Instytut Dziedzictwa Myśli Narodowej

Poeta „niepożegnany”. Konstanty Dobrzyński (1908-1939) – Wojciech Rotarski

Przy kolejnych rocznicach Września 1939 roku przekonujemy się jak silnie wrosła w nasze myślenie narracja komunistów o tych wydarzeniach – jak wiele jest rzeczy, o których nie wiedzieliśmy, tak wielu jest żołnierzy walczących wówczas w obronie niepodległej Ojczyzny, o których nie pamiętamy. Kto wie, że we wrześniu 1939 r. poległo z bronią w ręku siedmiu literatów?

Byli to: Józef Birkenmajer, Konstanty Dobrzyński, Józef Gałuszka, Jerzy Gerżabek, Florian Jernas, Kazimierz Piekarczyk oraz Tadeusz Dołęga-Mostowicz. Znani i czytani przed wojną, po niej zostali skazani przez komunistów na zapomnienie. Nie zasługiwali oni na pamięć ze względu na nieodpowiednie poglądy. I nadal – tak twierdzę – są n i e p o ż e g n a n i  (określenie Adama Grzymały-Siedleckiego).

Jeden z nich – Konstanty Dobrzyński, młody łódzki poeta, urodził się w 20 grudnia 1908 roku w Łodzi na przedmieściu Chojny. Było to jakby na granicy dwu światów, z jednej strony – ciasnych uliczek miasta fabrycznego z drugiej – szerokich pól wiejskich, co niewątpliwie znalazło odbicie w jego twórczości. Był synem Władysława i Elżbiety z Kuropatwów. Ojciec pochodził ze wsi Marzenin koło Łasku, matka urodziła się w Nieszawie k. Aleksandrowa Kujawskiego. Do Łodzi przybyli za pracą – ojciec został robotnikiem w fabryce Karola Scheiblera, matka pracowała na przędzalni u Ludwika Geyera.

Wojna światowa przyniosła biedę rodzinie – ojciec Konstantego wcielony do armii rosyjskiej poszedł na front i zaginął bez wieści. Fabryki łódzkie stanęły. Matka utraciła pracę i musiała szukać pomocy w rodzinnej Nieszawie. Tam mały Kostek zarabiał na życie pasaniem gęsi, potem krów w sąsiedniej wsi. Wieczorami matka uczyła go czytać na książce do nabożeństwa. Chodząc za krowami – jak wspominał – przeczytał prawie wszystkie powieści Sienkiewicza. Po powrocie do Łodzi skończył szkołę powszechną, chciał się wykształcić na majstra fabrycznego w Państwowej Szkole Włókienniczej. Choroba matki spowodowała, że przerwał naukę po pół roku i aby utrzymać rodzinę pracował jako monter urządzeń technicznych na budowach, a potem tak jak ojciec był robotnikiem w przędzalni Scheiblera na Księżym Młynie. W 1929 roku osiągnął wiek poborowy i przez dwa lata odbywał służbę wojskową w 4 Pułku Artylerii Ciężkiej w Łodzi.

Po wyjściu z wojska daremnie szukał pracy. Trwał wielki kryzys, tym bardziej dotkliwy w robotniczym mieście jakim była Łódź. Przez trzy lata był bezrobotny. „Był to najstraszniejszy okres w moim życiu, kiedy dosłownie przymierałem głodem” – wspominał po latach. Jednocześnie dużo czytał, wraz z czwórką bezrobotnych kolegów utworzył kółko samokształceniowe, troje z nich zdało maturę i podjęło studia w Warszawie. Sam Konstanty ukończył 5 klas w gimnazjum wieczorowym prowadzonym przez Polską Organizację Wolności, tam nauka dla bezrobotnych była darmowa.

