Instytut Dziedzictwa Myśli Narodowej

„Narodowe kompleksy” – Damian Małecki. Sokolim okiem.

Miliony naszych rodaków od dobrych kilku już lat można spotkać we wszystkich zakątkach świata.Pamiętam jeszcze czasy, kiedy takie swobodne podróże nie były możliwe i jedyne, na co mogliśmy liczyć, to wizyty obcokrajowców. W latach 90-tych, kiedy po raz pierwszy większe ich grupy odwiedzały nasz kraj, dominował jednostronny obraz Zachodu,ukształtowany jeszcze przez media opozycyjne wobec PRL.Świat Zachodu przedstawiany był w wyidealizowanym świetle,z tego też powodu każda wizyta naszych zachodnich sąsiadów dla wielu moich znajomych, często także dla mnie, była wielkim wydarzeniem. Goście z zagranicy wzbudzali niemałą ciekawość, mogli też liczyć na wszelkie względy naszych rodaków, którzy za wszelką cenę starali się gościom przypodobać. Powodowało to, że odwiedzający nasz kraj goście zza zachodniej granicy musieli się czuć wyjątkowo.

Znaczna część naszego społeczeństwa do dzisiaj z przekonania o wyjątkowości Europy Zachodniej nie wyszła, co więcej, utwierdziła się w tym przekonaniu po wejściu Polski do Unii Europejskiej, kiedy otwarto granice i Polacy na własne oczy, już bez skrępowania, mogli ujrzeć Zachód. Niewiele osób pamięta, że do 2004 r. nieodłącznym elementem takich wizyt za granicą były dla nas kolejki na przejściach granicznych, które poznałem jeszcze jako młody człowiek w latach 90-tych. Z tego okresu pamiętam szok wielu osób, które mi podczas tych wyjazdów towarzyszyły, a które zetknęły się z zagranicą po raz pierwszy. Głębokie różnice ekonomiczne dzielące nasze kraje były dla wielu z tych osób trudne do zaakceptowania. Już w drodze powrotnej można była dostrzec u nich jakieś formy depresji lub głębokiej wewnętrznej niezgody z tym, co zobaczyli. Z tym bagażem doświadczeń i wyobrażeń przyszło nam wstąpić do Unii Europejskiej.

Z tych samych powodów zwykliśmy porównywać się z największymi państwami świata. W polityce zagranicznej od lat szukamy oparcia w mocarstwach, zupełnie tak, jakby nasza przyszłość zależała tylko od tych relacji. Jak złudna jest to wiara pokazała nam ostatnia decyzja w sprawie Nordstream II. Tymczasem na naszych najbliższych sąsiadów zwykliśmy patrzeć z wyższością, nie zauważając lub bagatelizując znaczenie wzajemnych relacji z państwami, z którymi  graniczymy od południa i wschodu. Nie jest to jednak wyłącznie nasza, polska specyfika, ponieważ ten sam stosunek do narodów położonych na wschód cechuje narody Europu Zachodniej. Podobne, co w Polsce kierunki myślenia są obecne w innych państwa naszego regionu, mam jednak wrażenie, że w naszym kraju myślenie to jest najsilniejsze. Znaczna część naszego społeczeństwa woli się łudzić, że dla naszych zachodnich sąsiadów możemy być partnerami, nawet jeśli jeszcze nimi nie jesteśmy. Postawa ta wynika z braku wiary we własne możliwości.

Podobne opinie mogliśmy słyszeć ze strony wielu środowisk, w tym prawicowych i konserwatywnych,uzasadniających prywatyzację polskich przedsiębiorstw.Wielu ówczesnym decydentom towarzyszył kompletny brak wiary w możliwość skutecznego zarządzania naszymi przedsiębiorstwami z równoczesnym przekonaniem, że lepiej będą to robić Niemcy, Amerykanie, Włosi i Francuzi. Z opiniami takimi spotykać możemy się do dziś.

