Instytut Dziedzictwa Myśli Narodowej

„Szerokie Dusze” – odc. 4. IDMN publikuje powieść Stanisława Piaseckiego

12 czerwca 1941 r. w podwarszawskich Palmirach, w ramach akcji AB Niemcy rozstrzelali Stanisława Piaseckiego – redaktora związanego z obozem narodowym tygodnika kulturalnego „Prosto z Mostu”. Znany głównie ze swojej publicystyki politycznej i kulturalnej Piasecki próbował sił również na polu literackim. W związku z 80. rocznicą jego śmierci Instytut Dziedzictwa Myśli Narodowej im. Romana Dmowskiego i Ignacego Jana Paderewskiego rozpoczął publikację drukowanej w latach 1931-1932 powieści Piaseckiego „Szerokie Dusze”.

Co tydzień na stronie IDMN zamieszczany jest kolejny rozdział powieści.

***

ROZDZIAŁ IV

Rozdeszczyło się. Przez cały tydzień nie sposób było wystawić nosa za dom. Z szarego nieba siąpił nieustannie drobny, dokuczliwy deszcz, tysiącami kropelek ubierał drzewa, mokrym całunem pokrywał trawniki, kałużami osiadał na ścieżkach, z monotonnym szmerem spływał po szybach i metalicznie dźwięczał w rynnach. Wilgoć wciskała się wszędzie. Czuło się jej przaśny zapach w powietrzu, przenikała dreszczem do kości, właziła poprzez zamknięte okna do pościeli na łóżkach, aż wieczorami ze strachem się myślało o bliskim zetknięciu z nawilgłem, zimnem prześcieradłem. Rano zaś wstawać się nie chciało na nudę dnia.

Odcięty deszczem od świata, uwięziony w ciasnych pokoikach domku w Łutowszczyznie, nudził się Cyprian potężnie i przeklinał wieś w żywy kamień. W słońcu było cudownie, kolorowo, wesoło – w dżdżystej szarości okropnie, smutno, brzydko. Nie wiadomo wprost, co z sobą robić. Tyle że całymi dniami, od rana do wieczora zgrywał się Cyprian z Zońką w „posuwałkę”. Coś w rodzaju warcabów, ale bardziej interesujące. Kilka razy próbował wciągnąć i Helenkę. Wymawiała się. Od czasu powrotu z Kiemielicz w ogóle była na niego niełaskawa. Uprzejma, owszem, ale tą nienaganną poprawnością, która gorsza potrafi być od nieuprzejmości.

I Zońka była jakaś dziwna. Wieszała mu się serdecznie na szyi, dokazywała z nim, przekomarzała się jak z rówieśnikiem – i niespodziewanie cichła, ledwie że odpowiadała na pytania, stroiła twarzyczkę w minę zupełnej obojętności. Nie mógł Cyprian rozgryźć, w czym rzecz, aż zauważył, że obojętność Zońki zjawiała się automatycznie, ilekroć przez pokój przechodziła Helenka. Nie próbował sprawy wyjaśniać, bo nie chciał wprost dopuścić myśli, by Helenka mogła nakazywać dziecku zmianę stosunku do niego. Może mała sama, dostrzegłszy zimną uprzejmość matki, dostrajała się – wtedy, kiedy matka widziała?

To wszystko razem nie układało się przyjemnie. Bo na domiar i matka Cypriana była nie w humorze. Gryzła się, że wszystkiej koniczyny nie udało się zwieźć z pola przed deszczami. Gdy Cyprian jej przypomniał, że przedtem martwiła się suszą, od której sechł ogród i marniało żyto, odpowiedziała:

– No, widzisz, tak… ale jednak ta koniczyna…

Pomyślał sobie Cyprian, że chyba pogoda nigdy nie może dogodzić wszystkim rolniczym pragnieniom, i z lękiem zaczął upatrywać w czym innym przyczyny złego humoru matki. Zaraz na drugi dzień po kiemielickich imieninach, jakoś przy śniadaniu, które Cyprian jadł późno i sam, matka, podając mu pyszną, wędzoną szynkę litewską, zagadnęła mimochodem:

– Przywitałeś się wczoraj z Wallenburgową?

Powiedziane to było pół pytająco, pół twierdząco. Musiała w tym Helenka umaczać palce – uświadomił sobie od razu – choć zdawało mu się, że nie zauważyła krótkiej scenki przywitania w Kiemieliczach. Musiała jednak widzieć. Odpowiedział matce krótko i takim tonem, że przeciął dyskusję:

– Tak, przywitałem się.

Zmilczała, ale popatrzyła na niego z wyrzutem. Ten wyrzut ciągle odtąd czuł Cyprian w matczynych oczach. Pocieszał się, że może tylko zdaje mu się, ale głos wewnętrzny mówił co innego. A swoja drogą, przywitania z Wallenburgową i późniejszego spotkania w nocy na trakcie (o czym na szczęście w domu nikt nie wiedział) nie byłby oddał za nic. Bezustannie wracał do tego myślą. Wstyd go brał, gdy sobie przypominał głupi początek nocnej jazdy, a raczej – swoje głupie zachowanie się. Wstyd, że pozwolił Wallenburgowej od razu zapanować nad sobą, że pobiła go od pierwszych słów i cały czas trzymała inicjatywę w ręku. Ale ten wstyd rozpływał się w uczuciu podziwu dla niej za to, co było potem. Inteligentna, bardzo inteligentna. Można z nią rozmawiać o sztuce jak z fachowym muzykiem. Lepiej nawet – bo nie ma obciążeń. Czy możliwe, żeby kobieta, interesująca się tak wszystkim jak ona i mająca takie horyzonty – znajdowała przyjemność w użeraniu się z chłopami, wojowaniu z sąsiadami i wyrabianiu sobie sławy lokalnej dziwożony? A przede wszystkim – co miało znaczyć to wołanie za nim o Marysi Jacuńskiej? Czy – według owej recepty – budowała przeszkodę, by ją zburzyć? A może – i tu czuł Cyprian, że mu serce głośniej bije – zazdrość?…

Zobaczyć, jeszcze raz zobaczyć jej oczy fiołkowe, jej miedziane włosy, ją całą! Ale gdzie, jak i kiedy? Bo w dodatku ten okropny, wstrętny deszcz! Ani się ruszyć! Siedź w domu, graj w „posuwałkę” i czuj ciągle za ścianą obecność sparaliżowanego ojca! Nic mu się nie poprawiło, ciągle bezwładny, a lekarz ciągle robi nadzieję… A jeśli się ocknie, jak wtedy stosunki się ułożą? Splata się wszystko w jakiś dziwaczny węzeł: Wallenburgowa– ojciec –Niekłaniszki– on –Łutowszczyzna… Et, lepiej nie myśleć…

W środę pod wieczór deszcz ustał i przejaśniło się niebo na zachodzie. Gwizdnął Cyprian na Reksa i poszedł w las. Mokro, fatalnie mokro. Z drzew za lada podmuchem sypią się na głowę ciężkie krople. Nogi brną w trawach i paprociskach, aż pochylonych od deszczowej rosy. Ale przynajmniej – powietrze. Podszedł Cyprian pod Niekłaniszki, nad staw. Szary, spłowiały i smutny mu się wydał. Cichy i pusty. Oczywiście – kto by tam po deszczu… Wrócił do domu zły, z przemoczonymi do kolan nogami. Zaaplikowała mu matka na noc mocną herbatę z mocnym koniakiem. Na wszelki wypadek. Żeby się nie przeziębił. Zasnął jak zabity.

Aż go trzeba było rano budzić. Otworzył oczy – za oknem niebo niebieskie i złote blaski na drzewach. Pogoda! Nad łóżkiem stała matka.

– Wstawaj, Cypruś! Przyjechał pan Piotr z panienkami. Przejazdem. Jadą na targ do miasteczka i pytają, czybyś z nimi… Rozerwiesz się trochę.

Oczywiście, nie odmówił. W miasteczku przekonał się, że z pana Piotra filut i że zajechał po niego nie tyle z sympatii, ile z potrzeby. Sam miał masę interesów do załatwienia, a Cyprianowi powierzył opiekę nad pannami, które, nudząc się w Kiemieliczach, gwałtem naparły się jechać razem z nim.