Rok 1934 to przełom w życiu Konstantego. W maju przyniósł do łódzkiej redakcji „Orędownika” kilka wierszy, które zostały wydrukowane (debiut – Wybory w nr 112 z 20 maja). „Orędownik” był dziennikiem o poglądach narodowych wydawanym przez koncern prasowy Drukarnia Polska SA w Poznaniu, który od września poprzedniego roku wydawał także mutację dla Łodzi (wydanie – Ł). Pismo było skierowane do środowiska robotniczego i prezentowało treści bardziej radykalne, w tym postulat „odżydzania” władz samorządowych, zawodów i poszczególnych środowisk. Pierwsze wiersze Konstantego były związane z trwającą kampanią wyborczą do władz miasta. Wybory 27 maja przyniosły zwycięstwo Stronnictwu Narodowemu. Było to zaskoczeniem dla wszystkich. Ksawery Pruszyński tłumaczył to obojętnością władz wobec nędzy imających się każdej pracy łódzkich bezrobotnych, jak chińscy „kulisi” w Ameryce (reportaż Żółci ludzie z Łodzi w „Wiadomościach Literackich”).

Władze państwowe nie zatwierdziły nowego Zarządu i Rady Miasta, powołały komisarza Rządu na Łódź. Lecz zwycięstwo narodowców w „czerwonej” Łodzi spowodowało rozwój łódzkiej mutacji „Orędownika”, która od  sierpnia 1934 roku była całkowicie odrębna od macierzystego wydania poznańskiego (MP), ukazywała się nie sześć, a siedem razy w tygodniu. Znalazło się tam miejsce dla Konstantego, zatrudnionego początkowo w charakterze gońca, ale publikowano jego wiersze oraz pod pseudonimem „Kade” materiały dziennikarskie, recenzje i felietony. W publicystyce Konstanty Dobrzyński był wierny linii politycznej pisma, wierszówkami zarabiał na utrzymanie, bo do 1937 roku był tylko współpracownikiem redakcji.

Wiersze Dobrzyńskiego stawały się bardziej znane od kiedy zaczął publikować je poznański tygodnik „Głos” (od stycznia 1935 roku) czy warszawski tygodnik „Prosto z mostu” (od grudnia tego roku), choć nadal drukował je przede wszystkim łódzki „Orędownik”. Na początku grudnia 1935 roku nakładem „Orędownika” ukazał się  pierwszy tom poezji Konstantego Dobrzyńskiego pt. Czarna poezja (w nakładzie 4 tysięcy egz.). Tom ten spotkał się z przychylnym przyjęciem w prasie narodowej. Adam Grzymała-Siedlecki pisał: „nareszcie autentyczny w literaturze proletariusz”, poeta-robotnik, który nie czerpie z idei internacjonalizmu, a jest autentycznie narodowy. Grzymała-Siedlecki oraz Karol Hubert Rostworowski najbardziej zachwycili się wierszem Lipiec – „dawnośmy już nie mieli tak szczerej i tak zawiesistej fantazji w poezji”. Jedynie Władysław Sebyła, znany z ostrych recenzji w „Pionie”, doceniając „wrodzoną łatwość automatycznego wierszowania i rymowania” odmówił Dobrzyńskiemu miana poety – nazwał go „wierszopisem”.

Tymczasem w Czarnej poezji widać wyraźnie jak oryginalne jest spojrzenie Konstantego na świat go otaczający. W cyklach Łódź i Czarna poezja  poeta opisuje z czułością swe rodzinne miasto:

„Miasto twarzy wybladłych i zapadłych brzuchów!

Miasto wrzawy i zgiełku, gorączki i ruchu!

Miasto wielkich przedsięwzięć, wytwórnio pieniędzy!

Miasto ludzi bogatych i siedlisko nędzy,

Gdzie z krzykiem pierwszym dziecko zachłyśnie się dymem.

A jednak kocham Ciebie, zadymiony grodzie,

Całuję wzrokiem dziurawe Twe chodniki,

Gdzie moi najbliżsi w zwartym korowodzie

Szli, by zdążyć na gwizdek do brudnej fabryki”.

