Instytut Dziedzictwa Myśli Narodowej

„Szerokie Dusze” – odc. 9. IDMN publikuje powieść Stanisława Piaseckiego

12 czerwca 1941 r. w podwarszawskich Palmirach, w ramach akcji AB Niemcy rozstrzelali Stanisława Piaseckiego – redaktora związanego z obozem narodowym tygodnika kulturalnego „Prosto z Mostu”. Znany głównie ze swojej publicystyki politycznej i kulturalnej Piasecki próbował sił również na polu literackim. W związku z 80. rocznicą jego śmierci Instytut Dziedzictwa Myśli Narodowej im. Romana Dmowskiego i Ignacego Jana Paderewskiego rozpoczął publikację drukowanej w latach 1931-1932 powieści Piaseckiego „Szerokie Dusze”.

Co tydzień na stronie IDMN zamieszczany jest kolejny rozdział powieści.

***

ROZDZIAŁ IX

– Jak to dobrze, że pan przyszedł! Jak to dobrze!

Marysia Jacuńska krzątała się po pokoju, zbierając pośpiesznie to pończochy, wiszące na krześle, to sukienkę, rzuconą na otomanę, to pantofle, leżące na podłodze.

– Bardzo przepraszam. Ta Ada jest taka nieporządna… – tłumaczyła się.

Wepchnęła wreszcie wszystko do szafy i, zapłoniona, wskazała Cyprianowi miejsce.

– Proszę, niech pan siada.

Nastała cisza.

– Przyszedłem pani podziękować za list – zaczął Cyprian po chwili. – Pani jest naprawdę bardzo dobra…

Spuściła oczy.

– Och, nie… Tylko pan jest bardzo biedny. Ja wiem, co to znaczy stracić ojca…

Ucałował jej ręce.

– Czas wszystko wygoi, zobaczy pan. I ja to przeżywałam.

– Nie. Są w tym rzeczy, których nic wygoić nic może. Pani wie, że ja z ojcem od kilkunastu lat byłem w wojnie?

– Wiem…

– Umarł tak nagle… Nie pojednaliśmy się przed śmiercią i to jest nie do odrobienia…

Znów zrobiło się cicho.

– Dawno pan wyjechał z Łutowszczyzny? –zapytała Marysia.

– Dziś w południe.

– I jedzie pan do Warszawy?

– Tak, jeszcze dzisiejszego wieczora. Za kilka dni zaczyna się konserwatorium. Muszę być na miejscu. Z tego przecież żyję. A pani jak się urządziła?

– Dostałam lekcje, nawet nieźle płatne. Dam sobie radę.

Rozmowa rwała się co chwilę.

– Chciałam przyjechać na pogrzeb, ale pan to rozumie, musiałabym się spotkać z wujaszkiem Piotrem…

– Bardzo rozpaczał po pani ucieczce.

– Mówił pan z nim o tym?

– On ze mną o tym mówił. Był taki nieszczęśliwy… Klął się na wszystkie świętości, że nie chciał pani urazić, że…

– Słyszałam to już od niego.

– Czemuż z taką zawziętością pani to mówi?

– Pan się dziwi?

– Nie. Tylko widzi pani… On mi tyle teraz okazał serca po śmierci ojca. To naprawdę bardzo, bardzo dobry człowiek…

Marysia zerwała się z miejsca.

– Czy pan tu przyszedł jako poseł od niego?

– Ja?! Skądże znowu!

– Napewno?

– Napewno.

Zaczęła chodzić nerwowo po pokoju. Nagle zatrzymała sic przed Cyprianem.

– Pamięta pan ten film, który widzieliśmy razem w miasteczku? Ten, na który wujaszek Piotr nas zaciągnął?

– Pamiętam – odpowiedział Cyprian, zdumiony nieoczekiwanym przeskokiem.

– Był tam taki starszy pan, który się kocha w młodej dziewczynie, a ona tego nie widzi, bo kocha się w młodym chłopcu.

– Tak.

– Zapytał mnie pan wtedy, czy… czy… ten młody także istnieje. Powiedziałam, że nie. Skłamałam.

Cyprian drgnął.

– To znaczy… – wyjaśniała – zdawało mi się wtedy, że mówię prawdę, nie wiedziałam, że kłamie. Nie uświadamiałam sobie własnych uczuć. Teraz wiem napewno.

– Poco mi to pani mówi?