Chodzili razem po rynku, zaglądając do kramów, przeciskając się między długimi rzędami furmanek, lawirując wśród wyprzężonych koni, podsłuchując rozhoworów bab na wozach i głośnych medytacji chłopów. Ada Romanowiczówna, miastowa panna, pierwszy raz była na targu i wszystko ją ciekawiło. Marysia Jacuńska rozdokazywała się jak dzieciak. Zaczęła targować parsiuczka, żałośnie kwiczącego w worku na jednym z wózków. Sytuacja wytworzyła się groźna, bo chłop był dziwnie ustępliwy i coraz to opuszczał cenę. Czmychnęli i wtłoczyli się w ciżbę ludzi, otaczających kołem wielki, spłowiały parasol, jakiś przedsiębiorczy obieżyświat urządził loteryjkę, której wygrane stanowiły różnej wielkości zegary. Cyprian postawił raz i drugi, aż panny zaczęły się hazardować na równi z chłopami, od których zalatywało wódką i dziegciem. Ostry krzyk przerwał zabawę. A później lament wniebogłośny – jednemu z tłoczących się chłopów ukradziono dwieście złotych. Tumult się zrobił i wołanie o policję. Obieżyświat szybko zwinął parasol, zegary i loteryjkę zapakował na wózek – tak, że zanim nadszedł posterunkowy, już go nie było. Miał widocznie po temu powody. Operowanie po kieszeniach stanowiło snadź ważniejsze źródło dochodów niż sama loteryjka.

Trzymał się odtąd Cyprian za kieszeń. Tłok się robił na rynku coraz większy, a zgiełk coraz hałaśliwszy. Z trudem trzeba sobie było torować drogę. Furmanki chłopskie, jedna pobok drugiej, zapełniły wielki plac aż po domy. Został tylko środkiem wąski przejazd, przy którym rozsiadły się kramy bławatników, cukierników, garncarzy, rymarzy. Kwik prosiaków, gdakanie kur, rżenie koni i ryki krów mieszały się z głośnym nawoływaniem kupców: a to do lodów, a to do sukien, a to do ubrań. Wśród wózków uwijali się Żydzi, skupując jajka, masło i kurczęta. Raz po raz wybuchały sprzeczki.

Głośny, ruchliwy, falujący ciżbę ludzką był ten jarmark, ale dziwnie bezbarwny i szary. Ziemistoszare kurtki mężczyzn, ciemne chustki bab, tyle że białe chusteczki na głowach.

Znużyły się wreszcie panny włóczęgą po rynku. Postanowiono odszukać pana Piotra. Konie stały na podwórku za gminą, ale furman nie wiedział, gdzie pan. Miał coś załatwić w gminie, w kasie rolniczej, u weterynarza.

            – Zachodziła tu i pani z Niekłaniszek o pana pytać – mówił furman.

– Pani Wallenburgowa? – poderwał się Cyprian.

– Wiadomo, że ona.

– No i gdzie poszła?

– Na rynku gdzieś musi być.

Szukaj wiatru w polu. W tym tłumie odszukać kogoś! A zresztą, panny nie miały najmniejszej ochoty na dalszą wędrówkę po jarmarku. Zmęczyły się. Marysia Jacuńska blada była niepokojąco,panna Ada aż spurpurowiała z gorąca.

–Eee, to żadna atrakcja taki jarmark – skarżyła się – lepiej było już w Kiemieliczach siedzieć. Czy nie ma tu jakiejś kawiarni?

Cyprian i Marysia roześmiali się.

– Jest tylko kino – poinformowała Marysia – ale grywa jedynie w soboty i niedzielę wieczorami. A do soboty nie masz chyba zamiaru tu zostawać…

– Nie trzeba do soboty czekać – zahuczał nagle bas pana Piotra. – Zamówiłem właśnie specjalne przedstawienie dla moich gości!

Zjawił się niespodziewanie za ich plecami i śmiał się głośno z efektu, jaki wywołał.

– Należy się paniom nagroda za cierpliwość. Już to nasze miasteczko nie gorsze od Wilna, panno Ado. Kino mamy, że aż hej! – podżartowywał.

– W południe do kina… – skrzywił się Cyprian, ciągle nie mogący się rozstać z myślą, że na rynku, w ciżbie, można by jednak spróbować poszukać Wallenburgowej.

– Właśnie doskonale! – ucieszyła się Ada.

– Przynajmniej chłodno będzie, bo przecież w tym upale…

– A Marysia co mówi? – zwrócił się pan Piotr do niej z troskliwością w głosie.

– Bardzo się cieszę, wujaszku.

– Przegłosowany jesteś, Cypruś! – grzmiał Jacuński. – Idziemy! Bo widzicie, o tym filmie, co go teraz pokazują, gada cały dom. Gospodyni latała w zeszłą sobotę do miasteczka. I ekonom, i nawet Stefuk wychwala… A mnie jakoś na zwykle przedstawienie, z Żydami, z chłopstwem, z całą hołotą… Śmierdzi po prostu. Więc tak sobie pomyślałem… Jeśli już tu jesteśmy i mamy trochę czasu…

– A cóż to za film? – zapytał Cyprian.

– Nie wiem… Ma być bardzo wzruszający. Wielka miłość. Dwoje młodych, ale on gałgan… Zobaczycie zresztą.

– No, dobrze – wtrąciła Ada – ale jak się nazywa? Jacy aktorzy grają? Może znamy.

– Jacy aktorzy? – zafrasował się pan Piotr. – A jakże mógłbym spamiętać te wariackie nazwiska!

– Niesłychane! – oburzyła się Ada. – Wariackie nazwiska…

Poszli. Marysia Jacuńska pociągnęła Cypriana naprzód, w pierwszą parę, Ada z panem Piotrem zostali nieco w tyle.

– Znów mam do pana prośbę – zaczęła Marysia.

– Rozkaz! – zasalutował Cyprian do kapelusza.

– Ja mówię poważnie.

– A ja poważnie słucham.

– O to mi właśnie chodzi. Żeby mnie pan źle nie zrozumiał, aż mnie to krępuje, że drugi raz… Ale co mam zrobić…

– Czy wtedy źle zrozumiałem?

– Nie. Więc… niech pan w kinie siądzie obok mnie, choćby nawet wujaszek… Dobrze?

– Dziękuję.

– Z rozkoszą.

Milczeli chwilę.

– Mogę być szczery? – zapytał Cyprian nagle.

– Nie tylko pan może, ale chciałabym, żeby pan zawsze był ze mną szczery. Nie znoszę tych towarzyskich fałszów.

– A więc dobrze. Chciałem tylko powiedzieć, że nie rozumiem ani źle, ani dobrze, ale w ogóle nie jestem w stanie skapować. Pani Hancewiczowej ani nikogo z rodziny nie będzie przecież w kinie? Wiem, że to, co mówię zakrawa na bezczelność. ale…

– Nie, nie! Ma pan zupełne prawo. Tylko…

– Nie pędźcie tak! – szło za nimi wołanie pana Piotra.

Dogonił ich zasapany

– Trzymajmy się razem – komenderował. – Na rynku tłok, pogubimy się jeszcze.

Istotnie, przez rynek, do którego doszli, trzeba już było się przeciskać. Drewniana szopa, mieszcząca w swym wnętrzu kino, stała na środku placu. Kiedyś była to wozownia straży ogniowej, ale przedsiębiorcze żydki uznały, że sikawki mogą stać równie dobrze na podwórku, a z szopy lepiej ciągnąć niezły zysk, obróciwszy ją na kinematograf.

Nad drzwiami ogromny afisz, mozolnie wykaligrafowany pędzlem, maczanym w atramencie, wieścił: „W szponach zmysłów. Wielki super dramat erotyczno-życiowy w 12 aktach. Genialne reżyserowanie Raul Sammer. Główne role przedstawiają największe mocarze ekranu słodka Stella Bigger i stuprocentowy John Carlton”.

Ani Cyprian, ani Ada nic nie wiedzieli o genialnym Sammer, słodkiej Stelli i stuprocentowym Johnie. Czuli w powietrzu jakąś przeraźliwą, odwieczną szmirę. Tym lepiej! Zabawniej będzie.

Wybiegł z drzwi młody, wyelegantowany puryc[1].

– No, jak tam, Josek, gotowe? – huczał Jacuński.