(Zadymiony gród)

oraz ich mieszkańców – robotników, ich codzienny znój by „dać znowu fabryce cząstkę swego życia” (Gdy bije piąta!), pracę monotonną w rytm nadawany przez maszyny, które „pędzą zawsze, w nieskończoność pędzą … Smok-maszyna żre przędzę… zionie żrącym pyłem w twarz człowieka smutną, aż go spali i wessie, wchłonie i zniweczy” (Maszyny). Dobrzyński wyraża tym sprzeciw wobec cywilizacji technicznej z jej konsekwencjami technologicznymi i urbanistycznymi. Nie ulega fascynacji postępowej cywilizacji industrialnej jaką odnajdujemy w poezji Skamandra czy Awangardy krakowskiej. Można powiedzieć, że poznał Łódź nie znad stolika kawiarnianego, ale namacalnie – własnym doświadczeniem robotnika i bezrobotnego.

Wytchnienia od postępu Konstanty szuka za miastem, gdzie:

„Wyjdą łąki naprzeciw z kwiatami we włosach,

będą maić przydróżki, miedze i ogrody.

Sady usta wiśniowe podadzą niebiosom,

wstydem spłoną jabłonie, prężąc piersi młode.

Łany będą wzorzyste, jak łowickie pasy,

żyta rzęsą przysłonią swe chabrowe oczy”.

(Ojczyzna)

Zrozumiałe, że pisze to mieszkaniec Chojen, ale może to także wpływ poezji Sergiusza Jesienina, przedstawiciela rosyjskiego imażynizmu, który upodobał sobie tematykę mistyczno-ludową związaną z przyrodą? Leonard Turkowski, kolega z redakcji poznańskich zaświadczał, że Dobrzyński lubił poezje Jesienina. Sam poeta tylko raz wyraził oficjalnie swoje sympatie poetyckie – wierszem Niebieski szofer pokłonił się Konstantemu Ildefonsowi Gałczyńskiemu.

Nie wszystkie obrazy wiejskie, jakie prezentuje Konstanty są sielankowe, często daje on wyraz swej wrażliwości na dolę ludu, jak w wierszu Lecą liście…:

„Tutaj mróz przyjdzie białolicy…

Krew zetnie w żyłach, tym – bez chaty

Wysrebrzy szronem strzępy szaty

I w perłę zmieni łzę w źrenicy…”

W cyklu Dłonie ku niebu znajdujemy motywy religijne, poeta zanosi modlitwę (Ojcze nasz), z dziecięcą ufnością wyznaje:

„O Wieczny!

Czuję Cię! Jesteś, nade mną i we mnie –

Świat Cię nie mieści, lecz ja mieszczę w łonie.

Wiem, że nie będę wołał Cię daremnie:

Przyjdziesz i weźmiesz w Swe świetliste dłonie

Mą skroń znużoną”.

(Modlitwa wieczorna)

Dobrzyński nie „wadzi się” z Bogiem, jak wielu ówczesnych luminarzy. Nie oskarża Go o całe cierpienie świata, deklaruje: „wierzę, że przyjdzie inne zmartwychwstanie, że przyjść musi płomieniem, wszak Bogiem jest Bóg” (Zmartwychwstanie). W następnym swym tomiku Żagwie na wichrach daje do zrozumienia, że pozorną niemoc Boga widzi raczej w Jego braku:

„W katedrze zaklęci

kamienni tkwią święci

i szepcą kamienne nowenny.

Zakute w witraże

kamienne lśnią twarze

i Chrystus w ołtarzu – kamienny”.

(Ballada o kamiennym mieście)

Chrystusa nie widzi „w przepychu procesji”, tylko:

„po zaułkach, wśród nędzy, w wyszarzałym palcie…

chodzisz, ślady stóp krwawych znacząc na asfalcie…

Ty, z krzywego zaułka Król nędzy –  Mój Chrystus”.

(Mój Chrystus)

Pokrewny, bardzo wzruszający wiersz Jedno imię poeta poświęcił swojej Matce:

„Gdy kto chce zamknąć w jednym tylko słowie,

Ogrom czuć jasnych do granic ostatka –

Niech przyklęknąwszy, to imię wypowie:

Jedyne, jedno, przenajsłodsze…  M a t k a!”

Co ciekawe, ten wyraz miłości synowskiej jako jedyny (i tylko w tym fragmencie) przetrwał okres zapomnienia w PRL-u. Od połowy lat 70-tych rozpoczynał wiele uroczystości szkolnych Dnia Matki. Do dziś jest stałym punktem w scenariuszach szkolnych z tej okazji, choć tak naprawdę nikt nie wie, kim jest autor.

