Instytut Dziedzictwa Myśli Narodowej

„Szerokie Dusze” – odc. 11. IDMN publikuje powieść Stanisława Piaseckiego

12 czerwca 1941 r. w podwarszawskich Palmirach, w ramach akcji AB Niemcy rozstrzelali Stanisława Piaseckiego – redaktora związanego z obozem narodowym tygodnika kulturalnego „Prosto z Mostu”. Znany głównie ze swojej publicystyki politycznej i kulturalnej Piasecki próbował sił również na polu literackim. W związku z 80. rocznicą jego śmierci Instytut Dziedzictwa Myśli Narodowej im. Romana Dmowskiego i Ignacego Jana Paderewskiego rozpoczął publikację drukowanej w latach 1931-1932 powieści Piaseckiego „Szerokie Dusze”.

Co tydzień na stronie IDMN zamieszczany jest kolejny rozdział powieści.

***

ROZDZIAŁ XI

Wszystko szło jak z płatka. Nuty rozpisano w tempie błyskawicznym, chóry już pracowały nad przygotowaniem partii chóralnej, w programie filharmonii widniał anons, że za dwa tygodnie na wielkim koncercie nastąpi pierwsze wykonanie wyróżnionego w konkursie imienia Gomółki poematu symfonicznego Cypriana Rząśnickiego pt. Ewa.

Od początku swej kariery muzycznej nigdy Cyprian tylu nie odbierał dowodów uznania jak obecnie. Ze wszystkich stron. Gdzie się zwrócił, znajdował wszędzie przyjazne przyjęcie. Zarówno w obozie modernistycznym, jak i w obozie przeciwnym prześcigano się wprost w uprzejmościach dla niego, a wzmianki prasowe o nim stawały się coraz gęstsze.

Uderzyło mu to do głowy. Zaczął nabierać coraz lepszego mniemania o sobie i wierzyć, że nietylko przez stosunki, ale i przez talent można sobie utorować drogę w świecie. W atmosferze ogólnej sympatii, a zwłaszcza po pierwszych próbach Ewy roztapiał się coraz bardziej w Cyprianie żal, jaki miał do członków jury o nieprzyznanie mu nagrody. Zapomniał poprostu o tym. O utworach nagrodzonych cicho jakoś było i głucho – jego utwór widniał już na afiszach i dzień wykonania na estradzie był bliski.

Aż nagle w jednym z pism pojawił się artykuł, który wszystko Cyprianowi przywiódł na pamięć i wiele, wiele wytłumaczył. Artykuł nosił podpis młodego krytyka Janickiego, odludka, a może raczej takiego kiplingowskiego kota, który chodzi własnymi drogami. Mało kto go znał i mało kto wiedział, skąd się nagle zjawił na horyzoncie. Cyprian czytywał jego krytyki nie tylko dlatego, że w jednej z pierwszych znalazł pochwalę dla siebie, ale i dlatego, że pochwała nie była ubrana w formę rebusu, tak częstego w recenzjach. Rozumiało się ją wyraźnie i niedwuznacznie, tak samo zresztą jak przyganę, którą w tejże recenzji dostał wykonawca cyprianowego utworu. To Cypriana ucieszyło szczególnie, bo wykonawca, w istocie skrzypek dość mizerny; był czymś w rodzaju lokalnego tabu. Nikt nie ośmielił się go zaczepić, choć partolił na koncertach niemiłosiernie.

Artykuł nosił tytuł Fałszywa gra i nielitościwie drwił z całej inscenizacji konkursu imienia Gomółki. Walił w obie strony: zarówno w konserwatystów, jak i w modernistów. „Jakto? – pytał Janicki – Przyznaje się nagrody komu innemu, a później w inspirowanych notatkach prasowych nazywa się najlepszym utworem – utwór ledwie wyróżniony, pokrywając nieprzyznanie mu nagrody jakąś nieokreśloną bliżej rewolucyjnością formy? I ten właśnie rewolucyjny utwór wprowadza się potem w pierwszym rzędzie na estradę? Kpiny czy co?”

W dalszym ciągu artykułu Janicki dowodził, że kulisy tej całej sprawy zupełnie są niewątpliwe. „Przyznano nagrody według pewnego klucza swoim ludziom, a potem się dopiero zorientowano, że skandal byłby zbyt wielki, gdyby te właśnie nicości, te żadności muzyczne, wykonać na koncercie bez jakiejś okrasy. To zdecydowało o nagłym forsowaniu poematu symfonicznego Rząśnickiego. Utwór wyróżniony ma pokryć kompromitacje rozdziału nagród. Mówi się już teraz tylko o Rząśnickim, chcąc stworzyć wrażenie, że to on jest pierwszym laureatem konkursu. Mówi się ze zdumiewającą w kłótliwym naszym światku muzycznym jednomyślnością. Cicha spółka połączyła niedawnych wrogów. Zarówno panowie z lewa, jak i panowie z prawa chcą w utworze Rząśnickiego znaleźć parawanik”.

Cyprian czytał artykuł z wypiekami na twarzy. Ach, więc to tak! Teraz rozumiał wszystko. Ten Janicki ma jednak odwagę! Tak im nasolić! Nono!

Na końcu brał Janicki w obronę Cypriana: „nieprzyznanie pierwszej nagrody Rząśnickiemu w świetle tych wszystkich faktów jest wprost skandalem. Jury konkursu myli się grubo, sądząc, że uda mu się ludziom zamydlić oczy. Ten numer na loterii nie przejdzie”.

Pierwszym odruchem wiedziony, chciał Cyprian zatelefonować zaraz do Janickiego i podziękować. Ale się rozmyślił. Nie znał go i nie wiedział, jak to Janicki przyjmie. Więc tylko zrobił sobie tę przyjemność, że poszedł zaraz na próbę, wsadziwszy numer gazety z artykułem do kieszeni. Cieszył się już z góry na zawstydzone miny tych wszystkich, których artykuł splantował[1].

Spotkała go przykra niespodzianka. Próba była odwołana. Zainterpelował dyrygenta, dlaczego.

– Nie mamy się co śpieszyć – usłyszał burkliwą odpowiedź. – Termin wykonania pańskiego utworu został przełożony.

– Na kiedy?

– To jeszcze nie jest ustalone.

– Jakto! – obruszył się Cyprian. – Przecież zapowiedzi były już wszędzie drukowane!

– To będą pewnie odwołane.

– Co to ma wszystko znaczyć?

– Nie wiem, ja o tym nie decyduję.

Cyprian wiedział, że dyrygent jest jednym z tych, którzy decydują, ale skoro się wypierał, dalsza rozmowa nie miała żadnego sensu. Pożegnał się więc z nim, nacisnął kapelusz na głowę i wyszedł. Na schodach spotkał profesora Burczynowicza.

