Instytut Dziedzictwa Myśli Narodowej

„Szerokie Dusze” – odc. 8. IDMN publikuje powieść Stanisława Piaseckiego

12 czerwca 1941 r. w podwarszawskich Palmirach, w ramach akcji AB Niemcy rozstrzelali Stanisława Piaseckiego – redaktora związanego z obozem narodowym tygodnika kulturalnego „Prosto z Mostu”. Znany głównie ze swojej publicystyki politycznej i kulturalnej Piasecki próbował sił również na polu literackim. W związku z 80. rocznicą jego śmierci Instytut Dziedzictwa Myśli Narodowej im. Romana Dmowskiego i Ignacego Jana Paderewskiego rozpoczął publikację drukowanej w latach 1931-1932 powieści Piaseckiego „Szerokie Dusze”.

Co tydzień na stronie IDMN zamieszczany jest kolejny rozdział powieści.

***

ROZDZIAŁ VIII

Mój testament.

W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Ja, Ksawery Maciej Rząśnicki, dziękując Opatrzności, że mi pozwoliła przed śmiercią wrócić do pełni władz umysłu, a czując zarazem, że mi już niewiele życia na tej ziemi zostało, nie znając dnia i godziny, tę oto spisuję ostatnią wolę, której uszanowania żądam.

Pochowany chcę być obok ś.p. Ojca i Dziada moich, na cmentarzu przy parafialnym kościele. Grób niech będzie tak wykopany, bym spoczywając w trumnie, głowę miał zwróconą ku Niekłaniszkom, gdzie urodziłem się i przeżyłem najlepsze lata, a gdzie dokonać życia nie było mi dane przez złość ludzką i przeniewierstwo.

Żonę moja, Gabrielę z Mineykowiczów, wierną i oddaną towarzyszkę, której winienem wiele, a wywdzięczyć się już nie mogę niczym, proszę o odpuszczenie grzechów, jakiem przeciw niej popełnił, tych, o których wie, i tych, o których się może dowie po mojej śmierci, a które już w doczesnym życiu ciężko musiałem odpokutować. Zapisać jej nic nie mogę, bo nic nie mam. Dziękuję tylko Bogu Najwyższemu, że mi pozwala umrzeć spokojnym o jej los, bo ze świadomością, iż folwark Łutowszczyzna, stanowiący jej własność posagową, nietknięty pozostał w naszej ruinie majątkowej.

Proszę też żonę, aby wnuczkę moją Zofję, nieletnią córkę nieboszczyka bratanka Wiktora, która była osłodą ostatnich lat dziadka, otaczała tą samą miłością i opieką, co za mego życia, i starała się w miarę możności zapewnić jej byt.

Synowi memu, Cyprianowi, kawalerowi orderu Virtuti Militari, zapisuje sygnet, który mam po dziadach, aby patrząc nań, pamiętał zawsze, co winien swemu rodowi. Chcę, by syn mój wiedział, że przez krnąbrną nieustępliwość w młodości stał się sprawcą największego zmartwienia, jakie miałem, a późniejszą zawziętością przyczynił moim starym latom wiele zgryzot, co mu wszystko wybaczam pod warunkiem, iż będzie się starał według najlepszych sił i chęci dopełnić obowiązku wobec zrabowanego nam niecnie gniazda rodzinnego, na co mnie już sił nie starczyło.

Zlecam synowi memu, by wszelkimi dostepnymi mu sposobami dochodził krzywdy, jakiej rodzina nasza doznała od niejakiej Krystyny z MustejkówWallenburgowej, osoby wyzbytej wszelkich skrupułów i podłej, która nadużyła mej dobrej wiary i zagrabiła rodowy majątek Rząśnickich. W tym celu zapisuję synowi memu Cyprianowi wszelkie pretensje do majątku Niekłaniszki z nakazem egzekwowania słusznych naszych praw do ostatniego tchu. Amen.

Ksawery Maciej Rząśnicki

Literki skakały przed oczyma Cypriana, skurcz chwytał serce przy każdym słowie. Jakąż piekielną ironią obracał się los przeciw niemu! Głos zza grobu, na który nie ma odpowiedzi… Pieczęć nieodwołalności ojcowskiej śmierci.