W cyklu W nowy idziemy Polski świt… Dobrzyński oddawał hołd Romanowi Dmowskiemu, określając go mianem „Wódz – duch Narodu, potężny, wspaniały” (Dmowski). Zadedykował wiersze generałowi Józefowi Hallerowi (Rycerz błękitny), przywódcom ruchu narodowego (Prometeusze), poległym narodowcom – Stanisławowi Wacławskiemu, Jerzemu Grotkowskiemu i Janowi Chudzikowi (Pożegnanie). W wierszu Młodzi (a w następnym tomie – Pięści, Alkazar, Burza, Dynamit) wyrażał żarliwą wiarę w nadchodzącą Wielką Polskę i mającą w niej zapanować sprawiedliwość. Konstanty Dobrzyński był członkiem Stronnictwa Narodowego, w swych wierszach był wyrazicielem środowiska „młodych”, radykalnych działaczy Stronnictwa. Wzywał do rewolucji narodowej, do budowy Wielkiej Polski. Wołał niecierpliwie: „Teraz my! rządzić chcemy! Zaraz, natychmiast już!!”(Marsz bojowy). „Dłonie palą się do czynu” (Prometeusze), a nogi same rwą się do maszerowania. Warto dodać, że Karol Hubert Rostworowski czy Adam Grzymała-Siedlecki, chwaląc talent poety, dawali do zrozumienia, że tej akurat twórczości nie cenili. Sam poeta nie odżegnywał się od swych „zaangażowanych” wierszy. Na krytykę odpowiedział prześmiewczo w jednym z felietonów: „Hej pisarzu łódzki […] po cóż masz się pienić na wyzysk i biedę? Wzdychaj do księżyca i wąchaj rezedę”.

Karol Hubert Rostworowski zgłosił Czarną poezję do nagrody Polskiej Akademii Literatury dla młodych, ale nagroda przypadła wtedy Światopełkowi Karpińskiemu. W grudniu 1936 roku ukazały się dwa wywiady z poetą w warszawskich dziennikach „ABC. Nowiny Codzienne” oraz „Goniec Warszawski”. „Chcę  –  deklarował Dobrzyński – pisać o robotnikach i dla robotników. W poezjach moich dużo miejsca zajmuje Łódź. Najlepiej czuję i znam potrzeby robotników. Chciałbym trafić do ich serc, przemówić do nich i dźwignąć ich. Robotnik chce zmian w obecnej sytuacji. Weźmie on chętnie i z zapałem udział w budowie Wielkiej Polski”.

Od połowy 1937 roku Konstanty Dobrzyński pracował w centralnej redakcji łódzkiego „Orędownika” w Poznaniu, od września 1938 roku redagował „łódzkie” strony mutacji (Ł). Został członkiem Syndykatu Dziennikarzy Wielkopolskich oraz Związku Zawodowego Literatów Polskich.

W marcu 1938 roku ukazał się drugi tom wierszy Konstantego Dobrzyńskiego pt. Żagwie na wichrach, nakładem Drukarni Polskiej w Poznaniu. I znów najlepsze recenzje miał w prasie narodowej. Jan Bielatowicz pisał – „Od Czarnej poezji do Żagwi na wichrach – szmat drogi poetyckiej – od lekceważącego przemilczania do wybicia się na czoło młodych poetów”. Teraz nawet „Wiadomości Literackie” zauważyły tomik młodego poety. Karol Zawodziński w mocno złośliwej (ale jednak) recenzji pt. Pięść w poezji wyliczał ile razy pada w tomie słowo „pięść”, ale nawet on znalazł kilka dobrych słów, porównując poetę z Antonim Kasprowiczem, proletariackim poetą z Łodzi, związanym z obozem lewicy – „obaj niewątpliwie utalentowani, władający z wielką łatwością dobrą polszczyzną i rytmicznym wierszem, obaj w ogólnej tonacji majorowi, afirmujący życie”. Nowy tom poezji zauważyła też cenzura państwowa. W maju Żagwie na wichrach zostały skonfiskowane za wiersz Trzeci Maj. Po konfiskacie był sprzedawany z wyciętymi dwiema kartkami, na których wcześniej był inkryminowany wiersz. Nie miało znaczenia, że wiersz ten był już raz publikowany w łódzkim „Orędowniku” w 1936 roku.

