Instytut Dziedzictwa Myśli Narodowej

„Szerokie Dusze” – odc. 12. IDMN publikuje powieść Stanisława Piaseckiego

12 czerwca 1941 r. w podwarszawskich Palmirach, w ramach akcji AB Niemcy rozstrzelali Stanisława Piaseckiego – redaktora związanego z obozem narodowym tygodnika kulturalnego „Prosto z Mostu”. Znany głównie ze swojej publicystyki politycznej i kulturalnej Piasecki próbował sił również na polu literackim. W związku z 80. rocznicą jego śmierci Instytut Dziedzictwa Myśli Narodowej im. Romana Dmowskiego i Ignacego Jana Paderewskiego rozpoczął publikację drukowanej w latach 1931-1932 powieści Piaseckiego „Szerokie Dusze”.

Co tydzień na stronie IDMN zamieszczany jest kolejny rozdział powieści.

***

ROZDZIAŁ XII

Mróz był siarczysty. Póki jeszcze sanie jechały drogą od dworca, wśród dwu rzędów oszroniałych wierzb, zasłaniających od wiatru, czuł się Cyprian w ogromnej, ciężkiej baranicy bezpieczny od mrozu. Reks zwinął się w kłębek na dnie sań i grzał mu nogi. Postawiony, skudłacony kołnierz baranicy utrzymywał przyjemne ciepełko koło twarzy.

Ale po paru kilometrach Pauluś zjechał w pole, by na przełaj skrócić drogę. Od razu przewiał Cypriana ostry, zimny wiatr, dmący w same oczy zmiatanymi z śnieżnej płaszczyzny igiełkami lodu. A i Paulusiowi musiał mróz dać się we znaki, bo zeskoczył z kozła i biegł przy koniach, skrzypiąc buciskami po twardym, zaskorupiałym śniegu. Po chwili znów przysiadł na sanie, ale koniom wytchnąć nie dał. Trzeba się śpieszyć, by przed nocą zdążyć do Łutowszczyzny, a jeszcze dziesięć wiorst jak obszył, nawet tędy, na przełaj i bocznymi drogami.

Żółta tarcza słońca, przeświecająca poprzez sinawą mgiełkę, zeszła już nisko. Tylko patrzeć, jak schowa się za las. Poszarzeje odrazu na świecie, migiem zrobi się ciemno, a kiedy błyśnie na niebie pierwsza gwiazdka, trzeba już koniecznie być w domu. Wilia przecież.

Cyprian zatulił się szczelniej w futro i, zasłuchany w jednostajny tupot końskich kopyt, obserwował krajobraz. Ta kapliczka na lewo, i te dachy tam dalej, przywalone śniegiem, to Podzitwa Karłowiczów. Kolebka Rapsodii litewskiej[1].

– Musi-ć ucieszy się nasza pani, oj ucieszy, że pan przyjedzie – zagadał Pauluś. – A panienki Zońki to pan i nie pozna, tak wyrosła.

Zapuścił się w długą, chaotyczną opowieść o nowinkach Łutowszczyzny.

– Nie wiesz,Pauluś– przerwał mu Cyprian – czy pani Wallenburgowa jest już w Niekłaniszkach?

Chłop spojrzał podejrzliwie, spodełba, i mruknął niechętnie:

– Nie wiem. Nic nie było słychać.

Zamilkł zaraz i z pasją zaciął konie. Wpadli w las, na przetartą drogę, i pomknęli jeszcze chyżej. Pęd powietrza świszczał w uszach i zapierał dech w piersiach. Kołnierz baranicy Cypriana coraz gęściej obrastał lodowymi soplami. Mróz szczypał w policzki, nos trzeba było co chwilę rozcierać. Byłby się jednak Cyprian zgodził z rozkoszą, żeby ta jazda trwała jak najdłużej. Nietylko dlatego, że brał go ten pęd wściekły, że wszystko w nim radowało się dawno niewidzianą przyrodą, że las pod śnieżną okiścią wyglądał jak jakaś fantastyczna, nieskończenie olbrzymia świątynia z białego i czarnego marmuru. W domu w Łutowszczyźnie czekało go to wszystko, o czym chętnie nie myślałby wcale, a co raz przecież trzeba wyjaśnić i przeciąć. Próbował listownie. Matka odpowiedziała tylko tyle i to w post scriptum: „porozmawiamy, jak przyjedziesz na święta”.