– Żebyśmy już do tego tematu nie potrzebowali wracać. Tylko że u mnie jest odwrotnie niż w tamtym filmie. Pamięta pan? Ona kochała się w nim, nie wiedząc, że on zdradza ją z jakąś aktorką. Ja zaś nie chciałam sobie uświadomić, że go kocham, bo mi się zdawało, że on kocha inną. Okazało się, że nie. Zatem starszy pan nie ma żadnych szans.

Cyprian wstał.

– Pozwoli pani, że złożę jej najlepsze życzenia. Doprawdy nie wiedziałem, że się pani zaręczyła.

Marysia pobladła i usta zaczęty jej drżeć.

– Jak pan może drwić sobie zemnie! – wybuchła i z głośnym płaczem padła na otomanę.

Łkała rozpaczliwie, wtulając głowę w poduszki. Cyprian, przerażony i zaskoczony, nie wiedział co ze sobą robić. Stało się to tak nagle i nieoczekiwanie…

Przybliżył się i próbował ją uspokoić:

– Panno Marysiu, panno Marysiu…

Nie przestawała płakać. Przysiadł się do niej, pochylił i odruchowo zaczął ją gładzić po głowie, jak się gładzi małe, skrzywdzone dziecko. Uspakajała się, więc nie przestawał wodzić dłonią po jej włosach. Ucichła zupełnie i mocno, mocno oparła się o Cypriana. Zadrżał. Sam nie wiedział, jak się to stało, że przytulił się do niej, a wtedy ona zarzuciła mu ramiona na szyję i usta przysunęła do ust. Stracił panowanie nad sobą. W ostatniej chwili błysnęło mu w mózgu: „nie!” – ale już nie miał sił posłuchać nakazu.

– Jaka jestem szczęśliwa, jaka szczęśliwa! – szeptała Marysia. – Więc to prawda… Kochasz mnie!

Cyprian zmartwiał. Teraz dopiero uświadomił sobie, co się stało. Jeden pocałunek, a wymazać go już nie sposób. Jak mógł, jak mógł. Dla chwilowej słabostki… I to właśnie z nią, jedyną ze wszystkich, poznanych na wsi, z którą nie wolno mu było, nie wolno… Czcił ją przecież i szanował, z góry musiał wiedzieć, czym to dla niej będzie. Rozumiał doskonale, co Marysia miała na myśli, gdy mówiła mu o tym filmie, widzianym w miasteczku. Umyślnie udał, że nie wie, o co chodzi, ale nie spodziewał się jej płaczu. To go wyprowadziło z równowagi. I potem… była tak blisko… Sama zarzuciła mu ręce na szyje… Ach, ten głupi męski lęk przed śmiesznością biblijnego Józefa! Skarcił się za to porównanie. Żona Putyfara– i Marysia. Tam zmysły, a tu prawdziwa miłość. Do innej Marysia nie może być zdolna, to czuł napewno. Tymbardziej jest winny, tymbardziej…

Podniósł z lękiem oczy i spotkał się z jej rozrzewnionym spojrzeniem.

Drzwi otworzyły się z trzaskiem i do pokoju wpadła Ada. Ledwie zdążyli odsunąć się od siebie.

– A, pan Cyprian – spoważniała.

Złożyła mu wyrazy współczucia z powodu śmierci ojca i śledczym wzrokiem patrzyła na oboje.

Zmieszani byli.

Marysia spojrzała na zegarek.

– O Boże! Już ósma! Spóźniłam się na lekcje. Muszę w tej chwili iść. Odprowadzi mnie pan, panie Cyprianie?

Całą drogę opowiadała mu, jak w niej rosło uczucie do niego. Odrazu, gdy go pierwszy raz zobaczyła na imieninach w Kiemieliczach, poczuła do niego nieograniczone zaufanie. Ale jeszcze nie uświadamiała sobie, że to jest coś więcej. Ciągle o nim myślała. Cieszyła się każdym spotkaniem. Byłaby dawno wyjechała z Kiemielicz, gdyby nie nadzieja widywania się z nim. A potem, gdy musiała uciekać, cały czas bolesna myśl, że go już może nigdy nie zobaczy. I właśnie jego jednego spotkała.