Rok 1939 przyniósł poecie uznanie – w marcu otrzymał nagrodę literacką tygodnika „Prosto z mostu”. Jan Mosdorf promował go słowami – „to pierwszorzędny talent w młodym pokoleniu poetyckim. W twórczości Dobrzyńskiego dochodzi do głosu nowoczesny nacjonalizm, pełen dynamizmu i pasji, społecznie radykalny”. Jednocześnie nagrodę za całokształt twórczości otrzymał Adolf Nowaczyński. Obu laureatom wręczono nagrody 1 kwietnia w Białej Sali Bazaru w Poznaniu. Rok 1939 to także czas największej popularności poety, co można zauważyć w tygodniach po zgonie Romana Dmowskiego, kiedy Stronnictwo Narodowe organizowało w całym kraju akademie żałobne, na których wspominano zmarłego, recytowano wyjątki z jego pism oraz wiersze mu poświęcone. Okazuje się, że sięgano przede wszystkim po wiersze Konstantego Dmowskiego: Ostatni apel, Pogrzeb Romana Dmowskiego, Dmowski. Wśród osób recytujących wiersze był m.in. Tadeusz Chróścielewski, wtedy student Uniwersytetu Józefa Piłsudskiego w Warszawie. Czy miało to później znaczenie, nie wiadomo, ale nie można odmówić Konstantemu wpływu na innych twórców. Hanka Nowobielska, poetka z Białki Tarzańskiej używająca gwary podhalańskiej, zadebiutowała w łódzkim „Orędowniku” (nr 63 z 1936 r.) wierszem pt. Konstantemu Dobrzyńskiemu.

W tomie Żagwie na wichrach zwraca uwagę wiersz Do świętych wisielców, będący hołdem poety złożony bohaterom – cieniom tych, co za Polskę ginęli zakatowani przez satrapów wszelkiej maści:

„Błogosławieni bądźcie, wy, mali i wielcy,

o świeci kajdaniarze i święci wisielcy,

coście dłonie krwawili po pałkach i knucie,

o święty Borelowski i święty Traugutcie”.

a jednocześnie stanowiący wyraz nieustannego pragnienia wielkiego czynu, życia pełnego, intensywnego aż do heroizmu:

„Żeście krwi swej szaleństwem, oddechem wielkości

zgniły świat zabarwili rumieńcem młodości…

i że danym wam było, zdobywcy bez trwogi,

wam jedynym i jednym mówić twarz w twarz z Bogiem”.

(Do świętych wisielców)

Nie był w tym doznaniu odosobniony. Podobnie myślała większość młodej generacji wychowanej w niepodległej Polsce, poszukująca nowych ideałów, które nadać mogą wymiar głębi i sens swemu życiu, odczuwanemu jako przyziemne i pospolite. Nie wiedzieli, że już, za chwilę staną przed wielkim wyzwaniem.

24 sierpnia 1939 roku plutonowy Konstanty Dobrzyński został zmobilizowany do macierzystego 4 Pułku Artylerii Ciężkiej w Łodzi, przydzielono go do 7 Dywizjonu Artylerii Ciężkiej. Dwa dni później 7 Dywizjon wyruszył pieszo do Koluszek, tam załadował się do wagonów kolejowych i już 29 sierpnia dotarł do Częstochowy, zasilając 7 Dywizję Piechoty. Konstanty służył przy obsłudze działa (haubica 155 mm lub armata 105 mm) na stanowisku bojowym w pobliżu cmentarza Kule w Częstochowie. 2 września przez cały dzień odpierano ataki wojsk niemieckich, opóźniając o jeden dzień natarcie wroga. Konstanty Dobrzyński poległ na stanowisku prawdopodobnie tego dnia (2 września), okoliczności jego śmierci nie są znane. Został pochowany na cmentarzu Kule, w kwaterze wojennej. Miał 31 lat.