O, tak. Matka do Krysty odnosi się nieufnie. Nic zresztą w tym dziwnego. Po tym wszystkim, co było… Ale przekona się, gdy podpisany zostanie akt zwrotu Niekłaniszek. Czy tylko Krysta wróciła już z Paryża? Umówili się, że w czasie świąt to załatwią. Właściwie już jest załatwione. Tylko czcza formalność została.

Ale czemu Krysta od chwili wyjazdu nie dała znaku życia? I taka jakaś była dziwna w Warszawie. Wrzód pomogła mu w przeforsowaniu koncertu. A potem, gdy odniósł sukces, ten wielki sukces, o jakim nie marzył nawet, jakby ją to zaczęło złościć. Nie znosiła wszelkiej wzmianki na ten temat, choć przecież Cyprianowi trudno było mówić nazajutrz o czymkolwiek innym. Wiedział, że jest porywista i szusowata, a jednak, gdy mu trzeciego dnia po koncercie powiedziała, że wyjeżdża, zdębiał. Spakowała się w ciągu kilku godzin i pierwszym pociągiem… Pamiętał doskonale. Zapowiedziała mu już z okna wagonu, że pisać nie będzie, bo ją pisywanie listów nudzi. Nie bardzo wierzył. A ona dotrzymała słowa…

Sanie wynurzyły się z lasu. Znów Pauluś zjechał z drogi i na przełaj, przez pola, za wytartymi śladami, skierował się prosto na widne już zdaleka, rozpływające się w zapadającym mroku dachy miasteczka. Konie zaczęły parskać i gnały, aż grało im w brzuchach. Ściągnął je Pauluś dopiero na ulicach miasteczka, by rozpuścić znowu na drodze do Łutowszczyzny.

Reks, leżący dotąd spokojnie u nóg Cypriana, zaczął się niepokoić. Wstał i nagle z radosnym szczekaniem wyskoczył na ziemię. Jak szalony puścił się pędem naprzód. Wytarzał się w śniegu, znów wrócił ku saniom, to je wyprzedzał, to biegł obok.

– Mądra sobaka – zachwycił się Pauluś. – Poznał okolicę.

– A poznał – przytwierdził Cyprian z dumą.

Nie można mu było zrobić większej przyjemności, jak podnosząc zalety psa, do którego przez kilka miesięcy w Warszawie ogromnie się przywiązał.

Z głośnym dzwonieniem janczarów wykręciły sanie przed domem i zatrzymały się u schodów. Wściekłe ujadanie psów zahuczało Cyprianowi w uszach. To Reks staczał wojnę o swą budę, zajętą przez Norę. Wypędził sukę precz i stanął na warcie, wyszczerzając groźne zębiska. Ale gdy zobaczył, że Cyprian idzie po schodach na górę do mieszkania, pobiegł za nim. Psisko przeżywało rozdwojenie jaźni. Odezwały się w nim wspomnienia psa łańcuchowego, ale też nie chciało się rezygnować z nabytych w Warszawie praw psa pokojowego.

W sionce czekała matka. Długo trzymali się z Cyprianem w objęciach. Posiwiała jeszcze bardziej, tak że włosy miała jednolicie, mlecznie białe. Przygarbiła się, schudła, wyostrzyły się jej rysy bladej twarzy. Nie zdążył się jeszcze wycałować z matką, gdy na szyi zawisła mu Zońka.

– Stryjaszku, stryjaszku! – wołała. – Tak się już bałam, że stryjaszek spóźni się na wilię. Już do stołu nakryte, wszystko gotowe, tylko siadać.

W dalszym pokoju siedziała Helenka. Ledwie się podniosła, gdy Cyprian wszedł, i bez słowa podała mu rękę. Udał, że nie dostrzegł afrontu, i poszedł z Zońką pod drzewko, stojące w kącie i świetnie przybrane świecidełkami.

– Jak stryjaszek myśli – pytała brataniczka– co tam może być w tych paczkach pod choinką?

Dołożył swoją paczkę i stanął przy piecu, rozgrzewając zmarznięte w drodze ręce. Cześka, odświętnie przystrojona, wniosła na półmiskach rybę w galarecie, siekanego śledzia, wymieszanego z kostkami jabłek, i kołacze. Zachrzęściło siano pod obrusem.

Matka podeszła do Cypriana z opłatkiem. Coś chciała mówić, ale rozpłakała się i łkanie zdusiło jej głos w gardle. Spojrzała odruchowo na puste miejsce przy stole, gdzie zazwyczaj siadał ojciec… Helenka i Zońka pochlipywały w drugim kącie.