– Za jedną minutkę będziemy pokazywać, panie dziedzicu.

– Znam ja wasze minutki! – rozgniewał się pan Piotr. – Żebyś mi w tej chwili zaczynał, bo jak nie…

Wymowny gest dokończył zdanie. Żydek skulił się.

– Naprawdę za jedną minutkę. Pan dziedzic wie, ten Szorkin, co u nas aparat kręci, to on jest rano fryzjer. No i jemu w sam raz wypadło strzyc panu dziedzicu z Podworańców. A pan Sągajł bardzo nerwowy pan, nie można przerywać…

– Uważaj, żebym ja się nie zdenerwował!

– Już posyłam po niego, żeby się śpieszył…

Weszli do środka. Pusto, ciemnawo, chłodno, zapach wilgoci. Blade światełko naftowej lampki, zawieszonej na ścianie, pada na proste ławki z surowego drzewa. Pod tylną ścianą, odgrodzone sznurem od ławek, dwa rzędy krzeseł. Marysia wzięła Adę pod rękę i szybko pobiegły na przód. Siadły obok siebie, a że Cyprian prędko zajął miejsce przy Marysi, pan Piotr usadowił się koło Ady.

Fryzjer snadź wystrzygł pana Sągajłłę, bo niedługo aparat zaczął warczeć, zgaszono na sali światło i film się zaczął. Deszcz na ekranie padał bezustanie, choć akcja rozgrywała się w mieszkaniu. Stara, porysowana taśma filmowa znaczyła smugami wzdłuż płótna swój wiek podeszły. Obraz był zgoła trzeciorzędny i bardzo śmieszny anachronizmami mody z przed kilku lat. Krótkie, po kolana suknie balowe pań sprowokowały Cypriana do docinków, a tak mu jakoś szło dowcipkowanie, że panny zanosiły się od śmiechu w najtragiczniejszych momentach filmu. Pan Piotr nie brał udziału w ogólnej wesołości, sykał nawet parę razy na Cypriana, aż wreszcie wybuchnął:

– Dajże raz spokój, Cypruś! Uważać nie sposób!

Zeźlił się naprawdę. Cyprian zamilkł i zaczął śledzić akcję. O co tam chodzi? Aha! Ta mała blondynka z wielkimi oczyma kocha się w tym bubku z monoklem. Zaręczyli się, choć dostała brzydki anonim, że ją zdradza z jakąś aktorką. Bubek z monoklem w ogóle szwarccharakter. Włóczy się po podejrzanych knajpach, pije, gra w karty. A mecenas, szpakowaty pan, opiekun małej z wielkimi oczyma, po kątach ociera łzy. Też się w niej kocha, ale ona o tym nie wie. Aż wreszcie skandal. Bubek w monoklu ma pojedynek o aktorkę. Wszystkie gazety o tym piszą. Zerwanie zaręczyn. Mała w rozpaczy. Szpakowaty mecenas bierze na odwagę i wyznaje miłość. Finał: pobrali się i piją kawę na obrosłej dzikim winem werandzie małego domku. Ona szczęśliwa, on wniebowzięty. Pocałunek.

A więc to tak! – przeleciało Cyprianowi przez głowę. – Tędy cię wiedli! Spojrzał na pana Piotra. Wycierał chustką łysinę, oczy miał mętne, wąsy drżały mu z lekka.

Wyszli na oślepiające światło dnia. Cyprian przysunął się do Marysi.

– Pani znała treść tego filmu?

– Oczywiście. Gospodyni opowiadała w Kiemieliczach każdemu, czy chciał, czy nie chciał. Więc na dobrej jestem drodze? – spojrzała mu w oczy.

– Niestety tak…

– A… ten w monoklu także istnieje? – zapytał Cyprian z kolei i sam nie wiedział czemu, bardzo mu zależało na odpowiedzi.

– Cóż znowu! – oburzyła się.

Przyłączył się pan Piotr. Podniecony był, zadowolony z siebie, jaśniejący.

– No, jakże film? Z życia wzięty, z życia! Tak często bywa…

– Nie zdaje mi się… – cicho odpowiedziała Marysia i odwróciła głowę.

Chwilę trwało kłopotliwe milczenie.

– O, pani Krystyna idzie! – zawołała nagle Ada.

Cyprian poczuł, że krew napływa mu do głowy. Rad był, że wszyscy pośpieszyli do Wallenburgowej, bo zaczerwienić się musiał potężnie.

Wyglądała ślicznie. W szarym, sportowym, obcisłym kostiumie i srebrzystym plecionym bereciku na miedzianych włosach, młoda była, jak Marysia i Ada. A przecież – o jakichś parę lat starsza od niego, a od nich o dobre dziesięć chyba. Nigdy dotąd nie wydała mu się taka ładna, mimo iż właśnie całowała się z Adą, która prawie mogła uchodzić za jasnowłosą piękność, i mimo że obok stała Marysia, inna zupełnie, ale także bardzo, bardzo. Coś w niej było olśniewającego, choć ani rysów nie miała klasycznych, ani żadnego z literackich atutów niewieściej urody. Bródka prawie śpiczasta, wydatna, wąskie zaciśnięte usta, nosek ani prosty, ani orli, raczej nieregularny, z ledwie dostrzegalnym garbkiem, wielkie łuki brwi – a pod nimi, głęboko, bardzo głęboko, oczy mieniące się błękitem nieba i fiołkowe zarazem. A przy tym – cera. Nie ta porcelanowo-gładka, ale ta matowa, na której czuje się wzrokiem niedostrzegalny, brzoskwiniowy puszek.

Podrwiwała Wallenburgowa lekko z pana Piotra.

– No, żeby prowadzić gości do kina – to już na wsi grzech śmiertelny.

– Kiedy mi się panienki nudzą – tłumaczył Jacuński.

– Wiecie co? – zaproponowała nieoczekiwanie. – Pojedziemy w niedzielę do Werkliszek na raki.

Nareszcie Cyprian miał sposobność zwrócić uwagę na swoją osobę, której jakby pani Krystyna nie dostrzegała. Z dawnych wspomnień dziecinnych odgrzebał w pamięci, że raki najlepiej łowić w tych miesiącach, które mają w nazwie literę „r” – więc w sierpniu, wrześniu, październiku, a teraz mamy lipiec. Spiorunowano go, że chce popsuć zabawę, więc się szybko wycofał, bo nikomu chyba nie zależało tak bardzo na dojściu do skutku projektu Wallenburgowej jak właśnie jemu. Punkt zborny umówiono w Kiemieliczach, skąd już do Werkliszek, dawnego majątku Mustejków, rodziców pani Krystyny, obecnie administrowanego przez pana Wołłowicza, było niedaleko.

Pan Piotr zaczął nawoływać do odjazdu. Wallenburgowa żegnała się z pannami. Gdy podała rękę Cyprianowi, zdawało mu się, że dojrzał w jej oczach coś jakby znak. Bez namysłu powiedział:

– Ja jeszcze nie jadę. Zupełnie zapomniałem – kazała mi matka zamówić w aptece lekarstwo. Niech się państwo mną nie krępują – zwrócił się do Jacuńskiego– mam tak blisko do Łutowszczyzny, że chętnie przejdę się trzy kilometry zaledwie.

– To chyba i tak trzeba będzie zrobić – zafrasował się pan Piotr. – Nam już naprawdę śpieszno. Ale w niedzielę przyjedziesz na raki?

– Oczywiście.

– Pani nie protestuje, panno Marysiu, że pan Rząśnicki zostaje? – zapytała Wallenburgowa. – To nawet jakoś nieładnie zostawiać panie same…

– A ja to już się nie liczę? – oburzył się na półżartem pan Piotr.

Został Cyprian z Wallenburgową sam.

– Do widzenia panu – zwróciła się do niego. – Pan do apteki, a ja właśnie w przeciwny róg rynku.

Spojrzał na nią ze zdziwieniem zawodu. Byłby przedtem przysiągł, że chciała, by został z nią. Poniosła go złość za to irytujące łączenie go z Marysią.

– Ja nie mam do apteki żadnego interesu – wypalił.

– Jak to? Przecież przed chwilą…

– Tylko tak powiedziałem, żeby zostać z panią.

Aż się przeraził własnych słów. Ale niech tam! Wszystko jedno. Dziwna rzecz. W jasności dnia, wśród tłumu ludzi czuł się znacznie odważniej nie wtedy w nocy na bryczce.

