeczności, nie nauczył się porządnie, nie zrozumiał jej ducha i położył ją dokładnie. Do dziś pamięta Cyprian uszczypliwe, ironiczne słówka recenzji. Po powrocie do kraju nie próbował nawet z nią szczęścia. – Może i mieli rację paryscy recenzenci. Może rapsodia naprawdę nic nie była warta.

Ale teraz, gdy jej słuchał, jak płynęła burzą dźwięków ponad pola i drzewa, wydała mu się znów tak dobra jak wtedy, gdy ją tworzył. Wszystko przestało dla niego istnieć – tylko słuchał i słuchał. Zapamiętał się w sobie. Czuł, że w tym zasłuchaniu we własne dzieło zaczyna mu się w mózgu rodzić kształt nowej, drugiej rapsodii.

Nagle, znów w pół taktu, dźwięki fortepianu zgasły, jak zdmuchnięta świeca. A w chwilę potem zgasło światełko w oknie niekłaniskiego dworu.

Cyprian ocknął się. Wszystko chciałoby w nim krzyczeć: jeszcze, jeszcze! – ale przecież nie wiedział nawet, kto gra. Czy mógł się kiedykolwiek spodziewać, że właśnie w wiejskiej głuszy usłyszy swoją kompozycję? Kompozycję mało komu znanego, dopiero wybijającego się muzyka?

Wracał wolno ku domowi, zatopiony w myślach. Przed ścianą natknął się na Helenkę, zamykającą od zewnątrz drewniane okiennice.

Zdziwiła się.

– Cóż to szwagierek spaceruje po nocy? I bez płaszcza? Przeziębić się łatwo.

Nie odpowiedział, pochłonięty jednym tylko. O to przede wszystkim musiał się spytać.

– Czy ona – wskazał na Niekłaniszki – naprawdę sama mieszka we dworze?

– Kto? Nic nie rozumiem.

– Wallenburgowa.

Spojrzała na niego zdumiona.

– Skądże ona na myśl szwagierkowi przyszła?

– Ach tak sobie pytam. Więc sama mieszka? – napierał.

– Sama.

– A może bratowa wie… Czy ona gra na fortepianie?

– A rzępoli, rzępoli jakieś dzikie kawałki, do niczego niepodobne. Czasem i tu słychać.

Ale nie rozumiem …

– Nic, nic… Dobranoc.

Wskakując przez okno, pomyślał, że może jednak zbyt szorstko podał bratowej rękę na pożegnanie. Ale nie mógł się opanować.


[1]W. Wasiutyński, Czwarte pokolenie, w: tegoż, Dzieła wybrane, t. I, Gdańsk 1999, s. 448.

[2]S. Piasecki, Jak powstało „Prosto z Mostu”, „Prosto z Mostu” 1935, nr 1, s. 1.

[3] W. Turek, Arka Przymierza. Wojciech Wasiutyński 1910–1994. Biografia polityczna, Kraków 2008.

[4]S. Piasecki, Prawo do twórczości, w: tegoż, Prosto z mostu. Wybór publicystyki literackiej, wybór i opracowanie M.Urbanowski, Kraków 2003, s. 158–159.

[5] totalizm katolicki – system społeczno-polityczny, oparty na obowiązującej ogół obywateli ideologii łączącej hasła nacjonalistyczne z katolickimi. W przedwojennej Polsce totalizm katolicki promowała część środowisk narodowych, uznających religię katolicką za najważniejsze źródło wartości.

[6] Komitet Prasowy Walki o Wspólną Granicę Polsko-Węgierską – utworzony w listopadzie 1938 r., skupiający publicystów związanych z prawicą komitet poparcia dla aneksji należącej wcześniej do Czechosłowacji Rusi Zakarpackiej przez Węgry (fakt ten tworzył granicę polsko-węgierską). Oprócz Piaseckiego należeli do niego m.in. Karol Stefan Frycz, Wojciech Wasiutyński, Jerzy Braun.

[7] M. Urbanowski, Prawą stroną literatury polskiej. Szkice i portrety, Kraków 2007, s. 45.

[8] wiorsta – dawna rosyjska jednostka długości równa 1,0668 km.

[9]siemieczki – pestki słonecznika.

[10]Kab’ ciabiechwaroba – żeby cię choroba! Mieszkańcy wsi w powieści Piaseckiego mówią tzw. trasianką– specyficzną mieszaniną języków białoruskiego i rosyjskiego, popularną m.in. na terytoriach historycznej Wileńszczyzny.

[11] czuć – o mało co, niewiele brakowało.

[12] harap – bicz z krótką rękojeścią i długim plecionym rzemieniem, używany dawniej na psy myśliwskie.

[13]drenny  – zły, niedobry.

[14] Bechstein – marka niemieckich fortepianów.

[15] odryna – budynek, w którym przechowuje się siano.

[16] dziesięcina – tu: dawna rosyjska miara powierzchni ziemi równa około 1,1 hektara.

[17]Camille Pleyel (1788–1855) – francuski pianista, kompozytor i wydawca, syn kompozytora i twórcy znanej wytwórni fortepianów Ignaza Pleyela. Prowadził prestiżowy paryski „salon” muzyczny; w jego sali koncertowej występował m.in. Fryderyk Chopin.