Usiedli do stołu i, milcząc wśród brzęku widelców, wzięli się do zakąsek. Szybko sprzątnięto je ze stołu. Nikt ich prawie nie tknął. Potem było wszystko tak, jak Cyprian pamiętał z lat dziecinnych. Zupa grzybowa z podsmażonymi uszkami, karp w śmietanie, szczupak z jajkiem, śleżyki[2] z mlekiem i makiem, kisiel żurawinowy, kompot z suszonych owoców.

Ciężki, przygniatający nastrój roztapiał się powoli pod wpływem Zońki, która rozszczebiotała się na dobre i, jak przed pół godziną szczerze płakała na wspomnienie dziadusia, tak teraz równie szczerze promieniała radością w ten wieczór, dla dzieci najweselszy w roku. Wierciła się komicznie na krześle i co chwila zerkała na choinkę, czekając z niecierpliwością, kiedy zapali się świeczki, znak, że można już dobrać się do prezentów. A gdy wreszcie stało się jej życzeniu zadość, darowała nawet bakaliom i pobiegła rozwijać paczki i paczuszki.

Głośne achy i ochy jej zachwytów przerywały co chwila opowiadanie Cypriana o ostatnim sukcesie na koncercie w filharmonii. A Cyprian się zapalił i ani się spostrzegł, że matka słucha jego opowieści z przykrością prawie. W pewnym momencie uderzył go jej wyraz oczu. Złapał się dopiero wtedy, że po raz któryś tam wymienił nazwisko Wallenburgowej i bodaj mówił o niej nie jako o pani, ale o KryścieWallenburgowej…

Helenka, która przez cały wieczór się nie odzywała, zerwała się nagle i, przechyliwszy się przez stół ku Cyprianowi, krzyknęła:

– Dosyć!

Było w jej głosie coś tak niesamowitego, że Cyprian struchlał. Odruchowo rozejrzał się, by zbadać wrażenie na innych twarzach. Zońki nie było. Wybiegła widocznie pochwalić się prezentami przed nauczycielką, która leżała chora. Matka przykryła oczy powiekami i straszliwie pobladła.

– Co ci jest, Helu? – zapytał, usiłując nadać słowom ton naturalny.

Widział, że bratowa trzęsie się cała, twarz ma zmienioną i spojrzenie półprzytomne.

– Co mi jest? – zawołała chrapliwie. – Ty się pytasz?

Pasja rozdrgała jej głos.

– Jak mogłeś– krzyczała – jak śmiałeś powiedzieć jej imię w tym domu i w ten wieczór?

Przerażenie odbiło się w jej rysach. W jednej chwili ściszyła krzyk w przejmujący szept.

– W ten wieczór – mówiła jednym tchem – kiedy on jest tu pośród nas… Nie czujesz tego?

Rozszerzonymi oczyma patrzyła w pusty róg stołu, gdzie kiedyś, za życia, siadywał ojciec. Cypriana przeszedł dreszcz, od którego drętwieją wszystkie mięśnie. Nie był w stanie ani słowa powiedzieć, ani drgnąć nawet. Jak zahipnotyzowany patrzył w ten sam punkt co ona, czując w piersiach olbrzymiejący z każdą sekundą lęk. Potworna cisza zaległa pokój. Aż nagle Helenka obróciła się twarzą ku Cyprianowi i krzyknęła przeraźliwie:

– Twój ojciec, którego ty zabiłeś!!

Poderwał się z miejsca, nieprzytomniejąc w gniewie. Równocześnie zerwała się matka i podskoczyła ku Helence.

– Helu! – próbowała chwycić ją za ręce.

Helenka odtrąciła matkę z furią i jęła krzyczeć, aż szkło zadźwięczało na stole.

– Mama ciągle chce synalka oszczędzać! Ukrywać przed nim! Zasłaniać prawdę! Och, wielki już czas było powiedzieć! Najwyższy czas!

Zwróciła się do Cypriana w najwyższej pasji:

– Ty zabiłeś ojca, ty i ta jędza Wallenburgowa! Wy we dwoje! Byłby do dziś żył, gdyby nie wy! Poprawiło mu się przecież. Och, nawet cieszył się z twego powrotu. Roił, że pomożesz mu odebrać od tej wiedźmy Niekłaniszki. I nagle… zobaczył ciebie z nią… pod samą bramą… całujących się. Tego nie wytrzymało jego serce, tego! Przez ciebie pękło!