– Panie profesorze! – przytrzymał go Cyprian. – Niech pan sobie wyobrazi, że próba Ewy została odwołana. Podobno wykonanie mego utworu odłożone jest na nieokreślony czas?

– Tak? – zdziwił się Burczynowicz. – Nic o tym nie wiedziałem…

Spuścił oczy, a Cyprianowi przyszło na myśl, że profesor doskonale wie. Był wyraźnie zmieszany.

– To jakaś intryga przeciwko mnie! – wzburzył się Cyprian. – Pan mi nie odmówi chyba pomocy!

– Ja? A cóż ja tu mogę zrobić? Bardzo mi przykro, ale…

Cyprian nie słuchał już dalszego ciągu. Zbiegł po kilku schodach na dół, wypadł na ulicę i skierował się do mieszkania Siarskiego. Ten także był ogromnie zdziwiony, gdy mu Cyprian opowiedział o odwołaniu próby, ale kiedy przyszło do ułożenia planu kontrakcji, wykręcił się sianem.

– Kolega sam przecież rozumie – mówił. – My, młodzi, nie rozporządzamy żadnymi wpływami. Najlepiej byłoby zwrócić się do Burczynowicza.

Upokarzające poczucie bezsilności owładnęło Cyprianem: jeszcze wczoraj wszyscy go komplementowali, deklarowali mu swą pomoc, forsowali, a dziś umywali ręce. Ktoś musiał mu podstawić nogę, ale kto?

Poszedł do Lutka Bonera. Spotkał się z przyjęciem bardzo kwaśnym. Udał, że tego nie widzi, i wyżalał się jak przed przyjacielem.

– Zupełnie nie zdaję sobie sprawy, co się mogło stać – skończył swą skargę.

Lutek spojrzał na niego przymrużonymi oczyma.

– Ty nie wiesz? A któż ma wiedzieć, jeśli nie ty! Mógłbyś,Cypruś, przynajmniej ze mną być szery, jeśli już zdecydowałeś się po tym wszystkim przyjść do mnie.

– Po czym wszystkim? – zdumiał się Cyprian.

– No, oczywiście, po artykule Janickiego, który był łaskaw moją Partitę, nagrodzoną na konkursie, nazwać „żadnością muzyczną”.

– Ach, więc o to chodzi! Ale cóż ja mogę mieć z tym wspólnego?

– Co? – wybuchnął Boner. – Nie wypieraj się. Dla każdego, kto ten artykuł czytał, jest jasne, że ty go inspirowałeś.

– Lutek, na miłość boską! – zerwał się Cyprian. – Przecież ja nie znam Janickiego, nigdy go nie widziałem na oczy i nic wiem nawet, jak wygląda!

W głosie Cypriana dźwięczała taka siła prawdy, że Boner zmieszał się i wyszeptał cicho:

– Co ty mówisz?

– Więc ty, i wszyscy… mogliście przypuszczać… że ja… że ja…

– A cóż mogliśmy przypuszczać innego? Ukazuje się artykuł w twojej obronie, zawierający szczegóły, których nikt z nas podawać nie mógł. Rozumiem, że doznałeś krzywdy i miałeś prawo. Ala zrozum także, że ci wszyscy, których Janicki wystawił pod pręgierz, nie mogą mieć za to do ciebie sympatii. Chcieli jakoś sprawę załagodzić, wyłazili ze skóry, by ci wynagrodzić krzywdę, a tu nagle Janicki ich oskarża, że wykonanie Ewy jest pokrywką skandalu konkursowego. Pierwszą odpowiedzią na to jest wstrzymanie prób orkiestrowych i zdjęcie Ewy z afisza.

Cyprian słuchał, jak ogłuszony.

– Cóż mam teraz robić?… Co robić? Radź, Lutek!

– A bo ja wiem.. Jeśli mnie trudno uwierzyć, że tyś nic nie miał wspólnego z artykułem Janickiego, to cóż dopiero innym… Ale spróbuj… Nie ma co mówić, jeśli Janicki chciał ci pomóc, to niedźwiedzią oddał ci przysługę…

– W tym, co napisał, dużo było prawdy…

– Jeśli będziesz tak twierdził wobec innych, popsujesz sobie do reszty. Musisz się oburzać na artykuł Janickiego. To jedyna droga.

– Obrzydliwe.

– Ale konieczne. A swoją drogą, mógłbyś zdobyć się na trochę uprzejmości wobec mnie. Janicki napisał prawdę, tak? Więc i twoim zdaniem Partita nie jest nic warta?

– Nie wiem. Partytury nie przeglądałem.

– Ach tak!

Pożegnali się zimno. Cyprian wracał do domu przybity i przygnębiony. Niech się dzieje co chce. Jak będzie, tak będzie. Nie miał najmniejszego zamiaru składać wizyt dygnitarzom muzycznym i przekonywać ich o swym oburzeniu z powodu artykułu Janickiego. Nie przeszłoby mu to przez usta. A z drugiej strony… Tak ciężko było rozstać się z myślą, że nieprędko usłyszy Ewę na estradzie. Tak ciężko…

Służąca, otwierająca drzwi, poinformowała go szeptem, że czeka na niego jakaś pani. Pewnie matka któregoś z uczniów – przeleciało mu przez głowę. Zły był, bo chciał być sam.

– Trzeba było powiedzieć, że nie ma mnie w domu i nie wiadomo, kiedy wrócę – zgromił pokojówkę.

– Tak właśnie powiedziałam, ale ta pani uparła się czekać.

– Gdzie, jest?

– W pana pokoju.

Wszedł i zobaczył Krystę. Siedziała na kanapie i gładziła Reksa, który zezwalał łaskawie na pieszczoty, ale przyglądał się jej nieufnie, nie wiedząc snadź, czy ta obca pani ma prawo. Posłyszawszy skrzyp drzwi, zerwał się i zawstydzony podbiegł do Cypriana.

– Nareszcie jesteś! – podniosła się Krysta.

–Krystuś! – rzucił się do niej. – Nie spodziewałem się ciebie zupełnie. Mówił mi Wisznicki, że przyjeżdżasz, ale gdy dzień za dniem mijał, a ciebie nie było, straciłem już nadzieję.

– Tak mi wypadło, że musiałam dłużej zostać w Wilnie.

Cyprian stał naprzeciw i przyglądał się jej z niewytłumaczalnym onieśmieleniem. Ta wytworna pani w brązowym kostiumie i małym kapelusiku zasłaniającym lewe ucho, która tyle zaledwie zsunęła rękawiczkę z dłoni, że mógł znaleźć małe miejsce dla ust – to jest Krysta, a jednak jakaś inna, niż ją znał. I na wsi dbała zawsze o strój, nigdy jej nie widział zapuszczonej. Ale teraz… Poprostu sylwetka z „Feminy”.