– To chyba było przeznaczenie – mówiła. – A wtedy także, tam w polu, rozwiała się moja ostatnia udręka. Ciągle zewsząd słyszałam o Wallenburgowej i o tym, że pan… Zapytałam wprost. Odpowiedział mi pan, że to fałsz…

Każde słowo Marysi fizycznie wprost bolało Cypriana. Czuł się zmiażdżony i zdruzgotany. Czuł, że jeśli ma ocalić resztki uczciwości, to trzeba zaraz, nie zwlekając, powiedzieć całą prawdę, oskarżyć się, wyznać grzech i nie wciągać Marysi dalej w ten potworny splot nieporozumienia i kłamstwa. Ale nie miał sił. Usprawiedliwiał się przed sobą, że byłaby to brutalność. Przywodził na myśl setki kontrargumentów, któreby uzasadniały tchórzostwo, zwykle tchórzostwo milczenia.

Przed jakimś domem na Bernardyńskim Zaułku Marysia zatrzymała się.

– Już tutaj. Mam teraz dwie godziny lekcji, o dziesiątej będę wolna. Zobaczymy się jeszcze, prawda?

– Za półtorej godziny odjeżdża mój pociąg.

– I musi pan dziś jechać? Nie może pan zostać w Wilnie do jutra?

– Nie mogę.

– Ani rusz?

– Ani rusz.

– To nieszczęście prawdziwe. Nie będę nawet mogła odprowadzić na pociąg…

Jeszcze ostatnich kilka minut rozmowy. Trzeba powiedzieć, koniecznie trzeba powiedzieć – nurtowało Cypriana. I zaraz myśl usprawiedliwiająca: już za mało czasu. Nie powiedział. Przeciwnie. Przyrzekał, że będzie pisał listy, że na Boże Narodzenie się zobaczą. Rad był, że w ciemnym, słabo oświetlonym zaułku może Marysia nie dostrzegła skurczu twarzy, jaki go ciągle chwytał przy każdym nowym kłamstwie.

Wracał powoli ulicą Mickiewicza ku hotelowi. Zaraz w Warszawie napisze list, w którym jej wszystko wytłumaczy. To będzie najlepiej. I najwygodniej – uświadomił sobie ze wstydem. Powierzać listowi, czego się samemu nie miało odwagi powiedzieć. Brr!

Pchnął drzwi i wszedł do restauracji. W wąskiej długiej sali ledwie kilka stolików było zajętych. Muzyka zawodziła smętnie jakiś cygański romans. Wąsaci, starzy kelnerzy, powoli, nie śpiesząc się, obsługiwali gości.

Cyprian zamówił kolację i apatycznie zapatrzył się w stiuki na suficie. Nic nie myśleć, nic nie czuć. Ale to łatwiej postanowić niż dokonać. Tyle się wydarzyło ważnych, najważniejszych rzeczy w ostatnich dniach! Czy dobrze się stało, że wyjechał z Łutowszczyzny? Czy powinien był matkę zostawiać samą z chorą Helenką i kłopotami, które się na nią teraz zwalą? Sama radziła mu wyjazd. Musiała widzieć, jak się męczy. Musiała odczuć, że pobyt w Łutowszczyźnie stawał się dla niego nie do zniesienia. Ten ciągły widok z okien na dwór niekłaniski… Ciągły lęk, że…

Co to? Przecież to zupełnie niemożliwe! Skąd mogłaby się dowiedzieć? Wyjechał przecież nagle i niespodziewanie, przed kilku zaledwie godzinami. Wiedział od służby, że jest w Niekłaniszkach, choć jej nie widział od pogrzebu ojca. A jednak to ona!

Szła wolno środkiem sali, rozglądając się wokoło. Nagle go dostrzegła i skierowała się prosto ku niemu. Zerwał się z miejsca.

– Nic przeszkadzam ci? – posłyszał głos Krysty.

– Ależ nie… broń Boże… proszę cię bardzo – jąkał się, straszliwie zmieszany.

– Możesz się uspokoić – spojrzała na niego spod oka. – Nie mam zamiaru robić ci wyrzutów ani wymówek. Choć coprawda tak wyjechać bez pożegnania to nie było bardzo grzecznie. Bądź co bądź… Et! – machnęła ręką.

Zawołała kelnera i zadysponowała kolację.

– Wyjeżdżasz do Warszawy? – zapytała najobojętniejszym tonem, gdy znaleźli się znów sami.

– Tak.

– Żałuję bardzo, że ja nie mogę nigdzie się ruszyć. Mam już na ten rok wsi powyżej uszu. A tymczasem… Nie wiem, czyś słyszał? Znaleźli w moim lesie jakiegoś zamordowanego chłopa…

–Antula– wtrącił głucho.