– Tak, dlatego, żeby zostać z panią – powtórzył.

Wydało mu się to prawie nieprawdopodobne, ale jakby się zmieszała. Próbowała obrócić jego odezwanie się w żart:

– To znaczy chce pan na mnie wymusić rewanż za odwiezienie z Kiemielicz i wkręcić się na pasażera do mojej linijki? Trudno. Co mam robić. Podwiozę pana.

Linijka, zaprzężona w ślicznego, skarogniadego konika, stała na podwórku Rachelki, nadwornej dostawczyni Niekłaniszek. Wsiedli i pojechali. Tuż za miasteczkiem skręciła Wallenburgowa w boczną drogę.

– Pojedziemy przez las. Trochę dalej, ale przynajmniej nie ma takiego kurzu, jak na trakcie.

Był jej wdzięczny, bo na trakcie łatwo mogli dogonić powozik Jacuńskiego i sytuacja byłaby głupia. Ale co do możliwości rozmowy zawiódł się Cyprian całkowicie. Nie bardzo wygodnie było na tej linijce siedzieć, a cóż dopiero rozmawiać. Przy tym – rozmawiając, lubił mieć zawsze przed sobą twarz osoby, do której mówił. Dlatego w Warszawie nie znosił pogawędek telefonicznych, z upodobaniem uprawianych zwłaszcza przez płeć piękną. To zupełnie co innego zdawać sobie każdej chwili sprawę z wrażenia, wywieranego przez własne słowa na tym, do kogo się mówi, niż rzucać słowa w próżnię. Tu, na linijce, było coś podobnego. Wallenburgawa powoziła i siedziała przed nim. Widział tylko jej karczek, półzakryty lokami, wysmykającymi się spod berecika.

Coś tam powiedzieli do siebie, że jest ładnie, że niebo jest bardzo niebieskie, a droga dobra, i mknęli przez las, coraz to rzednący. Aż wreszcie wjechali na porębę, usianą zszarzałymi plamami pni wśród zieloności traw i paproci. Uświadomił sobie Cyprian, że stąd już biegnie granica Niekłaniszek. Nagle Wallenburgowa ściągnęła konia, osadziła linijkę w miejscu, aż zazgrzytały koła, chwyciła bat i wielkimi susami pobiegła w bok od drogi.

Nim się Cyprian zorientował, co się stało, doleciał go jej krzyk:

– A złodzieje! Nie wiecie, że nie wolno!

Potem przerwał krzyk dziecięcy:

– Darujcie, paniczka, nie bijcie!

Taki w tym krzyku drgał strach nieludzki, że Cypriana dreszcz przeszedł. Zerwał się i stanął na desce linijki. Patrzył rozszerzonymi oczyma, niezdolny zdać sobie sprawy, czy to, co widzi, widzi naprawdę. Wallenburgowa jedną ręką trzymała za kołnierze dwoje wiejskich, obszarpanych dzieci, aż im główki stukały się o siebie – a drugą ręką zaciekle, zapamiętale zaczęła okładać je batem. Krzykpodniosły jeszcze straszniejszy i jęk, i płacz. Cyprianowi pociemniało w oczach. Zeskoczył z linijki i pędem puścił się ku nim. Nim zdążył dobiec, bat w ręku Wallenburgowejtrzasł. Zaklęła głośno i zwolniła uścisk dłoni, którym trzymała dzieci. Wyrwały się i uciekły, świecąc bosymi nożynami. Długo jeszcze słychać było z lasu ich bolesny płacz.

Wallenburgowa oglądała złamany bat. Nozdrza jej drżały, oczy pociemniały i zrobiły się jakieś złe. Była prawie brzydka. Cisnęła wreszcie bicz o ziemię i podniosła dzbanek z poziomkami, porzucony przez dzieci. Podeszła do Cypriana już opanowana, już znów uśmiechnięta. Podsunęła mu poziomki.

– Proszę, może pan spróbuje. Jak pan widział, świeżo zebrane.

– Dziękuję – odpowiedział szorstko, dygocąc jeszcze wewnętrznie z oburzenia.

Wyczuła coś w jego głosie. Spojrzała na niego uważnie.

– Co panu jest?

– Pani pyta? – wybuchnął. – Jak można było, jak można! Przecież to małe dzieci…

– Więc pan chciałby, żebym się pozwoliła okradać!

– Wielka mi kradzież dzbanek poziomek! Nie zbiednieje pani od tego.

– Ach tak… Pan ich chyba nie zna. Zaczyna się od poziomek. Później przyjdą po chrust do lasu. Potem będą bydło spasać na moich łąkach. Potem nocami budulec wywozić, a wreszcie worają mi się w pole – a ja mam się przyglądać z założonymi rękami! Dziękuję panu! U mojego ojca w Werkliszkach wszystko im było wolno. Taki wielkopański bzik – dobre stosunki z chłopami. Jak któremu krowa zdechła, to ojciec i cieluszkę gotów był dać na otarcie łez. No i – wywdzięczyli się!

Zadyszała się z irytacji.

– Pan wie, co zastałam w Werkliszkach, gdy wróciliśmy tu po wojnie? Zgliszcza, same zgliszcza. Z dworu ani śladu. Kupa węgla, zarastającego już trawą. Myśli pan, że od granatu albo w hulance kozackiej, albo z niemieckiej ręki? Nie! Chłopi, kochani chłopi podpalili, by ukryć ślady rabunku. Bo przedtem rozkradli wszystko, do ostatniego sprzętu. W kilka godzin niemal po tym, jak odjechał ojciec z odstępującymi wojskami rosyjskimi.

Na policzki wystąpiły jej wypieki. Oczy płonęły.

– Chodziłam od chałupy do chałupy, z rewolwerem w ręce i odbierałam, co jeszcze ocalało ze zrabowanego dobra. Tu komódkę mahoniową, którą hadziuki[2] polakierowały na biało, tam sekretarzyk z obciętą nadbudówką, bo się pod niskim pułapem śmierdzącej chaty nie mieścił, gdzie indziej resztki potłuczonych kryształów i porcelany. Niewiele tego było. Zmieściło się doskonale w jednej izdebce, jaką kazałam sobie odnowić w czworakach. Nie jestem znów taka skora do płaczu – ale płakałam nad każdym sprzętem. Ze złości i z żalu. Bo z każdym przecież były związane jakieś wspomnienia, rozumie pan?

Cyprian milczał, ogłuszony niespodziewaną spowiedzią.

– Tylko się pan umie oburzać, że odebrałam poziomki! Nic im nie można pozwalać, bo na głowę wsiądą! Tak jak w Werkliszkach. Oni tam byli panami, kiedy przyjechałam. O wszystko trzeba było walczyć. Z łąk pędzić, z lasu wyganiać, granice na nowo wymierzać z geometrą. Zawzięłam się i odwojowałam. Teraz już wiem, jak z nimi trzeba. Ani źdźbła litości nie ma we mnie. Muszą się bać – bo nimi tylko strach rządzi. Ech, co tam zresztą… jedziemy!

Podeszli do linijki. Widział Cyprian w ruchu rąk, jakim Wallenburgowa zagarnęła lejce, że jeszcze gniew w niej kipiał. Całą dalszą drogę milczeli. Na rozstaju, koło Łutowszczyzny, wysadziła Cypriana, kiwnęła mu tylko głową i pojechała dalej. Długą chwilę patrzył za znikającą linijką.

Może i zrozumiałe jest to jej rozgoryczenie… Zalali jej sadła za skórę. Ale żeby bić małe dzieci… Nie, to w każdym razie wstrętne. Czemu to zrobiła, czemu? Czuł do niej Cyprian po prostu żal, że taka mu się ukazała. Ciągle mu w uszach dźwięczał przeraźliwy krzyk: „paniczka, nie bijcie!”

Nie odzyskał już humoru. Bo jeszcze i to: przy obiedzie matka zapytała go:

– Wróciłeś z miasteczka piechotą?

– Tak, chciałem się przejść… – musiał skłamać.

– Mówił mi pan Piotr. Stałam właśnie przy bramie, gdy przejeżdżali.