– Cóż mnie tak lustrujesz? – przerwała mu kontemplację. – Coś nie w porządku?

– Skądże! Wyglądasz tak ślicznie…

– Naprawdę? – ucieszyła się.

– Wiesz o tym sama doskonale. Ale teraz zdejm kapelusik i rękawiczki, bo mi się ciągle zdaje, że jesteśmy na jakiejś wizycie…

– Nie mogę. Wpadłam tylko na chwilę, żeby się z tobą umówić na wieczór. Spóźniłeś się, więc mam już tylko parę minut. Na godzinę pierwszą muszę być u ministra. No, no, rozchmurz się! Zostanę w Warszawie conajmniej dziesięć dni, będziemy mieli dosyć czasu. Tak wycelowałam, żeby być również na koncercie. Ewa jest przecież nietylko twoja, ale i trochę – nasza. Czytałam w gazetach, że to już w przyszły piątek, prawda?

Cyprian sposępniał.

– Koncert został odwołany – powiedział głucho.

Kazała sobie opowiedzieć wszystko dokładnie i szczegółowo. Słuchała uważnie i nie przerwała opowieści ani słówkiem, tylko oczy jej pociemniały i brwi zbiegły się w jeden łuk. Pożegnała się z Cyprianem zamyślona.

Popołudniu, gdy Cyprian znalazł się u niej w hotelu, już o sprawie koncertu mowy nie było. Krysta promieniała, bo minister przyrzekł jej przenieść sędziego śledczego i odrazu przy niej wydał odpowiednie dyspozycje.

– To całkiem dorzeczny człowiek ten minister – mówiła z ożywieniem. – W lot się orientuje. Zapytał mnie tylko, dlaczego ma być sędzia śledczy przeniesiony. Odpowiedziałam, że sędzia, który został publicznie obity na rynku, nie może chyba pozostawać w tym samym okręgu. Prestige władzy nic pozwala na to. Przyznał mi całkowitą rację. Rozmawialiśmy jeszcze potem, jak to było. Śmiał się serdecznie, gdy mu opowiedziałam, że to ja właśnie rozprawiłem się z tym galileuszem. „Pani, tymi ślicznymi rączkami?” – próbował ze mną podflirtowywać.

Cyprian słuchał tego z uczuciem głębokiego niesmaku. Pierwszy bodaj raz Wallenburgowa przybierała wobec niego taki ton. W głosie jej znajdował drapieżne akcenty. Zawsze dotąd, gdy była mowa o jakimś jej gwałtownym czynie, starała się przed Cyprianem wytłumaczyć. Teraz nie. Traktowała rzecz lekko, jak coś zupełnie naturalnego. Obiła sędziego, bo jej się tak podobało. Nic więcej.

– Znałaś tego ministra przedtem? – zapytał, żeby coś powiedzieć.

– Nie. Ale miałam do niego mocne polecenie. Takie polecenie, którego zlekceważyć nie można. Przecież teraz nasi są u rządów.

– Jacy nasi?

– Nie udawaj, że spadłeś z księżyca. Kresowcy to jedna wielka rodzina. Jak dobrze poszukać, z każdym się kuzynostwo znajdzie. Poszukałam i znalazłam. Nawet bliskie.

– Z ministrem?

– Et! Z kimś znacznie ważniejszym.

Wieczorem poszli razem na kolację. Wejście Krysty do restauracji zrobiło duże wrażenie. W czarnej, ogoniastej sukni z lśniącego velourchiffonu wyglądała imponująco i zwracała powszechną uwagę. Cyprianowi zrazu to pochlebiło, ale gdy spostrzegł, że Krysta jest roztargniona i ledwie słyszy, co do niej mówił, a natomiast spod rzęs posyła spojrzenia sąsiedniemu stolikowi, przy którym siedziało kilku panów – sposępniał. Rozmowa nie kleiła się. Cyprian próbował kilka razy zagadywać o Niekłaniszkach, ale bez skutku. Krysta wypytywała go, jak się tańczy rumbę, nuciła za orkiestrą jakąś modną melodię i piła, dużo piła. Po kolacji zaproponowała, by przejść do dancingu.

– Jestem w żałobie, Krystuś– powiedział bardzo cicho.

– Prawda – ściągnęła brwi i zaraz wstała od stolika, zwarzona.

Dopiero późno w noc, u niej, gdy miedź jej włosów rozsypała się na poduszce, znalazł Cyprian tę samą Krystę, którą znał z Niekłaniszek i z Wilna.

Rano, w domu, zbudził go jej telefon. Chciała mu powiedzieć dzień dobry. A potem mimochodem:

– Czytałeś już dzisiejsze gazety?

– Nie.

– To przeczytaj!

Niczego więcej się nie dowiedział, bo Krysta położyła zaraz słuchawkę. Zatelefonował do hotelu, ale mu powiedziano, że pani Wallenburgowa zabroniła łączyć się z kimkolwiek. Posłał więc czymprędzej służącą po gazety. Przyniosła mu całą plikę. Na wierzchu leżała jakaś gazeta żydowska, wychodząca po polsku, więc od niej zaczął lekturę. Rzucił okiem na tytuły i nie znalazł nic, co mogłoby go zainteresować, dopiero na ostatniej stronie, w dziale muzycznym, widniała notatka, której soczysty nagłówek zastanowił go: Utwór żydożercy zdjęty z programu Filharmoni.

Utwór „żydożercy”? A któż to może być? Zaczął czytać i omal nie podskoczył na łóżku.

„Dzielimy się z czytelnikami radosną wiadomością, że ogłoszone już na afiszach pierwsze wykonanie nowego poematu symfonicznego Ewa p. Cypriana Rząśnickiego zostało zaniechane. Niemałą w tym rolę odegrała zapewne kampania naszego pisma. Jak sobie czytelnicy przypominają, zarzuciliśmy p. Rząśnickiemu zorganizowanie wespół z por. Sągajłłą i paru innymi chuliganami pogromu żydowskiego w jednym z miasteczek kresowych. Strzał był celny, bo p. Rząśnicki nawet nie odpowiedział. Ten człowiek miał czelność przypuszczać, że na jego koncert przyjdzie publiczność żydowska i że jego utwór zostanie wykonany rękami żydowskich muzyków, stanowiących większość orkiestry”.

Więc była cała kampania! I to ona zdecydowała, a wcale nie artykuł Janickiego! Zajście w miasteczku urosło już w pogrom. No no, i doszło do Warszawy. Wściekłość go ogarnęła. Więc to tak! Pośpiesznie się ubierał. Trzeba przynajmniej ulżyć sobie i porządnie nawymyślać panom dygnitarzom muzycznym, cofającym się przed lada kampanią żydowskiego świstka[2]. Już im nasoli!