– Ach, więc wiesz o tym? – mówiła swobodnie. – Toś pewnie słyszał także, że panu sędziemu śledczemu spodobało się mnie o to podejrzewać. No i muszę siedzieć na miejscu jakiś czas, bo gdybym wyjechała na dłużej, gotowiby wziąć to za ucieczkę. Wściec się można.

–Krysta! – zawołał.

– Słucham cię. Cóż to wziąłeś z takiego dramatycznego tonu?

– Chcę cię zapytać poważnie…

– Proszę bardzo.

Namyślał się chwilę i wyrzucił z siebie jednym tchem:

– Jak to było?

– Co? – zdziwiła się.

– Z Antulem.

– Ach, o to ci chodzi. A skądże ja mogę wiedzieć?

– Czy mam ci przypominać, że…

– Widzę, że chcesz się zabawić w sędziego śledczego numer dwa. Och, mój drogi, tak mnie już znudził sędzia numer jeden, że doprawdy nie mam zdrowia o tym mówić. Zresztą… Czy warto gadać o trupie jakiegoś tamhadziuki?

Cyprian zagryzł wargi. Wallenburgowa przyjrzała mu się badawczo.

– Mogę cię uspokoić – odezwała się po chwili. – Moje alibi jest tak niewątpliwe, że nawet ten prawdziwy sędzia śledczy musiał je uznać. Wystarcza ci?

Nie doczekała się odpowiedzi, bo nadszedł kelner i zastawił stół przekąskami.

– Napijesz się ze mną? – zapytała Cypriana.

Kazała nalać dwa kieliszki starki i trąciła się z nim.

– No, a teraz przyznaj się – mówiła obcierając usta – że bardzo się zdziwiłeś, kiedyś mnie tu zobaczył. Taki przypadek!

Mruknął coś niezrozumiałego pod nosem, udając bardzo zajętego oczyszczaniem z ości ryby.

– Oczywiście, jak się domyślasz, przypadek to nie jest – ciągnęła dalej. – Dowiedziałam się o twoim wyjeździe i następnym autobusem przyjechałam do Wilna. Nietrudno było się domyślić, że tu będziesz na kolacji. Przypuszczenie okazało się trafne.

Widelec zadrżał w ręce Cypriana. Zaczyna się!

– Myślałam coprawda, że ty będziesz mi miał coś do powiedzenia – spojrzała mu w oczy wyzywająco. – Ale skoro widzę, że milczysz, to niech i tak będzie. Trzeba przystąpić do rzeczy.

Rozkoszowała się chwilę zdenerwowaniem Cypriana.

– Nie obawiaj się. Ani mi w głowie… Mam do ciebie poprostu interes. Handlowy interes.

– Jakto? Nie rozumiem cię.

– Zaraz zrozumiesz. Ale wprzód kilka wyjaśnień. Twój ojciec…

Cyprian poderwał się.

– Dość! – krzyknął. – Proszę wyłączyć z tej rozmowy mego ojca! Nic chcę, rozumiesz, nie chcę…

Patrzyła na niego ironicznie.

– Już? Wykrzyczałeś się? Więc pozwól sobie jeszcze raz powiedzieć, że sprawy, o których będę mówić, są natury czysto handlowej. Nie mam najmniejszego zamiaru wdawać się w jakieś tam… Śmieszne poprostu. I proszę mi więcej nie przerywać! – dokończyła ostro.

Pochylił głowę.

– Swojego czasu – podjęła referująco – ojciec twój, to jest chciałam powiedzieć pan Ksawery Maciej Rząśnicki, pożyczył odemnie sześćdziesiąt tysięcy złotych. Pieniędzy tych nigdy nie mogłam wyegzekwować, a ponieważ były mi potrzebne, nie miałam innej drogi jak wystawić Niekłaniszki na licytację, stanąć do licytacji i za sumę długu majątek przejąć.