Cyprian znieruchomiał. W głowie okropna pustka, krew łopocze w skroniach, w ustach przeraźliwie sucho, nogi jakby nie swoje. Przymknął oczy i czuł, że traci równowagę. Oprzytomnił go krzyk matki. Spojrzał. Purpurowa z gniewu, z twarzą wykrzywioną, jakiej nigdy u niej nie widział, wołała do Helenki:

– Jak ty śmiałaś to powiedzieć! Ty, która jesteś wszystkiemu winna! To ty zabiłaś ojca! Ty zaprowadziłaś go do płotku, żeby widział! Nie pomyślałaś, jakie to na nim zrobi wrażenie! Miałaś złość do Cypriana i oślepiła cię chęć zemsty! Ojciec sam nigdyby nie dostrzegł, gdybyś mu była nie zwróciła uwagi!

Helenka zbladła, zachwiała się i runęła na ziemię. Matka stała chwilę z otwartymi ustami i nagle zaniosła się jękiem:

– O Boże, Boże, co ja zrobiłam!

Rzuciła się na bezwładne ciało. Cyprian doskoczył, odsunął ją delikatnie i podniósł Helenkę na rękach. Głowa zwisała, a zwiotczałe ciało ciężkie było jak z ołowiu. Poczuł jej slaby oddech.

– Nic, mamusiu, nic. Zemdlała tylko – powiedział uspokajająco.

Przenieśli ją do sąsiedniego pokoju i ułożyli na łóżku. Po chwili otworzyła oczy i zaraz je zamknęła znowu. Ciało jej zaczęły wstrząsać drgawki.

– Zostaw mnie,Cypruś, z nią samą – posłyszał szept matki.

Wrócił do jadalnego pokoju i ciężko padł na krzesło. Odprężone nerwy wypowiedziały posłuszeństwo. Dygotał cały. Opadł głową o stół i ukrył ją w dłoniach.

Ocknął się, gdy poczuł dotknięcie ręki matki.

–Cypruś– mówiła – uspokój się dziecko moje, uspokój…

Podniósł na nią oczy.

– Czemuś mi wtedy, zaraz, nie powiedziała prawdy, gdy pytałem? – prawie krzyknął.

– Prawdy? Och, ta prawda jest taka skomplikowana… I to, co Helenka tobie zarzuciła, nieprawda, i to, co ja jej zarzuciłam, też nieprawda. Nie powinnam była tego zrobić, nie powinnam… Uniosłam się. Przestałam nad sobą panować. Na zarzut przeciwko tobie odpowiedziałam zarzutem przeciwko niej. A to wszystko niby jest tak, a jednak inaczej… Ja tylko jedna wiem, ja jedna…

Drżała.

– Widzisz,Cypruś, mnie teraz Helenki bardzo, bardzo żal, bo ją rozumiem. To straszne żyć w przeświadczeniu, że się jest winnym czyjejś śmierci. Chce się ten ciężar zrzucić na kogoś innego. Ona tyle, tyle wycierpiała… Po śmierci ojca wpadła w ciężką nerwową chorobę. Wygrzebała się jakoś, ale niezupełnie. Z takiej myśli nigdy zupełnie się wygrzebać nie można. Wiem, bo i ja się wygrzebać nie mogę. To prawda, że ojciec dostał ataku, gdy zobaczył ciebie z Wallenburgową. To prawda, że zobaczył, bo mu Helenka zwróciła na was uwagę. Ale to były tylko drobne fakty, a nie właściwa przyczyna. Ja jestem winna śmierci ojca, słyszysz, ja!

– Mamusiu!

– Nie patrz tak na mnie, jestem zupełnie przy zdrowych zmysłach. Ja jestem winna! Tym okropniej się czuję, że mogłam zarzucić winę Helence. To się stało odruchem. Chciałam ochronić ciebie. Ale teraz rozumiem, że i siebie. Ty doskonale wiesz, jaki jest mój stosunek do Helenki. Nic znoszę jej. Nie cierpię. Postąpiła wstrętnie, ohydnie, podle. Chciała cię poróżnić z ojcem. Ale nie mogła przewidzieć, że ojciec aż tak się tym przejmie. To ja powinnam była przewidzieć i starać się jakoś zapobiec…

Wstrząsnęła się.