Na schodach filharmonii zdawało mu się, że słyszy próbę chóralną swego utworu. Wpadł na salę. Istotnie! Nie do wiary. Dyrygent kiwał na niego z estrady.

– Dobrze, że pan przyszedł. Mam zamiar dziś zrobić pierwszą próbę orkiestrową.

Cyprian stał ogłuszony.

– Tak? – wyszeptał. – A wczoraj jeszcze…

– Co tam wczoraj! Zaszło poprostu nieporozumienie.

– Więc ta kampania w żydowskich pismach nie miała żadnego wpływu?

Dyrygent omal się nie obraził.

– Pan sądzi, że moglibyśmy zwracać na to uwagę? Pan miałby robić pogrom? Koń by się uśmiał. To zawiść Goldbluma, który nie dostał na konkursie żadnej nagrody. Wszyscy wiedzą, kto to pisze, a on nawet wśród Żydów uchodzi za myszugekopf[3]… Nie ma o czym mówić. Przede wszystkim trzeba panu pogratulować…

– Czego?

– No no. Niech pan nie udaje. A swoją drogą nikt się nie spodziewał, że pan ma takie stosunki.

– Jakie stosunki?

Dyrygent poklepał go protekcjonalnie po ramieniu.

– Panie Cyprianie! Ze mną może być pan szczery. Dla szerokiej publiczności to się pisze, że dla poparcia rozwoju młodej polskiej muzyki, ale między sobą wiemy dobrze, że to dla poparcia pana.

– Nic nie rozumiem.

Dyrygent spojrzał na Cypriana zezem.

– To czytaj pan! – podał mu gazetę.

W kronice solidnego warszawskiego dziennika widniała notatka:

„Na piątkowym koncercie, na którym wykonany ma być utwór młodego kompozytora polskiego Cypriana Rząśnickiego Ewa do słów Krystyny Wallenburgowej, zapowiedziano obecność najwyższych czynników państwowych, które chcą dać wyraz swego poparcia dla młodej naszej muzyki. W związku z tym dowiadujemy się, że pomimo wielkich trudności utwór p. Rząśnickiego będzie wykonany na najbliższym koncercie, wbrew poprzedniemu odwołaniu”.

– A to niespodzianka! – zawołał Cyprian.

Dyrygent zmilczał, zaciął usta i wrócił na estradę. Próba zaczęła się na nowo. Cyprian słuchał w roztargnieniu.

O tej, oczywiście, notatce, a nie o tamtej, myślała Krysta, gdy dziś rano telefonowała do niego. I z pewnością to jej sprawa. Bo jakżeby mogło być inaczej? Rozrzewnienie go ogarnęło. Nic mu nie powiedziała, ale myślała o nim i pomogła. Skutecznie pomogła, jakie to dziwne! Wszyscy ludzie uważają ją za kobietę złą, nieużytą egoistkę. A tymczasem…

Poszedł do kancelarii, by do niej zatelefonować i podziękować. Już wyszła z hotelu. Mieli się spotkać dopiero na obiedzie. Nie uszła uwagi Cypriana uniżona grzeczność, z jaką podano mu w kancelarii słuchawkę telefonu. Wczoraj ledwie tu chcieli z nim rozmawiać.

Gdy Cyprian wrócił na salę, spostrzegł ze zdumieniem, że na estradzie dla wykonania solowej partii sopranowej stoi śpiewaczka Boczar-Julska, straszne, utlenionowłose czupiradło, które przyśnić się może. Cyprian słyszał ją często na różnych koncertach, bo była bardzo przez kogoś tam forsowana. Mówiło się o niej powszechnie, że ma mocne plecy, co zresztą w danym wypadku było prawie kalamburem. Niewiasta była istotnie pleczysta i wogóle w kształtach potężna, zato zdarty, chropowaty jej głos nic w sobie potęgi nie miał.

Cyprian, zobaczywszy ją, zadrżał. To mu mogło położyć utwór. A przytym sprawa była już umówiona, że partię solową śpiewać będzie świetna, młoda śpiewaczka Halimirska. Cyprian sam ją prosił, był u niej parokrotnie, wiedział, że się przygotowywała. Skąd ta nagła zmiana?

Odciągnął na bok dyrygenta i drżącym z irytacji głosem, zapytał. Dyrygent rozłożył szeroko ręce:

– Nic na to nie poradzę. Halimirska tego dnia, kiedy mamy koncert, śpiewa w operze. Musimy z niej zrezygnować. Boczar-Julska podjęta się nauczyć partii, więc…

– Ależ ona mi wszystko zepsuje!

– No no. Nie przesadzajmy. Jakoś to będzie.

– Zupełnie jednak nie rozumiem – wracał Cyprian do poprzedniej koncepcji – dlaczego nagle się okazało, że tego właśnie dnia Halimirska śpiewa w operze. Nie było o tym przedtem mowy.

– Tak, ale wczoraj, gdy myśleliśmy, że wykonanie pańskiego utworu będzie odłożone, opera ogłosiła na piątek Toskę z Halimirską.

– To niech odwoła!

– Wątpię, czy to będzie możliwe.

– Tak? – wybuchnął Cyprian. – To ja nie pozwolę wykonywać mego utworu!

Stawiał na jedną kartę, ale czuł, że może sobie na to pozwolić. No i – naprawdę wolał, by Ewa nie była wcale wykonana, niż by miała ją odskrzeczeć Boczar-Julska. Dyrygent próbował rzecz obrócić w żart, ale gdy Cyprian uparł się stanowczo, wpadł w popłoch.

– Pan nie może tego zrobić! – gorączkował się, gestykulując Cyprianowi pod nosem.

– Wie pan, że zapowiedziane jest przybycie na koncert rządu i dyplomacji. Pana utwór musi być wykonany!

– Będzie wykonany tylko z Halimirską– twardo przerwał Cyprian.

– A co ja zrobię z Boczar-Julską?

–To już pańska rzecz. Ja jej nie prosiłem, tylko, zdaje się, pan. Sprawę zaś odłożenia Toski w operze sam załatwię.

Znów poszedł do telefonu. Dyrekcja opery nie robiła żadnych trudności. Oczywiście, jeśli chodzi o koncert, na którym będzie cały rząd… I jeśli życzy sobie tego kompozytor… Cyprian pomyślał, że jeszcze wczoraj ledwo by z nim gadali.

Gdy znalazł się z powrotem na sali, Boczar-Julskiej już nie było. Orkiestra aż się trzęsła od docinków i konceptów. Okazało się, że Boczar-Julska, dowiedziawszy się od dyrygenta, że nie będzie śpiewać, wpadła w furię i widowisko urządziła niebywałe. Nie cierpiano jej powszechnie, więc też przedrzeźnianiom jej min i gestów nie było końca.

– Ale z pana to odważny człowiek! – zwrócił się któryś ze skrzypków do Cypriana. – Żeby pan wiedział, jak się baba na pana odgrażała! Powiedziała, że nigdy panu nie daruje i że jeszcze ją pan popamięta.