Śmierci, której on, Cyprian, był…

To właśnie najokropniejsze. Bał się sam przed sobą skonkretyzować myśl, która go dręczyła nieustannie. Co stało się bezpośrednio powodem nagłego ataku apoplektycznego ojca? Pytał o to ze strasznym lękiem matkę. Chwyciła go mocno za drżące ręce i przekonywała, że ojciec przecenił swoje siły, w pierwszy zaraz dzień po wstaniu z łóżka spacerując po ogrodzie, i że to go zabiło. Tylko to – dowodziła żarliwie. Ale dlaczego właśnie tak żarliwie dowodziła, jeśli to była rzecz oczywista, dlaczego argumentowała coraz to na inny sposób, wiążąc jaknajmocniejszy łańcuch przekonywań?

Kazał sobie Cyprian dokładnie pokazać miejsce w ogrodzie, gdzie ojca śmierć zaskoczyła. Przetrawił długie godziny na rozpaczliwym badaniu, czy można stąd zobaczyć ludzi, stojących przy furtce. Próbował wszelkich pozycji– stawał na palcach, przysiadał na ławce, kładł się na trawniku – nie było widać. Ale zaraz zrodziła mu się w mózgu wątpliwość. Czy matka nie myli się w oznaczeniu miejsca? Była wprawdzie wtedy w ogrodzie, ale o kilkadziesiąt kroków dalej. W momencie śmiertelnego ataku znajdowała się przy ojcu tylko Helenka. A Helenka w kilka minut po śmierci ojca, ledwie tylko znalazła się w domu, uległa szokowi nerwowemu i do dziś, choć trzeci dzień mijał, leżała w łóżku półprzytomna.

Piotr Jacuński bawił już w Łutowszczyznie od wczoraj. Zajął się wszystkimi przygotowaniami do pogrzebu, bo Cyprian nie był w stanie. Snuł się po domu jak biedny, raz po raz stając w progu pokoju, gdzie wśród chojaków i zapalonych świec leżał w trumnie ojciec. Żółta, skamieniała twarz miała wyraz tak groźny, że dreszcz Cypriana przechodził. Nie złagodziła śmierć ojcowskich rysów, przeciwnie, jakby je wyostrzyła.

U katafalku klęczała matka. Odkąd ojciec spoczął w trumnie, nie wychodziła prawie z tego pokoju. Nic spała, niemal nie jadła, z trudem zdawała sobie sprawę z tego, co ją otacza. Nie płakała. Oczy miała suche, tylko bardzo zaczerwienione bezsennym czuwaniem. Cały czas modliła się, przerzucając powoli ziarnka różańca.

A dom roił się od obcych ludzi. Co chwila wychodził ktoś nowoprzybyły i zbliżał się do matki z wyrazami współczucia. Panie brały ją w objęcia, popłakując zcicha. Oddawała uściski automatycznie, nie przerywając modlitwy.

Cyprianowi jacyś nieznani panowie mówili „kuzynie” lub wprost go tykali, ściskali mocno ręce i wycałowywali policzki. Rodzina, o której istnieniu mało wiedział, przeważnie dziesiąta woda po kisielu. Zjechali także na pogrzeb sąsiedzi, bliżsi i dalsi. Na podwórku powozik stał obok powozika, a w dalszych pokojach gwar buchał, jak na towarzyskim zebraniu. Honory domu czynił pan Piotr i on też pilnował poczęstunku. Ludzie przyjeżdżali zdaleka, mieli za sobą nieraz po kilkanaście godzin drogi, zgłodniali i spragnieni, trzeba ich więc było nakarmić i napoić.

Jeden z ostatnich zjawił się w ŁutowszczyźnieWołłowicz. Zbladł i zmizerniał, odkąd go Cyprian widział ostatni raz w Werkliszkach podczas połowu raków. Podszedł do Cypriana i gorąco, bez słów, ściskał mu rękę. Chciał się już usunąć na bok, gdy Cyprian, tknięty przypomnieniem, zatrzymał go:

– Córeczkę mają państwo, czy syna?

Wołłowicz podziękował wzruszonym spojrzeniem.

– Pamięta pan, mimo swego nieszczęścia… – wyszeptał.– Przed dwoma tygodniami dał nam Bóg córeczkę…

– Więc pragnienie pańskiej żony spełniło się?

Wołłowicz spuścił nisko głowę. Z trudem opanowywał drżenie ust.

– Stało się coś złego? – spytał Cyprian z lękiem.