– Widzisz, Cypruś– mówiła bardzo cicho – gdy ojciec ocknął się z paraliżu, ja z nim dużo, bardzo dużo rozmawiałam o tobie… Wtedy, kiedy wyście jeszcze wszyscy myśleli, że on jest dalej bezwładny i bardzo chory…

– Rozmawiałaś z nim? – zerwał się Cyprian.

– Tak, Cypruś… Nie powiedziałam ci tego wówczas, bo mi nie było wolno… I tak powiedziałam więcej, niż miałam prawo… Robiłam wszystko, by was pogodzić. Och, Boże, nie zapomnę nigdy zawziętego, zaciętego wyrazu twarzy ojca, gdy wspomniałam o twoim przyjeździe. „Niech mi się tu nie pokazuje!”– zawołał. Ubłagałam go, żeby nie decydował za pierwszym odruchem. Wtedy to postanowił, że będzie dalej udawał sparaliżowanego, aby móc cię obserwować. „Zobaczę, czy go można uznać za syna” – powiedział. A potem kazał mi przysięgnąć na krucyfiks, że nie zdradzę tego przed tobą…

Głos złamał się jej w gardle.

– Miałam przynajmniej czas – mówiła po chwili – by ojca urobić i przekonać, by zwalczyć w nim zawziętość na ciebie. Próbowałam wszystkich środków. Nic nie pomagało. Raz, szukając argumentów, powiedziałam mu, że w tobie może znaleźć pomoc dla odebrania od WallenburgowejNiekłaniszek, że jest już stary i schorowany, że na to trzeba młodej, świeżej energii… Widziałam, że się ożywił i że go to wzięło, więc myśl tę podsuwałam ciągle, stale, jaknajczęściej. Zapalił się. Jakoś tak się stało, że popełniłam pierwsze kłamstwo, które wydało mi się wówczas całkiem niewinnym. Powiedziałam mu, że ty się bardzo sprawą Niekłaniszek przejmujesz i że do Wallenburgowej żywisz głęboką nienawiść. Prosił o powtarzanie twoich zdań, opowiedzenie faktów, które o tym świadczą. Musiałam brnąć dalej. Widziałam, jak pod wpływem moich opowiadań nietylko topnieje w ojcu niechęć do ciebie, ale rodzi się wola zwalczenia choroby. Poprostu wracał do życia… Tworzyłam całe historie, układałam zdarzenia, jakich nigdy nie było… Nieraz późno w noc zasnąć nie mogłam, rozmyślając, co opowiem jutro, gdy mnie jak zawsze zapyta, co zaszło nowego… Ale im bardziej w nie brnęłam, tym bardziej rósł we mnie lęk, żeby się nie stało coś bardzo niedobrego…

Cyprian przymknął oczy i zacisnął dłonie, aż zatrzeszczały stawy.

– Lęk przeszedł w przerażenie – mówiła matka – gdy odczułam naprzód, niż się dowiedziałam, żeś ty właśnie wpadł pod urok Wallenburgowej. Nie mogłam o tym z tobą mówić, ani cię odstręczać od niej. Wiedziałam, że to nic nie pomoże, a tylko cię stracę. Wycofać się z tego, co roztoczyłam przed ojcem, też już było niesposób. A rzeczy szły naprzód w zawrotnym tempie, aż którejś strasznej, bezsennej nocy, posłyszałam z twego pokoju jej głos…

Znów głos zdławił się matce w gardle. Przemogła nerwy i po chwili podjęła znowu.

– To już było widmo zbliżającej się katastrofy. Wiedziałam, że trzeba się z tobą rozmówić, zapobiec nieszczęściu, póki czas, a nic mi nie było wolno, bo ojciec związał mnie przysięgą… O świcie poszłam do kościoła, do spowiedzi. Opowiedziałam w konfesjonale dziekanowi wszystko, jak było. Prosiłam o radę, co robić. Rozwiązał mnie częściowo z przysięgi i kazał ciebie ostrzec, powiedzieć ci, że ojciec nie jest już sparaliżowany. Powiedziałam…

Nastała długa cisza.

– Teraz już wszystko wiesz… – wyszeptała matka.

– Tak teraz już prawie wszystko wiem – odpowiedział Cyprian głucho.

Wstał, wyprostował się i zaczął chodzić po pokoju tam i z powrotem, tam i z powrotem. Spojrzała na niego niespokojnie.