Powiedział z pewnością więcej… O tym nieszczęsnym wykręcie z apteką. Tego już jednak matka nie dodała. Ale co sobie pomyślała? Bo przecież musiało ją także zastanowić, że wrócił stanowczo za prędko, jak na pieszą przechadzkę. A może już ktoś doniósł, że wracał z Wallenburgową? Nieostrożnie to zrobił. W dzień jarmarku, przez całe miasteczko?… Spojrzał podejrzliwie na Helenkę. Oczy miała spuszczone i zapamiętale jadła zupę, jakby nie słysząc rozmowy.

– Byłaś dziś na jarmarku? – zapytał ją wprost

– Ja? Skądże i po co? Całe przedpołudnie czytałam w baszcie książkę. A jak mi się znudziło, oglądałam okolicę, śliczny widok…

To już było wyzwanie. Cyprian wiedział, że z baszty widać doskonale drogę, którą wracał z Wallenburgową. Ach, więc tak! Czuł się jak człowiek złapany na fałszywej grze w karty, któremu partnerzy oszczędzają wstydu skandalu, ale dają do zrozumienia, że wiedzą, co o nim sądzić. Okropne! I po co, po co wpakował się w tę kabałę! Co nim właściwie kierowało?

Rad był, że obiad szybko dobiegł końca i że na całe popołudnie mógł się zaszyć w lesie. Fatalne, prawie bolesne poczucie niezadowolenia z siebie, paraliżujące wolę i mącące każdą myśl, nie opuszczało go aż do wieczora. Na drugi dopiero dzień zdobył się na postanowienie. Trzeba z tym skończyć. Ośmiesza się tylko. Ona zabrała rodzicom Niekłaniszki, a on bawi się w asystowanie jej. Dość, dość, dość! Niech sobie bije dzieci zbierające poziomki, strzela do chłopów, szaleje i dyskutuje o muzyce z kim chce! Ulżyło mu. Przez dwa dni czuł się jak odrodzony. Baraszkował z Zośka, pomagał matce w ustawianiu na werandzie piecyka do smażenia konfitur, nawet z Helenką nawiązał nadszarpnięte przymierze. Dziwna natura. Obrażała się o byle co, długo mu nie mogła zapomnieć kiemielickiej zdrady, zaczęła nawet przeciw niemu spiskować – a gdy zwrócił się do niej z pierwszym serdecznym słowem, od razu się zmieniła, jak kwiat rozchylający kielich na ciepło słoneczne. Od tej chwili – choć do rany ją przyłóż.

Układałoby się więc wszystko jak najlepiej, a jednak w sobotę pod wieczór ogarnął Cypriana wewnętrzny niepokój. Korciło go, by pojechać do Werkliszek na połów raków. Dlaczego właściwie nie miałby jechać? Że Wallenburgowa tam będzie? Tym lepiej. Pokaże, że nic go ona nie obchodzi. A wyrzec się takiej przyjemności? Irytowało go tylko, że znów trzeba będzie w domu kręcić. Przyznać się wprost, że jedzie do Werkliszek na raki – nie sposób przecież. Chyba już udać wizytę w Kiemieliczach. Wypada nawet po imieninowym obiedzie. Nikt w Łutowszczyźnie nie powinien być zdziwiony. Ale go ta konieczność opowiadania, dokąd i po co, złościła porządnie. Nawykł latami do zupełnej swobody, przyzwyczaił się, że nikt nie ma prawa wchodzić w jego sprawy osobiste – a tu znów coś jakby powrót do uczniowskiej niewoli. Dobrodziejstwo inwentarza ciepła rodzinnego.

Jacuński w lot odczuł kłopoty Cypriana, choć się mu z nich Cyprian nie spowiadał, bo ledwie nazajutrz zajechała bryczka z Łutowszczyzny do Kiemielicz, zakomenderował furmanowi:

– A ty wracaj do domu i powiedz, że pana prędko nie puścimy, a odwieziemy sami. Podziękował Cyprian panu Piotrowi mocnym uściskiem ręki.

– Mądrej głowie dość dwie słowie – mruczał starowina. – Rozumiem, rozumiem. Wallenburgowa to dla Łutowszczyzny czerwona płachta. Ale my mamy swoją politykę, prawda, Cypruś? Tylko mi się w niej nie zakochaj, bo to wcale nie leży w moich planach i wtedy za nic nie ręczę!

– E, co też pan wygaduje. Ani mi w myśli.

– Bo ja tam wiem… Panny tu coś przebąkują, a wiadomo, kobiety mają nos w takich sprawach. Ada nawet zazdrości. Nie ma co ukrywać, wpadłeś jej w oko…

– Adzie? – zapytał Cyprian przekornie. – A nie Marysi?

Pożałował tych słów, bo w jednej chwili zgasił uśmiech na ustach pana Piotra, a on sam jakby się przygarbił.

– Co powiadasz?… – wymamrotał tylko.

– Nic, nic. Żartowałem. Gdzieżbym się ośmielił panu wchodzić w drogę…

Ugryzł się w język. Jak można było! Toż to przecież zdrada Marysi. Z deszczu pod rynnę. Gniew go brał na samego siebie. A pan Piotr rozejrzał się tylko dookoła niespokojnie i położył palec na ustach.

–Tsssi…

Przybliżył się do Cypriana.

– Skoro jużeś się domyślił – szeptał. – to powiedz, ale szczerze, uczciwie, jak na świętej spowiedzi: mam jakieś szanse?

Patrzył błagalnie. Cyprian, przerażony obrotem sprawy, próbował się wykręcił:

– Bo ja wiem…

– To nie jest odpowiedź – zirytował się pan Piotr. – Chcę prawdy.

–Hm… jednak… różnica wieku…

– Eh, gadasz jak moja siostrunia, a ciebie przecież spadek po mnie nie czeka. Ale i oni nie dostaną nic, mówię ci, nic! – zaperzył się. – Wydziedziczę! A cóż to, ja nie mam prawa do szczęścia? Całe życie harować po to, żeby oni opływali w dostatki? Pięćdziesiąt dziewięć lat to jeszcze nic starość. Czuję się jak ty. I krzepę jeszcze mam. I chcę coś mieć z życia, nie sam siedzieć, jak wilk. Czy ty wiesz, co znaczy zima na wsi? Ust nie ma do kogo otworzyć, pasjanse kładź i odczytów przez radio słuchaj!

– Czy pan już… z nią mówił?

– Jeszcze nie! Ale powiem. Choćby dziś, choćby zaraz.

– Och, nie! To byłoby najgorzej! Może się niczego nie spodziewa i gdy na nią tak nagle spadnie… – przedkładał pośpiesznie.

– Tak uważasz? Bo widzisz, ja tam w tych rzeczach nie mam doświadczenia. Radzisz jeszcze zaczekać?

– Ja nic nie radzę, ale myślę, że tak chyba będzie lepiej.

– Może i masz rację. Niech się dziewczyna otrzaska z tą myślą. W moim wieku dostać kosza nie wypada. Trzeba iść na pewniaka. A tak mi się zdaje… Bo ja tak codziennie po słóweczku… Ale Cypruś, ani pary z ust! Tobie przecież można zaufać, już się rodzina uspokoiła. I wyobraź sobie – ciebie teraz podejrzewają! Dobry kawał, co? Ale ja im figla wytnę!

– Taki pan na nich zawzięty?

– Zawzięty? Nie. Tylko mi już ich kuratela kością w gardle stanęła. Ja przecież zawsze wszystko dla nich. Ciężko było w Radliszkach, a Zońka chciała na uniwersytet jechać – pomagałem, Wiś w karty się zgrał – do mnie jak w dym, Anetka za mąż wychodziła – wyprawę się sprawiło. Nie wymawiam. Najbliżsi przecież. Rodzina. Ale i mnie się coś należy. Pamiętasz Józefę, co u mnie gospodynią była?

Cyprian bąknął coś pod nosem. Wiedział, te różnie o tym mówiono w okolicy.

– Nie mam co przed tobą ukrywać – ciągnął pan Piotr – mężczyzną jesteś, zrozumiesz. Tak. I wiesz, co się dowiedziałem? Że była podsunięta, żebym się nie żenił. Siostrunia, ile razy przyjeżdżała do Kiemielicz, zawsze do Józefy na rozmówki. Ani słówka wyrzutu. Ani wymówki. Bo im wygodnie z tym było. Późno – ale zwąchałem pismo nosem. Józefę won. W dwadzieścia cztery godziny.