Cyprian już nie dosłyszał, bo wybiegł, wsiadł do taksówki i jechał po Halimirską. Primadonna, gdy się dowiedziała, o co idzie, omal nic rzuciła mu się na szyję.

– Złoty mój! Kochany! – wołała. –Już straciłam wszelkie nadzieje. To była paskudna intryga przeciwko mnie. Ta Julska nikogo do filharmonii nie dopuszcza. Gdy się dowiedziała, że na koncercie będzie gala, postanowiła mnie za wszelką cenę utrącić i postarała się, by opera kazała mi śpiewać w ten sam dzień Toskę… A ja tak bardzo, tak bardzo chciałabym śpiewać przed tą całą świetną publicznością, która będzie tym razem na koncercie.

– Chciałaby pani śpiewać dlatego, że będzie świetna publiczność? – przerwał jej Cyprian, urażony.

– Mistrzu drogi! Nie można chwytać za słowo. Przede wszystkim chciałabym śpiewać dlatego, że to pański przepiękny utwór.

Posłała Cyprianowi spojrzenie powłóczyste i była tak śliczna, że nie można się było na nią gniewać.

Pojechali do filharmonii i próba zaczęła się na dobre. Teraz dopiero Cyprian przechodził męki. Każdy fałsz, każda niedokładność rytmiczna, każda fraza poprowadzona nie tak, jak on ją pomyślał, bolały go niemal fizycznie. Co chwile przerywał, wybiegał na estradę i wykłócał się do ostatniego. Aż wreszcie opadł z sił, pogrążył się w fotelu i słuchał dalszego ciągu apatycznie, bez słowa sprzeciwu. Wszystko jedno! To, co gra orkiestra i co śpiewają chóry, jest zupełnie czym innym, niż było w głowie Cypriana, gdy tworzył swój poemat.

Wyszedł z próby przybity, zgnębiony, zmęczony. Dopiero na ulicy przypomniał sobie, że umówił się z Krystą na obiad. Spojrzał na zegarek. Już spóźnił się o pół godziny. Przyśpieszył kroku i wkrótce znalazł się w wielkiej, białej sali restauracyjnej.

Rozejrzał się wokół. Krysty jeszcze nie było. Niepokój go ogarnął. Nigdy się nie spóźniała. Coś się musiało stać. Zatelefonował do hotelu. Dowiedział się, że przed chwilą właśnie wyszła z jakąś panią, która u niej była.

Zajął stolik i czekał. Po chwili Krysta zjawiła się. Z roztargnieniem przyjęła jego podziękowania za popchnięcie sprawy koncertu przez zapowiedź przybycia rządu i dyplomacji.

– Bo przecież tobie mam to do zawdzięczenia, prawda? – skończył.

– Tak, mnie.

– Jak to,Krystuś, zrobiłaś?

Spojrzała na niego przeciągle.

– Nie wyobrażasz chyba sobie, żebym zniosła odkładanie terminu koncertu, na którym ma być wykonany utwór do moich słów. Musiałam postawić na swoim. Ale nie mówmy o tym. Dziś możebym już tego nie zrobiła.

– Nie rozumiem cię.

– Mniejsza z tym.

Rozmowa urwała się. Próżno Cyprian próbował Krystę rozruszać i wciągnąć w dyskusję. Milczała albo odpowiadała półsłówkami, prawie niegrzecznie. Przy deserze nieoczekiwanie zupełnie, bez żadnego wstępu, zapytała:

– Dlaczego partię solową w Ewie będzie śpiewać Halimirska, a nie Boczar-Julska?

Utkwiła w Cyprianie badawcze spojrzenie, a on tak był zdziwiony i zaskoczony, że nawet nie zastanowił się nad tym, skąd Krysta może wiedzieć o tej sprawie. Odpowiedział bez namysłu:

– Bo Halimirska jest śpiewaczka z prawdziwego zdarzenia, a Julska to wyjec pospolity.

– A nie dlatego, że Halimirska jest ładna i młoda, a Julska stara i brzydka?

– To nic nie ma do rzeczy – oburzył się.

– Naprawdę? – I po chwili: – Od jak dawna znasz Halimirską?

– Od kilku lat.

– Ach, tak…

–Krysta– poderwał się. – Co to ma wszystko znaczyć?

– Och, nic. Była u mnie dziś pani Boczar-Julska, twierdząc, że dzieje się jej krzywda.

– Była u ciebie?

– Cóż w tym dziwnego? Jestem przecież autorką tekstu.

– I nagadała ci niestworzonych rzeczy.

– Powiedziała mi istotnie dużo rzeczy, tym cenniejszych, że zupełnie nie wiedziała, jaki mnie i ciebie łączy stosunek.

– Cóż więc takiego ci powiedziała?

– To już moja sprawa. Do ciebie zaś mam inną sprawę… Chcę jutro być na próbie.

– Zanudzisz się.

– Więc nie chcesz, żebym była?

– Cóż znowu. Proszę bardzo.

– To spotkamy się jutro w filharmonii.

– A dziś wieczorem nigdzie nie pójdziemy?

– Jestem zmęczona i położę się wcześniej spać.

Spojrzała na zegarek i zerwała się od stołu.

– Muszę już iść. Mam o czwartej być u ciotki na Żoliborzu.

– Odprowadzę cię.

– O ile wiem, masz o czwartej lekcje.

– Nie pójdę na lekcję.

– Pójdziesz. Zatem do jutra.

– Wiec dziś już naprawdę się nie zobaczymy?

– Mówiłam ci, że jestem zmęczona.

Odprowadził ją do taksówki i miał wielką ochotę wsiąść w drugą taksówkę, by sprawdzić, czy Krysta naprawdę pojechała na Żoliborz. W ostatniej chwili zrobiło mu się wstyd i poszedł do konserwatorium na lekcje. Wykładał chaotycznie i bezbarwnie. Ciągle nie mógł się opędzić myśli, że z Krystą dzieje się coś niedobrego. Co jej ta Julska mogła naopowiadać? Oskarżyła go o romans z Halimirską? Śmieszne doprawdy. A swoją drogą te rzeczy trzeba z Krystą wyjaśnić jak najprędzej.

Godziny w konserwatorium wlekły mu się w nieskończoność. O dziewiątej wieczorem wyszedł i skierował się prosto do hotelu. Portier oznajmił mu, że pani Wallenburgowej nie ma. Nie uwierzył i sprawdził sam w pokoju. Istotnie nie było jej. Usiadł w hallu i czekał. Minęła dziesiąta, a jej ciągle nie było Ach, więc to takie zmęczenie – przypomniał sobie rozmowę w restauracji. Olśniła go jakaś myśl. Wypadł na ulicę, skinął na taksówkę i kazał się wieść.