– Nie rozumiem, poco to rozmazujesz – wybuchnął Cyprian. – Nigdy nic mówiliśmy o tym i sądzę, że tak było najlepiej. Ale jeśli już chodzi o ścisłość, to o ile się nie mylę, istniała pewna prywatna umowa, wprawdzie pozbawiona prawnego znaczenia, ale…

– Zaraz, zaraz! – przerwała mu niecierpliwie. – Będzie i o tym mowa. Zechciej więc przyjąć do wiadomości, że umowę, o której wspomniałeś, a o której doskonale pamiętam, zerwał twój ojciec, nie dotrzymując jej warunków. Ale jeszcze nie skończyłam z licytacją. Nie wiem, czy wiesz, że przy tej okazji spadły na mnie wszelkie mniejsze długi i zobowiązania, w sumie około trzydziestu tysięcy złotych.

– Nie widzę powodu, dla którego mamy o tym rozmawiać.

– Zaraz go zobaczysz. Postanowiłam Niekłaniszki sprzedać.

– Co?! – krzyknął Cyprian.

– A tak. Od czasu, gdy mi spalili stajnię z całą ósemką koni, które wiesz, czym były dla mnie, nie mogę się wprost patrzeć na Niekłaniszki. Chcę się przenieść do Werkliszek, a Niekłaniszki sprzedać.

– Masz już kupca? – spytał z lękiem.

– Niejednego.

– Już związałaś się z kim?

–Narazie nie. Ale sprawa jest pilna. Muszę się zdecydować szybko, bo za kilka dni upływa termin odnowienia kontraktu z Wołłowiczem na administrację Werkliszek, który z nim zawarłam do końca tego roku. Chciałabym już wiedzieć, czy odnawiać kontrakt, czy go zerwać, co zależy od sprzedaży Niekłaniszek.

Zamilkła i badała wrażenie, jakie wywarły jej słowa. Cyprian sposępniał. Wytrzymała pauzę.

– Wiem, że ci się Niekłaniszki bardzo podobają, że masz z niemi związane wspomnienia, więc przyszło mi na myśl, czybyś ty nie chciał ich kupić.

– Ja?! Jeśliś tu przyszła kpić ze mnie, to lepiej skończmy tę rozmowę. Wiesz doskonale, że nic nie mam i żyję ze skromnej pensyjki asystenta w konserwatorium.

– Ty na kupno Niekłaniszek nie potrzebowałbyś pieniędzy.

Krew uderzyła Cyprianowi do głowy.

– Co to ma znaczyć? – wyszeptał zduszonym głosem i popatrzył na nią ostro, z groźbą w oczach.

– Nie unoś się! To całkiem zbyteczne utrudnia dojście do porozumienia. Sprawa jest prosta. Moje pretensje do Niekłaniszek wynoszą sześćdziesiąt tysięcy, sumę długu twego ojca, wraz z procentami, które narosły. Za tę sumę byłabym zawsze oddała Niekłaniszki Rząśnickim, gdyby ktoś zemną byt o tym rozsądnie porozmawiał.

– Co?

– Dziwisz się? Prawda! U ciebie w domu nie mówiło się o mnie inaczej jak o wiedźmie i gałganicy, która zagrabiła wam majątek. Nie myślę się tłumaczyć i bronić. Ubliżałoby mi to. Przychodzę z konkretną propozycją i chcę mieć zaraz twoją odpowiedź.

– Sześćdziesiąt tysięcy… – cicho powtórzył Cyprian, dla którego i ta suma była niedościgłą legendą.

– Przepraszam cię – wpadła Krysta. – Znacznie więcej. W dobroczynność nie mam zamiaru się bawić. To interes handlowy i sądzę, że powinnam coś na nim zarobić. Dzięki temu, że kupiłam majątek na licytacji, spadły na mnie wszystkie inne długi, jakie na nim ciążyły. Sądzę, że to właśnie powinien być mój zarobek, jakieś trzydzieści tysięcy plus procenty – słowem cena po odliczeniu dochodu, jaki miałam z Niekłaniszek przez trzy lata, wynosiłaby około stu tysięcy. Trzeba by to jeszcze dokładnie ustalić według dokumentów.

– Sto tysięcy! – wybuchnął Cyprian. – Sumka minimalna wobec milionowej wartości Niekłaniszek. I wspaniały twój gest: za sto tysięcy oddajesz Niekłaniszki, gdy doskonale wiesz, że dla mnie sto złotych stanowi sumę! Dosyć, naprawdę, dosyć o tym!

– Powiedziałam ci już przecież, że ty nie potrzebowałbyś na to pieniędzy.

–Krysta! – krzyknął. – Za kogo ty mnie masz?