– Chyba się panu zdawało! Tu nie może być.

– Było. Ale mniejsza z tym. Kocham ich wszystkich po dawnemu i po dawnemu będę pomagać. Niech tam. Nie mam nawet żalu. Tylko sam chcę żyć inaczej niż dotąd, mieć kogoś bliskiego nie z więzów krwi, ale z serca. Ty nawet nie wiesz, jak w Kiemieliczach pojaśniało, odkąd tu Marysia jest.

Zamilkł, bo z werandy zbiegły panny i zaczęły się witać z Cyprianem. Wkrótce przyjechała również Wallenburgowa. Ruszono do Werkliszek. Cyprian, oszołomiony rozmową z Jacuńskim, zmarkotniał. Siadł przy furmanie i całą drogę przetrawiał rzecz w sobie. Dostał się między młot i kowadło. Ciężko mu było z tymi zwierzeniami obu stron. Był teraz podwójnie skrępowany. Żal mu było pana Piotra i rozumiał Marysię. Aż zatrząsł się na myśl o potworności takiego związku. Prawo do szczęścia Jacuńskiego– oczywiście, ma je. A Marysia? Czy może jej dwudziestu kilku latom dać szczęście sześćdziesiąt lat pana Piotra? Czy o tym Jacuński pomyślał? Coś po prostu kazirodczego w tym było.

Administrator Werkliszek pan Wołłowicz witał gości już u granic parku. Cyprian nasłuchał się o nim sporo. Wiedział, że ma skończone wyższe studia rolnicze i że odziedziczył po rodzicach piękny majątek, który doprowadził do ruiny. U siebie nie umiał sobie dać rady zupełnie. Jakiś paraliż woli. Po odziedziczeniu majątku zaraz sprowadził z zagranicy komplet najnowocześniejszych maszyn rolniczych. To był jego pierwszy i ostatni czyn gospodarski. Maszyny wyładowano przed gankiem i codziennie mówiło się, że trzeba będzie zająć się ich uruchomieniem. Ale na tym się skończyło. Wybuchła wojna – i maszyny, jak je zwieziono przed ganek, tak i stały przez cały czas wojennych zmagań. Pordzewiały, poniszczały, zielskiem zarosły, zaczęty się kruszyć. I tak samo kruszało wszystko. Dach w dworze się zapadał – nikt go nie podparł. Gniła weranda – ani deski nie zmieniono. Aż wreszcie raz ekonom, na własną rękę, nic nikomu nie mówiąc, w czasie nieobecności Wołłowicza, werandę jako tako wyremontował. Wołała już o pomstę do nieba. Usłyszał za to od Wołłowicza tylko takie podziękowanie: „nie miał pan nic pilniejszego do roboty?”

Zapuszczona gospodarka dawała coraz mniejsze dochody. Wyżyć już z niej było nie sposób. Musiał się Wołłowicz rozejrzeć za czymś, bo po prostu głód piszczał. Z wielkim strachem dano mu posadę instruktora rolnego. Podkpiwano sobie z tego w okolicy co niemiara. Ale zaraz potem przyszło zdumienie. Rady jego stawiały na nogi jeden za drugim majątek. Na wszystkim się znał, orientował się świetnie w każdej zawiłości, od razu wiedział, co i gdzie jest, ile, co i jak trzeba inaczej. Czego nie umiał chcieć zastosować u siebie – tego dopatrzył i dopilnował u innych. Potrzebował snadź jako siły pędnej na motor woli – poczucia odpowiedzialności za cudze. Stał się w powiecie głośny, wszędzie pożądany, wprost rozrywany. Jako bliskiemu sąsiadowi powierzyła mu Wallenburgowa administrację Werkliszek. Przeniósł się tam i zabrał się do pracy.

Z podziwem patrzył Cyprian na rezultaty. Spalonego dworu Wołłowicz odbudować nie próbował. Zamieszkał w czworakach. Ale stały już, świecąc świeżością drzewa, wszystkie zabudowania gospodarcze. Pysznił się nimi Wołłowicz, oprowadzając gości po stajni, oborze, chlewie. Mężczyzna byt postawny, barczysty, dorodny, reprezentacyjny, mimo że wystąpił w roboczej, czesuczowej kurtce. Synów za to miał niewydarzonych. Dwa sepleniące smarkacze z odstającymi uszami i małymi oczkami plątały się między nogami. Jeden z nich naznaczony był na twarzy wielką, brązowosiną myszką.

Kręcili się niespokojnie, czekając, kiedy Cyprian zlustruje ich przygotowania do połowu raków. Wallenburgowa oddaliła się z Wołłowiczem załatwić jakieś tam sprawy gospodarskie, Jacuński, zgrzany upałem, poszukał cienia na ławeczce pod rozłożystym kasztanem, panny przyszły do ogrodu na porzeczki, i przyszła kolej na malców.

Oparte o ścianę czworaków stały rzędem długie, wierzbowe patyki. U końca każdego uwiązana była na krótkim sznureczku obdarta ze skóry żaba. Cyprian obejrzał dokładnie jedną za drugą. Kilka zdyskwalifikował:

– Za tłuste, nie będą się na nie raki brać. Wolą chude.

Chłopcy spojrzeli na niego z szacunkiem. Zrozumieli widocznie, że mają do czynienia z fachowcem. Połów raków – to była specjalność Cypriana w latach dziecinnych. Słuchali z nabożeństwem, gdy im przykazywał ponaprawiać parę sznurowych siatek, również na długich kijkach umieszczonych, bo tu i ówdzie zbyt się rozluźniły oczka. Chłopaki, wbrew nietęgiej powierzchowności, okazały się zresztą wcale dorzeczne i sympatyczne. Rozgadał się z nimi Cyprian na dobre, gdy nadszedł Jacuński, już odsapnięty, a zaraz potem zjawił się Wołłowicz.

– Mam do pana prośbę – zwrócił się do Cypriana. – Moja żona nie wychodzi z domu…

– Ach, prawda! – przerwał pan Piotr. – Prędko się państwo spodziewacie?

– W tych dniach…

– No i co, panie Janie – ciągnął niefrasobliwie Jacuński– dziewczyna będzie, hę?

– Dałby Bóg.

– Będzie, z pewnością będzie, czemu by nie miała być.

Wołłowicz znów do Cypriana się zwrócił.

– Moja żona dużo słyszała o panu…

– O mnie? – zdumiał się Cyprian.

– Tak. I jeśli pan byłby łaskaw… bardzo prosi… chciałaby pana zobaczyć…

Czuł Cyprian, że ciężko mu to przyszło powiedzieć, choć nie wiedział czemu. Sam był zaskoczony więc szybko przeciął rozmowę:

– Ależ służę. Idziemy.

Doprowadził Wołłowicz Cypriana do drzwi, otworzył klamkę i cofnął się. W pokoiku było ciemnawo. Zapuszczone rolety słabo przesiewały światła słoneczne. Z kanapy podniosła się kobieta, niemłoda już, siwiejąca, o twarzy bardzo bladej, nabrzękłej i głęboko zapadniętych oczach. Owinięta była szalem, spowita nim cała, a jednak w jej postaci zgrubiałej czuło się majestat macierzyństwa. Podała Cyprianowi rękę i mówiła cicho:

– Pan mi daruje moje dziwactwo… ale nie mogłam się oprzeć tej myśli… O pana przyjeździe dużo się mówi w okolicy. Słyszałam, że pan jest wielkim muzykiem i że pan ślicznie gra… Nie odmówi pan chorej, słabej kobiecie, prawda? Niech pan coś dla mnie zagra…

Cyprian stał onieśmielony. Czuł w sobie dygot wszystkich nerwów. Tak to jakoś dziwnie powiedziała… Nie rozumiał, nie starał się zrozumieć, dlaczego, ale wiedział na pewno, że tej prośbie odmówić nie wolno. Automatycznie podszedł do otwartego pianina, stojącego w rogu pokoju. Siadł, położył ręce na klawiszach i dopiero wtedy zapytał:

– Co mam zagrać?

Własny głos zabrzmiał mu w uszach obco i drżąco.