– Dokąd? – spytał szofer.

– Po kolei do wszystkich dancingów.

– Słucham pana.

Warkot motoru samochodowego – i jazgot jazzu, jak w kołowrotku. Z bijącym głośno sercem i nieznośnym uczuciem suchości w gardle lustrował Cyprian lokal za lokalem, wypatrując Krysty. Aż dopiero koło północy, w dużej, niskiej sali, zatłoczonej do ostatniego miejsca, w ciżbie par tańczących pośrodku, zdawało mu się, że błysnęła miedź jej włosów. Przeczekał, aż muzyka skoczyła i wszyscy jęli wracać do stolików.

Tak, to ona. Szła powoli, opierając się na ramieniu wysokiego, rosłego, wysmokingowanego mężczyzny o obleśnej twarzy i zlekka już siwiejących skroniach. Usiedli przy stoliku, rozbawieni i roześmiani. Cyprian widział, jak towarzysz Krysty dolał jej do kieliszka wina. Wypiła jednym haustem. Pogrążyli się w rozmowie.

Starszy kelner zwrócił się do Cypriana:

– Pan szuka miejsca? Właśnie jeden mały stolik zwolnił się przed chwilą. Tam pod ścianą, w kącie.

– Doskonale.

Można było stąd obserwować stolik Krysty, prawie bez obawy, że się będzie dostrzeżonym. Cyprian usiadł i zamówił jakiś cocktail. Ze zdziwieniem słuchał własnego głosu, brzmiącego naturalnie i swobodnie. Ze dziwieniem stwierdził, że niepokój, jaki nim targał przez cały wieczór, nagle stężał w spokój wewnętrzny. Kazał kelnerowi zapłacić taksówkę i zimno, twardo przyglądał się sali. Już wie, już wszystko wie. Coś się w nim przesiliło. To strasznie banalne, ale prawdziwe: najgorsza pewność lepsza jest od niepewności. Właściwie możnaby wstać i pójść do domu. Ale na to nie miał sił. Bo jednak… Ten pozorny spokój, jaki nim zawładnął, to przecież tylko koncentracja niepokoju w jednym punkcie, już odnalezionym. Nie mógł oderwać oczu od miedzianej czupryny Krysty. Znów tańczyła, potem znów muzyka przestała grać, na stoliku zjawiła się nowa butelka wina, znów taniec…

Na sali przerzedziło się. Coraz więcej stolików pustych, a zarazem coraz większy gwar. Tu i ówdzie zaczynają podśpiewywać. Towarzysz Krysty podniósł się pierwszy. Cyprian widział, że coś jej tłumaczył. Po chwili i ona wstała leniwie, ociągając się. Skierowali się do wyjścia. Cyprian opuścił nisko głowę i ledwie tylko zniknęli w drzwiach, zawołał na kelnera o rachunek. Nie czekał reszty, ale w szatni już ich nie było. Sklął portiera, że nie dość szybko podaje mu palto, i wypadł na ulicę. Przed dancingiem stała długa, czarna limuzyna i pan z obleśną twarzą, stojąc przy otwartych drzwiczkach samochodu, gestem zapraszał Krystę. Cyprian schował się za węgłem domu i wyraźnie słyszał jej głos:

– Nie, nie! Mam ochotę się przejść. Do hotelu niedaleko przecież.

Kilka minut półgłosem prowadzonej rozmowy i na pustej ulicy zastukały kroki. Ostrożnie, cal po calu, wysunął się Cyprian zza muru. Krysta i jej towarzysz oddalili się już znacznie. Podniósł kołnierz, nasunął kapelusz na czoło i poszedł za nimi.

Straszna wędrówka. O kilkadziesiąt metrów z przodu idą oni, pod rękę, prawie przytuleni do siebie. Raz po raz słychać głośny śmiech Krysty. Obleśny pan musi być zapewne dowcipnisiem.

Doszli wreszcie do hotelu i przystanęli. Cyprian ukrył się w witrynie sklepowej po drugiej stronic ulicy. Teraz najgorsze. Serce bije jak młotem. Czemu oni tak długo rozmawiają? O, nareszcie! Krysta chce nacisnąć guzik dzwonka. Obleśny chwycił ją za rękę. Znów rozmawiają.

Przed hotel zajechała długa, czarna limuzyna, ta sama, co stała przed dancingiem, i przesłoniła Cyprianowi widok. Co teraz robić? Wybiegł na jezdnię w chwili, gdy samochód ruszał. Mignęły mu przed oczyma szybki, zasłonięte firankami. Na chodniku przed hotelem nie było już ani Krysty, ani jej towarzysza.

Cyprian skinął na taksówkę.

– Za tamtym samochodem! – krzyknął szoferowi.

Jechali długo, gdzieś hen, na Mokotów. Przed małą willą w bocznej uliczce limuzyna zatrzymała się. Taksówka, wioząca Cypriana, przejechała kilka metrów dalej i również przystanęła. Przez tylne okienko Cyprian patrzył. Z limuzyny wysiadł obleśny pan, sam. Krysty nie było. Słychać było wyraźnie, jak wydawał dyspozycje szoferowi, każąc mu przyjechać rano o godzinie dziewiątej.

Jasne… Krysta musiała wejść do hotelu wtedy, gdy limuzyna zasłoniła widok. Cyprian wracał do domu zły na siebie, zawstydzony, a jednak – zadowolony.

Nazajutrz zaspał i omal nie spóźnił się na próbę. Krysta czekała już w hallu filharmonii. Spojrzała na niego spod rzęs i głośno roześmiała się.

– Jak ty wyglądasz! Oczy zapuchnięte, twarz zielona, zmięta…

– Bo widzisz… – spuścił głowę.

– Trzeba było w nocy spać, a nie włóczyć się! – zmieniła nagle ton.

– Ale Krystuś…

            – Dosyć! – przerwała mu ostro. – Zapamiętaj sobie raz na zawsze: wypraszam sobie szpiegowanie mnie! Mogę robić, co mi się podoba, a tobie do tego nic. Zrozumiałeś? A swoją drogą na wywiadowcę nie nadajesz się. I to można jakoś inteligentniej – skrzywiła usta w zjadliwym uśmiechu.

– Przepraszam cię, Krystuś– wyszeptał skruszony – ale ja… naprawdę… gdy w tym dancingu…

– Et! Chodźmy lepiej na próbę.

Wejście Krysty na salę zrobiło duże wrażenie. Dyrygent, przedstawiony jej przez Cypriana, przywołał na pamięć cały zapas komplementów, jakim rozporządzał. Przywitanie się z Halimirską wypadło z obu stron chłodno. Przyglądały się sobie badawczo, lustrując każdy szczegół. Opinię swą wyraziła Krysta szeptem Cyprianowi do ucha:

– Ona wcale nie jest taka ładna. Twój gust zaczyna się psuć…

– Jaki znowu mój gust? – oburzył się.