– Dajże mi dojść do słowa. Nie obawiaj się, nie mam zamiaru robić ci podarunku, choćbyś nawet chciał przyjąć. Te sto tysięcy złotych i tak ulokowałabym gdzieś na procentach. Hipotekę Niekłaniszek uważam za znakomitą lokatę i w razie gdybyś Niekłaniszki kupił, chciałabym ci odrazu zaproponować umieszczenie tej sumy u ciebie. Procent musiałbyś płacić wysoki, tracić nie mam zamiaru. W interesach jestem bezwzględna.

Cyprian zaczął mrużyć powieki, jak człowiek oślepiony słońcem. Nie rozumiał jej zupełnie.

– Cóż się tak dziwisz? Byłby to przecież tylko powrót do stanu, jaki istniał przedtem i który mógł był istnieć po dziś dzień, gdyby twój ojciec był mi płacił procenty od sumy, ulokowanej przezemnie w Niekłaniszkach. Ja na tym zarobię jeszcze trzydzieści tysięcy, a bilans Niekłaniszek nic nie straci. Ogólna suma długów z procentami wynosiła właśnie tyle, ile chcę od ciebie.

– Ty to wszystko mówisz serio?

– Tak dalece serio, że chcę odrazu mieć twoją odpowiedz. Kupujesz na tych warunkach Niekłaniszki, czy nie?

– Zaraz… zaraz… – tarł nerwowo czoło. –To jest tak nieprawdopodobne…

– Śmieszny jesteś. Cóż w tym nieprawdopodobnego? No co? Interes zrobiony? – wyciągnęła do niego rękę.

Automatycznie podał jej swoją, nie mogąc jeszcze dojść do ładu z myślami i nie rozumiejąc, czy to, co się stało, stało się naprawdę.

– To wszystko, co miałam do ciebie – powiedziała sucho. – Bliższe szczegóły omówić możesz z moim adwokatem, który jest o sprawie uprzedzony.

Podniosła się od stolika.

– Zatem… żegnam cię.

Cyprian zerwał się na równe nogi i chwycił ją za ręce.

–Krystuś!…

Spojrzała na niego przymrużonymi oczyma i coś na kształt triumfu zjawiło się na jej twarzy, by zaraz zgasnąć pod maską obojętności.

– Słucham cię – zabarwiła głos zdziwieniem i próbowała wyzwolić dłonie z uścisku.

Nie puszczał jej, ale nic nie mówił, tylko patrzył błagalnie.

– Nie rób widowiska! – wyrwała ręce i usiadła zniecierpliwiona.

Istotnie, od sąsiednich stolików zaczęto się im przyglądać.

– Cóż masz mi do powiedzenia? – zapytała.

– Dużo, bardzo dużo – wyszeptał.

– Nie może być! – uśmiechnęła się zjadliwie.

–Krystuś… – zaczął – Mam taki chaos w głowie… Tak mi trudno… Chcę… chcę ci powiedzieć…

– Masz jakieś wątpliwości co do kupna Niekłaniszek?

– Nie, nie! O czym innym chcę…

– To zupełnie zbyteczne – przecięła zimno. – Tylko dlatego zostałam, że sądziłam…

– To nie jest wcale zbyteczne! – krzyknął. – Muszę, rozumiesz, muszę ci wyjaśnić, że…

– A ja nie chcę słuchać. Gdybyś był zaczął od tego, inna sprawa. Milczałeś jak zaklęty, gdy mnie zobaczyłeś tutaj. I dopiero teraz…

– Przebacz, Krystuś, przebacz! – pochylił się ku jej ręce z żarliwym pocałunkiem.

Wyprężyła się, podniosła zwycięskim ruchem czoło i długo z dziwnym wyrazem patrzyła w schyloną głowę Cypriana.

– Dosyć! – usunęła rękę. – Ciągle dajesz ludziom widowisko. Pójdziemy stąd chyba.

– O, tak, tak – podchwycił skwapliwie.

– Ale prawda! Ty przecież wyjeżdżasz do Warszawy. O ile się nie mylę, pociąg odchodzi za…

Cyprian wyjął nerwowo zegarek.

– Nie wiadomo, czy już zdążę. Zostaję do jutra.

– Zdawało mi się, że musisz być jutro w Warszawie – wtrąciła przekornie.

– Zostaję – powiedział stanowczo.

– Jak uważasz.