– Wiesz, że ja jestem przedewszystkim winna – powiedziała, patrząc mu w oczy mocno, sugestywnie.

Przystanął, podniósł głowę w górę i odezwał się twardo.

– Wiem, ale zupełnie czego innego – i po chwili: –dobranoc, mamusiu.

Zamknął jej usta pocałunkiem i szybko uciekł do swego pokoju. Chciał być sam. O Boże, Boże, Boże… Stało się i już się nie odstanie. Mogiła ojcowska stoi na cmentarzu pod grubym płaszczem śniegu… Nic się nie da cofnąć, nic…

Padł na lóżko i ukrył głowę w poduszkach. Myśli układały mu się coraz wyraźniej i jaśniej.

Rano wstał wcześnie. Przy święcie wszyscy dłużej leżeli w łóżkach, więc nie spotkał nikogo. Reks tylko czatował przy drzwiach i, machając radośnie ogonem, wysunął się za Cyprianem do sionki. Gdy zobaczył, że pan wkłada futro i czapkę (niemylny znak spaceru), wyskoczył Cyprianowi na piersi z głośnym szczekaniem. Ledwie się uspokoił i to dopiero na solenne przyrzeczenie, że pan go nie zostawi.

W nocy spadł śnieg i drzewa uginały się pod grubą okiścią, migocącą w słońcu diamencikami. Cudnie było.

Po dwa schody zbiegł Cyprian na dół i pędem puścił się ku drodze. Dopiero, gdy drzewa zakryły domek w Łutowszczyźnie, zwolnił kroku. Brnąc przez kopny, świeży śnieg, skierował się prosto ku Niekłaniszkom. Była godzina dziewiąta rano, gdy znalazł się na miejscu. Obszedł dom dookoła i otworzył drzwi do kuchni. Urszulka, zobaczywszy Cypriana, wybałuszyła na niego oczy.

– Pani jest? – zapytał.

– A tak – zająknęła się. – Wczoraj na ranku pani przyjechawszy.

– Jest u siebie?

– Tak, u siebie. Je śniadanie.

– To dobrze.

Zawrócił i chciał wyjść, gdy nagle Urszulka zabiegła mu drogę.

– Zaraz, pan, zaraz. Pójdę pani powiem.

– Zwariowałaś? Sam pójdę.

Odtrącił ją, wyszedł i długo jeszcze stały mu w myśli jej przerażone oczy. Oszalała dziewczyna czy co? Ach, prawda, przecież ona jest głupowata, jak się tu mówi – przypomniał sobie.

Krysta istotnie siedziała przy śniadaniu. Była w szlafroczku. Na skrzyp drzwi obróciła się i, ujrzawszy Cypriana, drgnęła, a na twarzy jej odmalował się prawie przestrach.

– Dzień dobry… Przestraszyłem cię?

– Ach, nie – opanowała się. – Tylko nie spodziewałam się, że tak wcześnie przyjdziesz.

Zerwała się od stołu i, nie witając się z Cyprianem, zaczęła nerwowo wrzucać do otwartej walizki, stojącej w kącie, jakieś drobiazgi, porozrzucane po pokoju.

– Taki tu nieład… – tłumaczyła się.

Cyprian zdumiał się. Nie zauważył dotąd u niej zamiłowania do porządku. Zamknęła wieko walizki, rozejrzała się po pokoju i dopiero wówczas zwróciła się do Cypriana:

– Zjesz zemną śniadanie?

– Chętnie. Wyszedłem z domu tak wcześnie, że nie zdążyłem. Ale możebyś się przywitała zemną?

– No, wiesz! – roześmiała się. – Zupełnie straciłam głowę. Takeś niespodziewanie wpadł…

Podała mu rękę i podeszła do drzwi.

– Urszulka! Urszuleczka!! – wołała.

Bose stopy zadreptały w korytarzyku.

– Przynieś dla pana nakrycie! – zakomenderowała głośno. – Czekajże, czekaj! – zatrzymała ją, gdy służąca chciała odejść. – To jeszcze nie wszystko.

Wyszła z nią na korytarzyk i coś jej tam jeszcze klarowała szeptem. Wróciła uśmiechnięta.

– Aleś mi zrobił niespodziankę – mówiła. – Ale i ja mam dla ciebie niespodziankę. Zaraz się dowiesz.

– Dawno wróciłaś z Paryża? – pytał.

– Do kraju przed trzema dniami, a do Niekłaniszek wczoraj.