Zaczęła się próba, która pochłonęła Cypriana całkowicie. Wszystko brzmiało o wiele składniej niż wczoraj. Były momenty, którym sam nawet kompozytor nic nie miał do zarzucenia. Ale jeszcze tyle, tyle roboty! Zwłaszcza z chórami i zwłaszcza z Halimirską, dziwnie jakoś nieusposobioną. Ciągle detonowała i spóźniała się. Cyprian był bliski rozpaczy i tak się zdenerwował, że zrobił jej parę razy bardzo cierpkie uwagi. O obecności Krysty zapomniał zupełnie. Omal się nie zdziwił, gdy podeszła do estrady i odciągnęła go na bok.

– Miałeś rację. To jest śmiertelnie nudne. W kółko powtarza się to samo… Wolę już swą ciekawość zaspokoić na koncercie. Do widzenia.

Pożegnał się automatycznie, nie mówiąc ani słowa. Myślą był tak od niej daleko! Dyrygent zastukał pałeczką o pulpit.

– Numer dwadzieścia siedem!

To był właśnie kawałek, który najgorzej szedł i w którym Halimirska nieodmiennie się sypała. Cyprian oparł skronie na dłoniach i słuchał. Wypadła doskonale i rozśpiewała się. Wyfrazowała subtelnie krótkie recitativo i napełniła salę mocnym, dźwięcznym brzmieniem swego głosu.

– Świetnie! – krzyknął Cyprian, gdy skończyła, i podskoczył, aby ucałować jej rękę. Primadonna promieniała.

– Przedtem nie mogłam zupełnie śpiewać. Dławiło mnie coś w gardle. Widzieć wpatrzone w siebie te jej złe, nienawistne, przymrużone ślepia, to oszaleć można. Dopiero gdy wyszła…

– Kto?

– Jak to kto? Ta pańska Wallenburgowa.

Przez dwa dni żył Cyprian w stanie półomroczenia. Ranek wypełniała mu próba, po południu, wykładając w konserwatorium, myślał ciągle o tym, co rano na próbie źle wypadło, wieczorem był tak zmęczony, że kładł się wcześnie do łóżka, ale zasnąć nie mógł. Przewracał się późno w noc z boku na bok. Z Krystą widywał się na krótko tylko. Była jakaś dziwna, o nic go nie pytała, nie zatrzymywała, nie robiła żadnych wymówek, gdy żegnał się wcześniej niż zazwyczaj. Czuł do niej za to wdzięczność i nie próbował wejść w jej pobudki, choć parę razy błysk oczu Krysty zaniepokoił go.

W dzień koncertu rano fryzjer, u którego zazwyczaj się golił, poinformował go:

– W naszym salonie damskim dziś taki ruch jak przed jakimś wielkim balem. Wszystko na dzisiejszy koncert w filharmonii.

Cyprian zacisnął zęby. O tym właśnie nie chciał myśleć. Już za kilka godzin przed całym tym świetnym towarzystwem będzie wystawiał na pokaz najbardziej osobiste przeżycia, zaklęte w żywioł dźwięku. Ach, żeby to już mieć poza sobą!

Popołudniu poszedł do Krysty. Była w doskonałym humorze. Wezwała go do rady, którą suknię ma włożyć na dzisiejszy wieczór, i przymierzając przed lustrem pyszną, srebrzyście szarą toaletę, inkrustowaną koronkami, mówiła:

– Wiesz? Opowiadano mi dziś świetny kawał. Zainteresuje cię, bo to kawał muzyczny. Na jakimś koncercie wykonywano utwór pewnego kompozytora, który miał nieostrożność narazić się pewnej damie. Kulminacyjnym punktem napięcia dramatycznego symfonii był solowy poryk puzonu, czy jak tam się ta wielka trąba nazywa. Otóż dama owa usiadła sobie w pierwszym rzędzie krzeseł i na chwilę przed tym momentem zaczęła jeść cytrynę, wykrzywiając się ostentacyjnie w stronę puzonisty. Podobno na taki widok nie można wydobyć z trąby ani dźwięku. Tak się stało. Efekt całej symfonii spalił na panewce. Puzon nie odezwał się i dyrygent musiał przerwać wykonywanie utworu.

Cyprian wzdrygnął się.

– Przyjemne masz anegdotki do opowiadania parę godzin przed koncertem – mruknął.

Umówili się, że spotkają się już wprost w filharmonii. Cyprian chciał być na miejscu trochę wcześniej. W szatni wisiało zaledwie kilka palt, gdy, znalazł się w gmachu. Zdenerwowało go to i ledwie się zreflektował, że do koncertu jeszcze kawał czasu. Jak rano drżał na myśl, że przed pełną salą obcych, obojętnych ludzi będzie wykonany jego utwór, tak teraz obawiał się, żeby nie było pusto.

Na górze przez szeroko otwarte drzwi zobaczył, że podłoga sali koncertowej wysłana została w przejściach czerwonym chodnikiem, co się zdarzało tylko na koncertach uroczystych. Woźni i bileterzy godnymi minami dostrajali się do uroczystościowego tonu. Koło windy stało kilku policjantów, niemylny znak, że należy oczekiwać przybycia wyższych dostojników rządowych.

W korytarzyku za estradą członkowie orkiestry ćmili papierosy. Było ich zaledwie kilku. Cyprian chwycił dyrygenta i przypomniał mu, że od takiego a takiego taktu tempo powinno być szybsze niż na ostatniej próbie. Kapelmistrz zniecierpliwił się.

– Drogi panie, proszę już to mnie zostawić. I niech się pan nie denerwuje, do licha! Wszystko będzie dobrze.

Korytarz wypełniał się coraz bardziej. Zapóźnieni członkowie orkiestry, jeden za drugim, wpadali zadyszani. Mignęła sylwetka Halimirskiej, więc Cyprian przeszedł do pokoiku artystów. Primadonna, otulona w futro, drżała na całym ciele.

– Boże, jak tu zimno! – podała rękę Cyprianowi.

Było bardzo ciepło, ale Cyprian nie zaprzeczył. Wiedział, co to jest. Na widok szalonej tremy Halimirskiej sam opanował napięciem woli zdenerwowanie i zaczął ją uspakajać. Rozległy się dzwonki. Trzeba iść na salę. Halimirska chwyciła Cypriana za rękę.

– Musi mi pan przyrzec! Niech… ta… ta Wallenburgowa nie siedzi w pierwszym rzędzie krzeseł i niech nie patrzy na mnie, bo się sypnę… Zobaczy pan, że się sypnę!