– Pan wie, że moja – łamał się Wołłowiczowi głos w gardle – chciała… chciała – Och, dziecko przyszło na świat śliczne, jak obrazek… To nie ojcowska przesada. Małe dzieci są zawsze brzydkie, a to nasze naprawdę jakiś cudowny wyjątek… Mały kształtny nosek, usteczka jak płatki róży, niebieskie, bardzo niebieskie oczęta…

Cyprian odetchnął z ulgą.

– Jakże się żona radowała! – ciągnął Wołłowicz. – i ja byłem szczęśliwy, bo muszę się przyznać, że bałem się, bardzo się bałem tego, co żona robiła przed połogiem… Po trzech dniach radości i uniesień stwierdziliśmy, że te cudne, niebieskie oczęta córeczki patrzą, ale nie widzą… Dziecko przyszło na świat ślepe…

Cyprian wstrząsnął się.

– Tak, ślepe… – głucho powtórzył Wołłowicz. – Żona moja wpadła w rozpacz i czyni sobie straszne wyrzuty, że to z jej winy… Pan pamięta. Chciała się odciąć od świata i, by przypadkiem nie zobaczyć czegoś brzydkiego, długie tygodnie przesiedziała w pokoju z zapuszczonymi roletami… Jest teraz przekonana, że ten półmrok sprawił ślepotę naszego dziecka… Ale ja wiem co innego… Stało się to, czego się bałem. Co ciągle mej żonie powtarzałem. Nie wolno bezkarnie poprawiać natury, uzurpować sobie wpływu na jej kształtowanie, wdzierać się w tajemnice boskie… Żona chciała, by córka nasza była podobna do Madonny… Ciężko Bóg pokarał grzech pychy…

W oczach stanęły mu łzy.

– Bądź wola Jego… – wyszeptał cicho.

– Straszne, straszne… – powtarzał Cyprian.

– Niech mi pan daruje – opanowywał się Wołłowicz. – Dość ma pan swego nieszczęścia, a jeszcze o naszym…

Cyprian długo nie mógł wyzbyć się myśli, która coraz natarczywiej zjawiała mu się w mózgu. Przekleństwo jakieś idzie za nim. Gdzie się obróci, niesie nieszczęście. Tu śmierć ojca, tam to ślepe dziecko…

Przyjechał ksiądz dziekan i wszyscy zaczęli się tłoczyć do pokoju, gdzie stała na katafalku trumna. Ostatni raz spojrzał Cyprian w surową twarz ojcowską, w groźne rysy, zakrzepłe z wyrazem rozkazu na ustach. „Żądam uszanowania ostatniej mojej woli”… – przypomniał sobie słowa testamentu.

Zabito gwoździami wieko.

Piaszczystym, pylnym traktem, w spiekocie słońca, ruszył kondukt. Na przedzie czarna chorągiew i chór kościelny, zawodzący żałobne pieśni. Potem ksiądz dziekan, pieszo. Wyjątkowo zupełnie prowadził kondukt przez kilkukilometrową drogę. Zwykle wychodził pogrzebom naprzeciw tylko do figury świętego Jana, stojącej o kilkaset metrów od kościoła. Ale ten pogrzeb to była manifestacja żałobna całej okolicy.

Wysoko, na drabiniastym wozie, powożonym przez Paulusia, wśród choiny, spoczywała czarna trumna. Za nią postępował Cyprian, prowadząc matkę w grubej żałobie. Dalej duża grupa rodziny i ziemiaństwa, a potem długi, długi sznur pojazdów. Mało kto siedział na bryczkach i powozikach: staruszki tylko i słabsze panie. Olbrzymia większość szła piechotą, brnąc po kostki w ciężkim piasku, nietyle może z poczucia obowiązku oddania ostatniej posługi Rząśnickiemu, który nie cieszył się za życia szczególną sympatia okolicy, ile dla zamanifestowania nienawiści do Wallenburgowej. Jej nazwisko ciągle słychać było w półgłosem prowadzonych rozmowach. Dolatywało i do Cypriana. Wszyscy powtarzali, że śmierć Rząśnickiego to dzieło tej diablicy, co siedzi w zagrabionych Niekłaniszkach. Wszak pierwszy atak apoplektyczny, który zrujnował zdrowie starego Rząśnickiego, a teraz do śmierci doprowadził, wydarzył się z rozpaczy po utracie rodzinnego majątku…

Wsłuchiwał się Cyprian w te pogwarki pogrzebowe i zaraz niżej opuszczał głowę. Raz i drugi zdawało mu się, że jego imię padło w związku z Wallenburgową, czuł na plecach spojrzenia złe i nienawistne. Nikt nie miał mu odwagi nic powiedzieć, wprost przeciwnie, bardzo mu wszyscy współczuli w słowach, ale że musieli sobie na nim ostrzyć języki, to pewne. I słusznie, słusznie, słusznie!… Nagle gwar głosów za Cyprianem zgęstniał i stawał się z każdą chwilą głośniejszy. Słychać była wyraźnie okrzyki oburzenia.