– Przejeżdżając przez Warszawę, u mnie nie pokazałaś się, a przecież musiałaś się zatrzymać…

– Myślałam, żeś już wyjechałeś na wieś.

– I nic nie pisałaś.

– Wiesz, że nie lubię pisać.

– Ach, tak…

– Ale pamiętałam o tobie. Onegdaj w Wilnie akt został podpisany. Ty zostawiłeś adwokatowi pełnomocnictwa, je dałam swojemu – i w godzinę sprawę załatwili. Niekłaniszki są twoje. Od pierwszego stycznia możesz je objąć.

Spojrzała, jakie to na nim zrobiło wrażenie, ale Cyprian miał minę całkiem obojętną.

– Nie cieszysz się? – zdziwiła się.

– Owszem…

– Tylko żebyś mi procenty płacił punktualnie! – pogroziła mu palcem.

Coś było w całym jej tonie sztucznego.

– Przenosisz się do Werkliszek? – zapytał Cyprian.

Spuściła oczy.

– Ach, widzisz, to długa historia… Nie… Muszę znów wracać zagranicę. Przyjechałam, by uregulować wszystkie sprawy i dlatego…

– Na długo wyjeżdżasz?

Krysta zawahała się. Ale Cyprian nie czekał odpowiedzi. Wstał i nagle zaczął zupełnie innym tonem:

– To wszystko jest nieważne, słyszysz, nieważne! – podnosił głos coraz bardziej. – Chcę z tobą mówić o czym innym, stokroć ważniejszym!

Weszła Urszulka i postawiła przed Cyprianem filiżankę, talerzyk, sztućce. Zamilkł i patrzył na służącą, wściekłym wzrokiem.

– Nalać ci kawy? – spytała Krysta z uśmiechem.

Skinął głową. Urszulka kręciła się jeszcze przy stole i zbierała, co już niepotrzebne na tacę. Podniósł filiżankę do ust i śledził pilnie, kiedy kocmołuch się wyniesie. Marudziła, jakby na coś oczekując. Gdy Cyprian smarował chleb, coś jej tam Krysta szepnęła do ucha i nareszcie służąca wyszła.

– Chciałeś mi coś powiedzieć – odezwała się Krysta pierwsza.

– Tak… – spojrzał na nią i uderzył go wyraz jej twarzy, dziwnie obcy i odpychający.

– Słucham cię – przerwała milczenie tonem zniecierpliwionym i oschłym.

–Krysta! – wybuchnął. – To jest dla mnie niesłychanie ważne i chciałbym, żebyś się wczuła dobrze w motywy, które mną kierują.

– Będę się starała – odpowiedziała tym samym tonem co poprzednio i spojrzała mu prosto w oczy, mrużąc niepokojąco powieki.

Cyprian skupił się w sobie. Ważył coś chwilę w myślach – i zapytał rozdrganym głosem:

– Czy ty wiesz, dlaczego umarł mój ojciec?

Lekki skurcz w kącikach ust i obojętna odpowiedź:

– Nie interesowałam się tym bliżej. Przypuszczam, że to był atak apoplektyczny.

– Tak, ale co go spowodowało! – krzyknął Cyprian.

– A skądże ja mam o tym wiedzieć?

Spojrzał na nią uważnie. Twarz miała matową, bez wyrazu, oczy zapatrzone w białą okiść, zaglądającą do okna.

– Pamiętasz ranek po pożarze? – zapytał nagle.

– Pamiętam.

– Odprowadziłaś mnie do Łutowszczyzny.

– Owszem, odprowadzałam.

– Na skraju lasu chciałem cię pożegnać. Powiedziałaś, że mnie odprowadzisz dalej.

– Nie potrzebujesz mnie, Cyprian, przekonywać, że masz doskonałą pamięć. Wiem o tym nie od dziś.

– Czekaj! Nie przerywaj! Pod bramą, gdy żegnaliśmy się, pocałowałaś mnie. Czy… czy… zauważyłaś przedtem, że ojciec stoi w ogrodzie i widzi nas? – wyrzucił z siebie jednym tchem.

Zerwała się z krzesła ze złym błyskiem w oczach.

– Cóż to? – krzyknęła. – Śledztwo?!