– Nie wiem… – odpowiedziała. – Co pan chce… Coś bardzo pięknego… coś… nie, umiem tego wyrazić… dziecięco pięknego… Ja się zupełnie na muzyce nie znam…

Obrócił się ze zdumieniem w oczach. Zrozumiała. Jakby się zawahała chwilę i zaczęła mówić – patrząc prosto przed siebie nieruchomymi oczyma.

– Tak, powiem panu wszystko. To może nawet lepiej, żeby pan wiedział… Może pan będzie się śmiał ze mnie… Ale ja jestem pewna swego. Taką pewnością, jaką może mieć tylko kobieta i matka… Widział pan naszych chłopców? – zapytała nieoczekiwanie.

Skinął głową.

– Są brzydcy i pokraczni prawie – powiedziała twardo.

– Cóż znowu – zaprotestował nieszczerze.

– Niech się pan nie wysila. Wiem. Więcej nawet. Boleję nad tym. To przecież moje dzieci. Dlaczego są tacy? Dlaczego? Czy ktoś to potrafi wytłumaczyć? Mąż mój przecież jest zdrowy i silny, i postawę ma, i urodziwy z niego mężczyzna jeszcze dziś. Ja kiedyś także uchodziłam za nieszpetną. Skąd się oni tacy wzięli? Skąd? Och, pan nawet nie wie, co to za męka słyszeć gdzieś w przelocie na ulicy ironiczne półszepty o odstających uszach czy myszce na twarzy… Pan nie wie, jacy okrutni potrafią być rówieśnicy. Bo przecież mnie jest wszystko jedno, tak samo ich kocham, może nawet więcej, właśnie dlatego, że są tacy. Ale czemu oni muszą iść przez życie z niezawinionym piętnem?

Zaciskała usta. Brwi zbiegły się jej w jeden łuk

– Dużo o tym myślałam, bardzo dużo – mówiła po chwili. – I teraz wiem. Ja byłam winna i okoliczności. Pan sobie pomyśli, że to babskie gadanie. A jednak… Widział pan myszkę na policzku Władzia? Na dwa tygodnie przed jego urodzeniem strasznie się przelękłam przebiegającej przez izbę myszy. Pan powie, że przypadek, że mogło równie dobrze być inaczej. Ja wiem, że to z tego. Zaczęłam dokładnie rozważać. Jeśli mysz – to i cała atmosfera, wszystko, co mnie wtedy otaczało. Obaj chłopcy przyszli na świat w strasznych warunkach. Starszy, Jurek, w więzieniu bolszewickim. Na ostatnie dni przeniesiono mnie dopiero do szpitala. A cały czas przedtem – kacapskie gęby dookoła, brud, niechlujstwo, plugawe rozmowy. Młodszy, Władziu, urodził się w barakach dla repatriantów, w Baranowiczach. Także okropnie tam było. Zarośnięte, niegolone twarze, oczy trawione gorączką, łachmany. Patrzyłam na to ciągle, a oni się we mnie formowali…

Zdławił ją szloch. Opanowała się.

– Próbowałam pytać, jak to jest, lekarzy. Wyśmiali mnie. Nie ma żadnego związku. Absurd. Ale czy medycyna może wszystko z pewnością wiedzieć? Niech sobie mówią, co chcą. Mnie już nic nie przekona. Więc gdy teraz… Bardzo chcieliśmy mieć córkę… Ale jak mi przyszło na myśl, że i ona mogłaby… To dla dziewczyny już nieszczęście… Odcięłam się od ludzi. A nuż znowu jakaś brzydka twarz wrazi się w pamięć. Całymi dniami modlę się i wpatruję w ten obraz, żeby jeśli będzie dziewczyna, była taka…

Teraz dopiero Cyprian spostrzegł, że na stoliku przed panią Wołłowiczową stoi duża reprodukcja głowy Madonny Sykstyńskiej Rafaela.

– Gdy dowiedziałam się, że pan przyjechał, pomyślałam sobie… A może nie tylko to, na co się patrzy, ale i to, co się słyszy? I nie mogłam się uspokoić, dopóki mi mąż nie przyrzekł, że pana przyprowadzi. Rozumie mnie pan teraz? Nie dziwi się pan już?

Wstrząsnęła Cyprianem jej opowieść. Nie był zdolny rozumować. Czuł w jej głosie wiarę głęboką w to, co mówiła. To tylko wiedział i nic więcej.

Drżał, gdy uderzył w klawisze. Ale nie miał żadnych wątpliwości, co grać. Zjawiło się to w nim od razu, jak pewnik: Berceuse Chopina. Cicho, cichuteńko zadźwięczały mu pod palcami dzwoneczki kołysanki, zwiewnie, perliście spływały pasaże. Zapamiętał się w sobie. Udzielił mu się nastrój niedawnego opowiadania. Wierzył już, tak jak ona, że to jakieś misterium tajemnicze, którego jest kapłanem. Coraz cudowniejszą, coraz bardziej nieziemską barwą dźwiękową mieniła się kołysanka. Nigdy chyba w życiu nie grał z takim wzruszeniem, nigdy chyba fortepian nie był mu tak posłuszny. Każdą jego myśl oddawał, każdym dźwiękiem odpowiadał sercu.

Przebrzmiały ostatnie tony. Długą jeszcze chwilę siedział Cyprian nad klawiaturą z pochyloną głową. Przychodził z wolna do siebie. Wstał wreszcie i zbliżył się do pani Wołłowiczowej. Oczy miała pełne łez.

– Nie dziękuję panu… – mówiła. – To byłoby za blade wobec tego, co pan dla mnie zrobił. Ale pan wie, co czuję…

Ucałował jej rękę z czcią.

– Tam już pewnie na pana czekają. Niech pan nie kłopocze się mną więcej i daruje, że ośmieliłam się…

Od drzwi spojrzał jeszcze na nią. Patrzyła w obraz stojący na stoliku i miała na twarzy odblask tej samej słodyczy, którą jaśnieje rafaelowska Madonna.

Gdy wyszedł z mrocznego pokoiku na słoneczny dzień, omal się nie zatoczył. Przetarł oczy. Jakby znalazł się w innym świecie. Śmieją się zielonością drzewa, niebo błękitnieje pogodą, nurzają się radośnie w lekkim wiaterku kwiaty na klombach. Władzio z Jurkiem wodzą się na trawniku za łby. Turniej grecko-rzymskich walk zapaśniczych. Galeria nie szczędzi docinków. Siedzą na ławce opodal domu wszyscy: Marysia, Ada, pan Piotr, Wołłowicz, Wallenburgowa.

Nastrój, w jakim Cyprian wyszedł z domu, prysł w jednej chwili. Zostało tylko uczucie zażenowania. Potem zaraz refleksja: a jednak ta Wołłowiczowa chyba trochę histeryczka. A tak go wzięło! Et, sam jesteś także trochę histeryk, panie Cyprianie – strofował się.

Przyłączył się do towarzystwa, ale nie brał udziału w rozmowie. Obserwował spod oka Wallenburgową. Nie zamienił z nią dziś jeszcze ani słowa. Tak się jakoś złożyło. I dobrze. Postanowił sobie przecież w Łutowszczyźnie, że skończone. Ale co właściwie? Nic się przecież nic zaczęło.

Uderzył go nagle jej wyraz twarzy. Coś w nim było niepokojącego. Zagryzła kącik dolnej wargi, lewą brew podniosła wysoko, pod skórą policzka drgały jej ledwo dostrzegalnie mięśnie. Patrzyła uporczywie w jeden punkt.

Cyprian poszedł wzrokiem za jej spojrzeniem. Na jednym z kijków, stojących rzędem pod ścianą, uwiązana, odarta ze skóry żaba, powoli, raz po raz, sprężała i rozprężała nogi. Żyła. Widocznie chłopcy w pośpiechu nie dość silnie utłukli jej łebek.

Zerwał się Cyprian jak podcięty biczem i doskoczył. Jednym uderzeniem skończył jej męczarnie. Gorzki niesmak zrodził się w nim. Nie mógł nad tym zapanować. Pierwszy raz przyszło mu na myśl, że jednak te żaby… Połów raków stracił dla niego połowę uroku.

Bez entuzjazmu przyjął hasło pana Piotra, że pora już iść nad rzekę. Istotnie. Cienie rzucane przez drzewa wydłużyły się, słońce stało już blisko horyzontu. Najlepszy czas.