– To niesłychane! – ktoś wołał.

– Prowokacja!

– Trzeba zupełnie nie mieć wstydu!

– Umyślnie wyjechała, to jasne!

Cyprian ścierpł i powoli dźwignął ołowianie ciężką głowę. O kilkanaście kroków, w przeciwną stronę niż pogrzeb jechała jakaś furmanka, zaprzężona w chłopskiego, małego konika. Gdy zrównała się z czarną chorągwią, zjechała w bok drogi i przystanęła. Na koźle furmanki sama jedna siedziała Wallenburgowa.

Ściągnęła lejce, oparła głowę na dłoniach i nieruchomymi oczyma patrzyła na pogrzeb. Zimno, obojętnie, jak na widowisko.

Przebrzmiała właśnie ostatnia zwrotka pieśni, śpiewanej przez chór kościelny, idący na przedzie, i cisza uczyniła się w kondukcie. Cyprianowi zaparło dech. Na jeden ułamek sekundy złowił błysk oczu Wallenburgowej i opuścił głowę na piersi. Nogi ugięły się pod nim, aż matka musiała go podtrzymać.

A Wallenburgowa ani drgnęła, gdy każdy, kto ją mijał, odwracał oczy. Nie ukłonił się jej nikt. Przeczekała, aż przeszedł cały pogrzeb, i zacięła konika. Taka była cisza, że świst jej bata usłyszeli wszyscy, od końca do początku konduktu.

Z wieży kościelnej, widocznej już zdaleka, odezwał się dzwon. Kilka pierwszych, głuchych uderzeń i rozdzwonił się uroczyście a posępnie. Im bliżej było kościoła, tym bardziej rósł kondukt pogrzebowy. Przyłączali się ciągle po drodze ludzie z miasteczka, tłumnie zjeżdżali się okoliczni chłopi.

Zadudniła kamienna posadzka kościoła tysiącznymi krokami, zabuczały żałobnie z chóru organy, czarna trumna spoczęła wśród zapalonych świec na katafalku. Ksiądz dziekan wyszedł po chwili z mszą świętą do głównego ołtarza.

Cyprian klęczał z półprzymkniętemi powiekami. Chciał się modlić i nie mógł. Modlitwa nie układała mu się w słowa, mąciła ją ciągle coraz jaskrawiej zjawiająca się w mózgu świadomość ojcowskiej śmierci, która dotąd była czymś mglistym i niewiarygodnym prawie, a tu dopiero, w dźwięku organów, w czarnym ornacie księdza, w dzwonku chłopca, służącego do mszy, stawała się rzeczywistością, aż stała się nią, gdy ksiądz od ołtarza zaśpiewał drżąco:

–Requiescat in pace…

Wynieśli potem trumnę na cmentarz, otaczający mury kościelne. Stary cmentarz, na którym wyjątkowo tylko chowano zmarłych. Żółta, gliniasta ziemia świeżo wykopanego grobu, biało-czarna sylweta księdza, ciżba ludzka stłoczona wokół – wszystko to widział Cyprian jak przez mgłę. Ogarnęło go omroczenie. Był sam ze sobą, ze swymi myślami, w coraz niespokojniejszy rytm porywającymi serce. Aż nagle zatrząsł się od przejmującej do głębi melodii, chrapliwie zaintonowanej przez księdza:

–Salve, salve, salve Regina…

Na spuszczoną do grobu trumnę padły pierwsze grudki ziemi.

Potem jeszcze mówili nad mogiłą ksiądz dziekan, Piotr Jacuński, starosta. Co mówili – Cyprian nie wiedział. Zrzadka przenikały do jego świadomości poszczególne słowa. Pragnął, by jaknajprędzej skończyli.