Wyszli z restauracji. Owionęła ich ciepła, sierpniowa noc. Mleczne kule lamp jasno oświetlały ulicę. Zrzadka spotykali śpieszących do domów przechodniów. Cyprian ujął Krystę pod rękę. Nie zaprotestowała, ale ramię jej było sztywne i obce. Doszli, milcząc, do skwerku za katedrą. Nagle Krysta ścisnęła ramię Cypriana aż do bólu i, patrząc przed siebie, zaczęła mówić:

– A teraz powiedz mi: co ja ci złego zrobiłam? Jaką wyrządziłam ci krzywdę, że po tym wszystkim, co między nami było, mogłeś mnie tak potraktować? Uciec bez słowa? Gdy sobie pomyślę, ile się namęczyłam, żeby przełamać w sobie to, co mnie od ciebie dzieliło, żeby potem niczym cię nie urazić, to pasja mnie ogarnia. Poco? Dla kogo? Wszyscy jesteście tacy sami, wszyscy! Dopóki się jeszcze nic stało – przymilni cacusie zaglądający czule w kobiece oczy, a jak już osiągniecie cel, to tylko szukacie okazji, by zgrabnie albo nawet niezgrabnie wykręcić się, wypsnąć, czmychnąć. Żebyż choć w tym odrobina szczerości i odwagi! Żebyż to przynajmniej! Nic. Właśnie chyłkiem, właśnie lękliwie, właśnie z zamkniętymi oczyma, właśnie obyczajem strusim!

– Ależ Krystuś! – przerwał wzburzony. – Jak możesz! Tu przecież zupełnie co innego wchodziło w grę i ty doskonale wiesz?

– Ja wiem? Nic nie wiem!

– Przecież wiesz, jak się zaplątały nasze sprawy rodzinne, a ja nawet do dziś jeszcze nie wszystko umiem sobie wytłumaczyć…

– Ach, sprawy rodzinne! Proszę! Mówiłeś kiedy ze mną o nich?

– Oboje unikaliśmy rozmowy na ten temat.

– Mylisz się. Ja nie miałem powodu unikać. Dostosowywałam się do ciebie. Tyś tak chciał. I nawet dziś, gdy z konieczności wspomniałam o twoim ojcu, przerwałeś mi z oburzeniem. Ale jeśli mnie upoważniasz, to służę ci. Otóż wiedz, że twój ojciec…

–Krysta! – krzyknął.

Urwała i patrzyła na niego wyczekująco.

– Nie mówmy o tym… – dokończył cicho. – Ja nie mogę o tym z tobą mówić, zrozum… Ty masz swoje żale, zadrażnienia i mogłabyś… a ja…

– Więc kto unika?

– Pamiętaj, że jestem w świeżej żałobie… właśnie… po ojcu… – wyszeptał ledwie dosłyszalnie.

Zamilkli. Przed nimi stromym stokiem wznosiła się Góra Zamkowa. Krysta przystanęła.

– Dokąd my właściwie idziemy?

– Nie wiem – odpowiedział. – Myślałem, że ty masz jakiś plan.

– Gdzie mieszkasz?

– Zatrzymałem się u George’a.

– Ja tak samo.

– No, wiesz!… To poco wyszliśmy stamtąd?

– Taki jesteś pewny, że zaprosiłabym cię do siebie? –zajrzała ma w oczy.

Zawrócili. Szli pod ramię. Cyprian czuł, że Krysta coraz silniej opiera się o niego. Ujął delikatnie jej rękę. Nie broniła. Nagle wpiła się paznokciami w jego dłoń. Omal nie krzyknął. Spojrzał na nią. W świetle ulicznej latarni profil lekko uniesionej ku górze głowy rysował się wyraźnie. Proste, wysokie czoło, niepokojąca, nieregularna linia nosa z rozdętymi oddechem chrapkami, wycięcie wilgotnych warg, ostry podbródek. Zapatrzył się w jej usta i stracił świadomość rzeczywistości.

Ktoś omal na nich nie wpadł. Cyprian odwrócił głowę i ujrzał szarą czapeczkę studencką, a pod nią szeroko otwarte, zdumione, przerażone oczy Marysi Jacuńskiej. Cofnęła się o pół kroku, na krótki ułamek sekundy wpiła się w Cypriana bolesnym spojrzeniem, opuściła nisko głowę i minęła ich szybko.

Cyprian zmartwiał. Długo miał w uszach coraz prędsze, oddalające się kroki, dudniące w ciszy nocnej na kamiennych płytach chodnika.