Cyprian przeraził się. Wiedział, że Krysta ma właśnie bilet do pierwszego rzędu. Szybko poszedł na salę. Od proga owionął go hałaśliwy gwar. Z trudem przeciskał się wśród grupek, zatłaczających wszystkie przejścia. Wieczorowe toalety, dużo smokingów. Sala przypominała raut raczej niż koncert. Na estradę wysypywali się powoli członkowie orkiestry, więc też publiczność jęła szukać swoich miejsc. Cyprian rzucił okiem na kąt z lewej strony sali, gdzie siadywali recenzenci. Nie brakło nikogo. Zblazowane, znudzone miny przyprawiły go o wstrząs wewnętrzny.

Krysta nie chciała słyszeć o przeniesieniu się do dalszych rzędów, choć Cyprian jej tłumaczył, że mu siedzieć blisko nie wypada i nawet jakoś przykro, a chciałby siedzieć obok niej. Posprzeczali się na dobre, gdy wtem dyrygent zastukał pałeczką i na sali uciszyło się. Koncert się zaczynał. Trzeba już było pozostać tutaj.

Program poświęcony był muzyce polskiej. Na pierwszy ogień szła jakaś bardzo długa i bardzo nudna symfonia czcigodnego i wielce zasłużonego nieboszczyka, którą dla honoru domu grywano w takich okazjach.

Na początku jękliwe, senne brzęczenie skrzypiec, wlokące się w nieskończoność. Leniwie, nie śpiesząc się, podejmują wiolonczele temat, rozlewny, galaretowaty, bezkościsty. Cyprian nie był w stanie słuchać. Nie on jeden zresztą. Po pięciu minutach siedziały już naprzeciw siebie dwie orkiestry: jedna na estradzie grająca symfonię, która widniała w programie, a druga na widowni, wygrywająca symfonię pochrząkiwań, raz po raz wzmacnianą zaraźliwymi seriami kaszlu. Poprostu epidemia bronchitu.

Im bliżej było końca symfonii, tym Cyprianowi rósł niepokój. Za kilka minut na jego utworze dokonywać się będzie wiwisekcja. Zacisnął pięści, by ukryć sam przed sobą nerwowe drżenie palców. Orkiestra bierze fortissimo– raz, dwa, trzy, cztery – wzniesiona ręka dyrygenta wytrzymuje fermatę. Już!

Koniec. Oklaski, takie polskie, grzecznościowe oklaski, które padają zawsze, bez względu na wartość utworu. Może z zadowolenia, że się skończyło? Na sali szum. Przez otwarte drzwi wtarga fala spóźnialskich. Szukają miejsc, drepczą już siedzącym po nogach.

–Krystuś, możebyśmy się jednak przesiedli – próbuje Cyprian jeszcze raz.

– Bardzo mi tu dobrze. A ty będziesz miał bliżej, gdy zaczną wywoływać autora.

Chór stoi już na estradzie. Z galerii odzywają się oklaski – to ukazała się Halimirska.

– Fatalnie ubrana – posłyszał Cyprian szept Krysty.

Nie było wcale tak źle. Przeciwnie. Cyprian nic nie miał do zarzucenia białej, obcisłej, spiętej poziomkową rozetą sukni o głębokim dekolcie.

– Co ty masz do niej? – syknął Kryście.

– Do Halimirskiej? Nic, zupełnie nic. Cóż mnie taka może obchodzić.

Ręce dyrygenta wiszą nad orkiestrą i chórem, jak semafor. Nagły zryw – i buchnęła szeroko fala dźwięków. Cyprian chwycił się kurczowo poręczy krzesła i zastygł w bezruchu. Brzmi, doskonale brzmi i niesie na salę. Rytm taki jak trzeba. Króciutka pauza. Teraz chór a capella. Nieźle. Tylko basy niepotrzebnie głuszą. Ach, wszystko psują! Obejrzał się niespokojnie za siebie, bo zdawało mu się, że ktoś roześmiał się cicho na sali. Dojrzał na twarzach skupienie i zasłuchanie. W jednej chwili przestał czuć się kompozytorem, nie zdawał już sobie sprawy z usterek wykonania. Udzieliło mu się zasłuchanie sali. Chłonął muzykę.

Znów niepokój. Tak. Jeszcze tylko parę taktów chóru, potem wprowadzenie melodii przez flety – i solo sopranowe. Halimirska podniosła się i rozwinęła w rękach rulon nut. Oczy ma półprzymknięte, na policzkach wypieki. Czy wpadnie na czas?

Serce łomocze, jakby chciało wyskoczyć z piersi. No – już! O Boże! Nie wpadła. Cyprian zakrył dłonią oczy. Wszystko na nic. Co teraz będzie? W orkiestrze jakieś niewyraźne brzmienia. O, i Halimirska śpiewa. Głos jej drży, ale śpiewa. Jakoś przebrnęła. Cyprian wyprostował się. Przelotem spojrzał na Krystę i zmartwiał. Ze złym, sarkastycznym skrzywieniem ust wbijała wzrok w Halimirską. Zgniótł Kryście rękę uściskiem, aż syknęła i zaczęła ją sobie rozcierać. Może to tylko zdawało się Cyprianowi, ale miał wrażenie, że Halimirska posłała mu dziękczynne spojrzenie. A potem już nic nie pamiętał, bo śpiewaczka zaśpiewała tak cudnie, że stracił zupełnie poczucie rzeczywistości. To już nie był dla niego koncert, ale jakieś misterium przedziwne. W muzyce odnajdował siebie, przeżywał ją tak jak wtedy, gdy pomysł poematu pierwszy raz zrodził mu się w mózgu. Nie ma sali koncertowej, nie ma ludzi, orkiestry, dyrygenta, Halimirskiej. Jest tylko bardzo granatowe niebo, migocące gwiazdami, dziwaczna, czarna sylweta lasu niekłaniskiego i Krysta– ale nie ta, co koło niego siedzi. Tamta Krysta z Niekłaniszek, jakaś inna. I wszystko, co między nimi było. Aż do…

Kontrabasy wytargały ze strun ponurą melodię Salve Regina. Dreszcz przejął Cypriana. Żółta, gliniasta ziemia sypie się na trumnę ojcowską. Coś się w duszy łamie i przesila. Groza paraliżuje myśl. Serce bije, głośno bije.

Ostatnie, pomrukliwieświszczące pianissimo drży w strunach skrzypiec. I nagle, ostre pam-pam w bęben.

Chwila głuchej ciszy. A potem – oklaski. Burza oklasków. Jakby się rozpętał żywioł. I wielki krzyk: – Autor! Autor!!


[1] Plantować – równać teren pod uprawę (planta (łac.) – stopa, podeszwa). Tu czasownik użyty przenośnie w znaczeniu: zrównać z ziemią.

[2] Świstek – tu: gazetka, pisemko na niskim poziomie.

[3] Myszuge (właśc. meszuge) kopf (jid.) – szalona głowa.