Znów zadudniła na trumnie ziemia, łopatami zsypywana do grobu. Matka, stojąca obok Cypriana, zachwiała się na nogach i zaszlochała rozpaczliwie. Podtrzymał ją, mocno objął kojącym uściskiem ramienia i powoli, krok za krokiem, odprowadził do powozu. Poprosił pana Piotra o opiekę nad nią i sam wrócił na grób ojca. Musiał wrócić.

Cmentarz już opustoszał. Grabarze kończyli usypywać mogiłę. Zdeptana, stratowana trawa wokół grobu podnosiła się do słońca. Nisko zwieszone nad krzyżami i kamiennymi nagrobkami gałęzie drzew drżały w lekkim wietrzyku.

Chyba ze dwadzieścia lat nie był Cyprian na tym cmentarzu. Ostatni raz jako mały chłopiec był tu w Zaduszki z ciocią Marynią, która zawsze w dzień zmarłych świeczki zapalała na grobach rodziny. I jej grób musi tu gdzieś być.

Nagrobki Rząśnickich stały długim szeregiem, jeden obok drugiego, niektóre rozwalone już na poły, zmurszałe, mchem porosłe. Oczy Cypriana padły na napis, widniejący w poprzek granitowej piramidy, uwieńczonej żelaznym krzyżem:

„Tu spoczywa ciało ś.p. Jana Rząśnickiego, b. podkomorzego powiatu lidzkiego, prawego obywatela i najlepszego ojca. Um. 1823 r. dn. 4 listopada”.

Zaraz obok krzyż drewniany z blaszaną tabliczką, na której już nic odczytać nie można. I pół metra dalej kamienny cokół, z zacierającymi się literami:

„ś.p. Stanisław Rząśnicki, sędzia graniczny powiatu lidzkiego, któren ukończył życie dnia 26 marca 1859 r. Boleścią stroskana i szczerze przywiązana żona ten pomnik uczyniła Scholastyka”.

Tuż koło grobu ojca kamienna płyta:

„ś.p. Piotr Rząśnicki, żył poczciwie, wierzył poprostu, umarł spokojnie w wieku lat 83. 1878 r. dn. 3 czerwca”.

Dziadowie i pradziadowie… Wszyscy tutaj, wszyscy na tym cmentarzu, od podkomorzego Jana Rząśnickiego do dziada Piotra, który żył poczciwie, wierzył poprostu i umarł spokojnie… W Niekłaniszkach umarł, jak i oni wszyscy, chyba, że który na polu bitwy zginął, jak pradziad Michał, oficer napoleoński, czy stryjeczny dziad Józef, co pod Małogoszczą śmierć znalazł w sześćdziesiątym trzecim…

Padł Cyprian na świeżą ziemię ojcowskiego grobu. Objął ramionami mogiłę tego, który przez całe życie był mu bardzo daleki, a teraz, po śmierci, stał się nagle bliski, najbliższy. Ojciec… Nieszczęśliwy ojciec… Długo hamowany szloch wstrząsnął ciałem Cypriana.

Ocknął się dopiero na ciche, żałosne skomlenie. Reks stał nad nim i lizał go po ręce. Szedł cały czas za pogrzebem, choć go ciągle odpędzano, potem gdzieś się zagubił w tłumie, aż teraz odnalazł mogiłę.

Cyprian wstał. Przeraźliwie jasno i wyraźnie stanęło mu w myślach wszystko, co było dotąd, a czego nawet nie próbował analizować. Jeszcze raz spojrzał ku mogiłkom rodzinnym i, zupełnie już opanowany, ruszył ku wrotom kościelnym. Z plebanii od księdza dziekana szła grupka osób. Od wrót biegł ku niej zadyszany przodownik policji z miasteczka.

– Czy jest tu pan sędzia śledczy? – wołał zdaleka.

Sędzia wysunął się naprzód.

– A cóż tam takiego?

– Pan sędzia daruje… – tłumaczył się przodownik. – Wszędzie szukałem, bo sprawa jest ważna. W lesie za Niekłaniszkami znaleziono dziś rano trupa młodego Antula z przestrzeloną głową…

– Tam do licha!

– Pan sędzia pamięta… To ten sam, co go Wallenburgowa podejrzewała o podpalenie… Więc oczywiście od razu po odkryciu zbrodni pojechałem do niej.

– No i cóż?

– Tak jak wtedy powiedziała. Ma alibi.