Ruszyli. Przodem chłopcy, niosąc kijki z żabami i siatki. Dalej reszta towarzystwa, jak kto chciał. Cyprian z Marysią zostali na końcu.

– Nie zdążyłam panu przed kinem powiedzieć – zaczęła – i gryzie mnie to teraz. Pan gotów przypuścić, że na imieninach skłamałam. Żeby zrobić sobie z pana parawan przed panią Hancewiczową. A ja wtedy naprawdę nie domyślałam się, że wujaszek Piotr…

– Nigdy pani o to nie posądzałem.

– Naprawdę? – uradowała się. – To bardzo dobrze. Pan nawet nie wie, jak mi ciężko. Polubiłam staruszka bardzo i żal mi go, że taki sam… Ale on to jakoś inaczej rozumie i boję się, żeby… Chyba trzeba będzie w tych dniach wyjechać.

– I ja tak myślę.

– Pan coś wie? – zaniepokoiła się.

– Skądże… – spuścił oczy. – Wyrozumowane.

Doszli nad rzekę. Rozebrali między siebie kijki z żabami oraz siatki i rozpierzchli się wzdłuż brzegu, szukać sposobnych stanowisk do połowu. Władzio przysunął się tajemniczo do Cypriana.

– Proszę pana – szeptał – niech pan idzie ze mną. Pokażę panu najlepsze miejsce. Ja tu wszystko wiem.

Cyprian jednym rzutem oka ocenił, że miejsce było istotnie doskonale. Brzeg niewysoki i nie za niski, tak że usiąść można było na nim, nic maczając nóg w wodzie. Dwie nadbrzeżne wierzby, pochylone nad rzeką, zapuszczały splątane korzenie w wodę. Ani chybi muszą tu mieć raki gniazdo.

Zastawił trzy kijki z żabami w wodę, prawie popod korzenie, ale tak, żeby było żabę widać, usiadł i czekał. Całe towarzystwo, szeroką tyralierą, rozmieściło się wzdłuż brzegu. Najbliższą, o kilkanaście metrów, sąsiadką Cypriana była panna Ada, pierwszy raz w życiu łowiąca raki, więc też jej na adiutantów przydano obu chłopców. Dalej ulokował się Jacuński, potem Marysia, a na samym końcu Wallenburgowa. Nie widział jej już Cyprian, bo zasłaniały ją drzewa.

Raz po raz lustrował białawe ścierwa żab przez przezroczystą wodę. Ani drgnęły. Żaden rak się do nich nie dobierał. Trochę jeszcze może było za wcześnie. Słońce dopiero zachodziło i cała rzeka świeciła czerwonym blaskiem. Przeleciała szafirowa ważka i przeświecającymi skrzydełkami musnęła lekko wodę. Środkiem rzeki płynęły powoli jakieś zielska, znacząc zygzakami zmienność prądu.

– Złapałem raka, złapałem raka! – wrzasnął nagle na całe gardło Władzio.

– Psa się łapie za zgon, a raki się łowi! – zgromił go Cyprian z zamiłowania do językowej ścisłości.

Ale podbiegł, jak i wszyscy zresztą, by zobaczyć pierwszą zdobycz. Rak był okazały i wrzucony do koszyka walił zapamiętale ogonem w dno.

– Złowił się jeden, to musi być i więcej – zakonkludował pan Piotr, zaczym śpiesznie wrócili wszyscy na swe stanowiska.

Poszedł i Cyprian na swoje. Spojrzał w wodę i drgnął. Tak, nie ma żadnej wątpliwości. Na białawym zewłoku żaby rysują się wyraźnie ciemne kleszcze raka. Niech się lepiej wpije, żeby nie uciekł. O tak. A teraz – już. Ostrożnym ruchem ręki ujął Cyprian za koniec kijka, wystający z rzeki i powolutku zaczął go wyciągać. Równocześnie drugą ręką zanurzył w wodę kijek z siatką, podsuwając go pod raka. Dobrze. Jednym rzutem poderwał oba kijki nad wodą. Rak puścił żabę i wpadł w podstawioną siatkę, trzepocząc się głośno.

Za chwilę miał drugiego, potem trzeciego i czwartego. Ogarnęła go atmosfera hazardu. Co chwila wykrzykiwał ktoś wzdłuż brzegu swoją cyfrę zdobyczy. Cyprian był w tyle. Zgorączkował się i dwa raki po kolei plusnęły mu w wodę obok siatki. Więc się skupił i zabrał do połowu systematycznie, spokojnie, milcząco. Nie zdradzał się już ze swoją liczbą, choć zaczął przodować. Miał w koszyku dwanaście raków.

Wyciągał właśnie z wody trzynastego, gdy posłyszał głos Wallenburgowej.

– Pozwoli pan, że tu zastawię kijki?

Obrócił się gwałtownie. Raka oczywiści diabli wzięli. Wallenburgowa stała tuż tuż.

– Fatalne wybrałam sobie miejsce – mówiła dalej. – Wszystkiego trzy złowiłam. Pod tą drugą wierzbą nie zostawił pan swoich żab? Można?

– Ależ naturalnie. Bardzo proszę.

Powiedział to bardzo uprzejmie, ale w gruncie rzeczy był trochę zły. Przemyśliwał już właśnie, by jeden z kijków przenieść pod tamtą wierzbę. Trudno, trzeba będzie odstąpić część spodziewanego łupu. Rychło się okazało, że starczy na oboje. I u niego, i u niej raki brały coraz gęściej. Biegali ciągle od kijka do kijka, bo co się jeden wyciągnęło, to już na drugim rak siedział. Aby podołać, założyli wreszcie wspólnotę. Kto był wolny, ten wyciągał kijek bez względu na przynależność. Zapalili się oboje i coraz zgodniej im szedł połów, coraz przyjaźniej gwarzyli w przerwach. Wywietrzały Cyprianowi z głowy postanowienia, zrobione w Łutowszczyźnie. Czy dlatego, że przy zastawianiu kijków spotkały się kilka razy ich ręce, co jakimś dziwnym dreszczem przejęło Cypriana? Czy dlatego, że gdy raz, przy wyciąganiu kijka, zachwiała się pani Krystyna i omal nie wpadła w wodę, chwycił ją wpół i poczuł na jedną sekundę krągłość jej piersi? Nie próbował Cyprian analizować tego w sobie.

Zmierzch robił się coraz gęstszy. Trudno już było dopatrzyć się czegoś w wodzie. Pan Piotr zaczął nawoływać do powrotu. Zeszli się wszyscy na polance i wzięli do obliczeń. Cyprian z panią Krystyna górowali. Złowili razem siedemdziesiąt trzy raki. Inni mieli po trzydzieści, dwadzieścia parę, Ada zmartwiona była srodze, bo złowiła tylko siedem. Niedużo razem się zebrało, coś z półtora setki. W tym większość drobiazgu – ale jak na lipiec i to dobre.

Od rzeki do parku było niedaleko. Cyprian z Wallenburgową wysforowali się naprzód. Pod koronami starych dębów i lip zdawało się, że już prawie noc. Park był zapuszczony, alejki niepogracowane. Pan Wołłowicz, zajęty gospodarką, nie przywiązywał snadź do tego wagi. Inaczej tu było za życia Mustejków. Przechodzili właśnie koło altanki. Zarosła krzewami, że ledwo ją można było dostrzec w ciemnościach. Falą krwi przypłynęło Cyprianowi do mózgu wspomnienie, że to właśnie w tej altance mała Kryśka Mustejkowna, dziś pani KrystaWallenburgowa, która idzie obok niego…

Czytała w jego myślach czy co? Zatrzymała się nagle, przysunęła do Cypriana tak blisko, że czuł jej oddech gorący na twarzy i, wskazując na altankę, zapytała z wyzwaniem w głosie:

– Pamięta pan?

Widział przed sobą jej rozchylające się wargi. Podniósł oczy ku oczom. Na jeden króciutki moment zwarły się ich spojrzenia pożądaniem. Zadrgały powieki. Objął ją nagłym chwytem ramion i powoli, powoli przybliżał usta do jej ust. Podsunęła mu je muśnięciem warg i wyrwała się.

– Nie teraz! Idą za nami.

Głosy reszty towarzystwa brzmiały coraz bliżej.


[1] Puryc – młody żydowski elegant.

[2] Hadziuka – gadzina, żmija.