Ten sam brak wiary we własne siły cechował ugodowców wywodzących się ze środowisk narodowych z okresu PRL, którzy we współpracy z władzami komunistycznymi widzieli jakiś rodzaj pragmatyzmu, a we współpracujących z nimi politykach komunistycznych mężów stanu gotowych z poświęceniem walczyć o dobro wspólne. O ile w okresie przed transformacją możemy znaleźć uzasadnienie dla tego typu postępowania, to po 1989 r. wiara w odchodzących przedstawicieli reżimu okazała się całkowicie błędna. Na własne oczy przekonaliśmy się, że komuniści żadnymi mężami opatrznościowymi nie byli, odpowiedzialności za Polskę nie wzięli, chociaż wiedzę i możliwości, co tu ukrywać, mieli większe niż członkowie „Solidarności”. W pierwszej połowie lat 90-tych okazali się takimi samymi koniunkturalistami, jakich wielu widzieliśmy w polskiej polityce później. Ugodowcy, jak wielu im podobnych wcześniej, ponieśli w ten sposób klęskę, a wraz z nimi wartości i idee, które reprezentowali.

Na płaszczyźnie społecznej Polacy w niemałej liczbie szukali i szukają akceptacji i potwierdzenia własnej wartości na Zachodzie, bardzo często bezrefleksyjnie kopiując tamtejsze wierzenia (lub raczej brak wiary), postawy i opinie, które co jakiś czas (najczęściej w karykaturalnej postaci) przebijają się do polskiej debaty publicznej. Propagatorzy tego sposobu myślenia nie rozumieją lub nie chcą rozumieć, że procesy te na Zachodzie zajęły kilkadziesiąt lat, a próba ich przeniesienia wprost do Polski na obecnym etapie skazana jest na niepowodzenie, wywołując co najwyżej śmiech znacznej jeszcze części naszego społeczeństwa.

Tendencje te najwyraźniej widać w polskiej kinematografii, która w coraz większym stopniu staje się kalką, mniej lub bardziej udaną (zazwyczaj mniej), filmów amerykańskich. Polska kinematografia, w odróżnieniu od okresu PRL, w którym powstało Kino Moralnego Niepokoju, nie wykształciła niczego po 1989 r., co byłoby charakterystyczne lub znaczące. Wiele popularnych polskich produkcji powstałych w ciągu minionych 20 lat, takich jak komedie, w tym bardzo popularne u nas komedie romantyczne, przedstawiały oderwany od realiów życia w Polsce obraz świata oraz głównych bohaterów. W ten sposób niezauważenie sami narzuciliśmy sobie obce wzorce kulturowe, które coraz częściej decydują o poglądach kolejnych pokoleń młodych ludzi.

Podobne kierunki dostrzec możemy w polskiej sztuce. O ile dawniej zachwycaliśmy się takimi twórcami jak Jan Matejko, który patronuje jednej z krakowskich uczelni, to dzisiaj na tej samej uczelni solą twórczości jest… śpiewająca wagina. Coraz częściej niczego inspirującego w nowoczesnej polskiej sztuce dopatrzeć się nie można. Nawet jeśli w obecnych czasach zatraciliśmy umiejętność rozumienia i odczytywania symboliki zawartej w  sztuce dawnych mistrzów, to w dalszym ciągu posiadamy uniwersalną umiejętność odróżniania piękna od tandety, o czym współcześni artyści najwyraźniej już zapomnieli.

Od kilkunastu lat miliony naszych rodaków nieskrępowanie podróżują i poznają państwa Europy Zachodniej, ich język i kulturę. Można jednak odnieść wrażenie, że liczne podróże do tej pory niewiele nas nauczyły o polityce, gospodarce i każdej innej dziedzinie życia, co ma  swoje poważne konsekwencje do dzisiaj. Na razie nie widać, aby miało się to zmienić w dającej się przewidzieć przyszłości.