– Ja to muszę wiedzieć, rozumiesz, muszę! – zagłuszył jej słowa krzyk Cypriana. – Wtedy, właśnie wtedy ojciec padł rażony apopleksją. Tak się złożyło, że sądził, iż ja będę mu pomagał w rozegrania walki z tobą. I nagle zobaczył, jak ty, osoba, której nienawidził z całej duszy…

Głos uwiązł Cyprianowi w gardle, bo wtem Wallenburgowa zaniosła się głośnym, długim śmiechem. W pierwszej chwili chciał się na nią rzucić, ale było w jej śmiechu coś tak niesamowitego, że zatrzymał się w pół kroku. Patrzył na nią z przerażeniem. Dostała ataku histerycznego czy co? Śmiała się ciągle, coraz szerzej, coraz hałaśliwiej.

Urwała niespodziewanie, spięciem brwi w jeden łuk opanowała twarz i gdy Cyprian stał jeszcze ogłuszony, zwróciła się do niego zduszonym, przejmującym głosem:

– Więc ty sądzisz, że nienawiść do mnie zabiła twego ojca? Starcza nienawiść, pozbawiona nagle ostatniej nadziei zemsty? Och, jakiś ty naiwny! To była zazdrość, nic innego, tylko zazdrość. Ten człowiek… zresztą zaraz się przekonasz sam…

Pobiegła do sekretarzyka i czegoś szukała po szufladkach. Cyprian patrzył na nią z coraz większym niepokojem. Nic nie rozumiał. Czy jej się coś nie pomieszało w mózgu?

Wróciła i rzuciła mu paczkę listów. Rozsypały się po stole.

– Czytaj! – zawołała rozkazująco.

– Co to jest? – popatrzył na nią zdumiony.

– Czytaj! – powtórzyła.

Spojrzał na pierwszy z brzegu list. Równe szerokie, wielkie litery ojcowskiego pisma. Straszny lęk najgorszego, choć zupełnie nieokreślonego przeczucia ścisnął mu serce. Szeregi liter łamią się przed oczyma, skaczą, zlewają się w jedną szarą plamę i formują się znowu.

Widać wyraźnie: „Najdroższa pani Krysto!”

„Niech pani nie igra z moją miłością”

Jednym zamachem ręki odrzucił Cyprian listy od siebie. Chciał się zerwać, ale nogi wypowiedziały posłuszeństwo. W głowie huk taki, że zda się rozsadzać skronie. Usta poruszają się, ale nie mogą wymówić słowa. Wreszcie zupełnie bezdźwięcznie:

– Pocoś mi to pokazała?…

– Bo cię mam dosyć! –wybuchnęłaKrysta. – Powyżej dziurek od nosa! Sameś sprowokował! Chciałam, byśmy się rozstali jakoś zgodnie, bezboleśnie, spokojnie. Wszystko zrobiłam, żeby tak właśnie się stało. Bo pomimo twego irytującego mazgajstwa, twego braku woli, niezdecydowania i sztubackiej nieporadności, a może właśnie dlatego, mam do ciebie jakiś głupi sentyment. A tyś się uwziął rozmazywać stare dzieje w sam raz dziś, w ostatni dzień. Żebyś to przynajmniej umiał zrobić z charakterem, raz do diabła stanowczo! I to nie. Okólną, lękliwą drogą. Więc masz! Wiedz! Wszystko, co było, i wszystko, co o tobie myślę!…

Zatchnęła się z pasji.

– Jakże ciebie inaczej wyobrażałam sobie, zanim cię poznałam! – podjęła znowu. – Interesowałeś mnie podwójnie. Po pierwsze jako syn tamtego, który już przestał się liczyć, bo leżał sparaliżowany. Naturalny dziedzic walki. Ale gdzież tobie do niego! Od pierwszej niemal chwili miałam cię w garści. Łudziłam się, żeś się może przyczaił. Nie, w tobie nie ma nic z ojca. W matkę się chyba wdałeś. W jej uległość i zahukanie, żebyś wiedział, jak mnie nieraz irytowałeś! Byłabym cię dawno przegnała, gdyby nie ten drugi człowiek w tobie, który mnie interesował przede wszystkim: wielki muzyk, autor Rapsodii huculskiej i Ewy

Twarz jej poszarzała.

– Ale ten drugi był przedemną zamknięty na siedem pieczęci, niezrozumiały, opancerzony. Myślałam, że wtargnę w to lwie wewnętrzne życie, gdy zacząłeś pisać muzykę do mego wiersza. Gdzie tam! Kiedy muzyk dochodził w tobie do głosu, przestawałam dla ciebie istnieć tak dalece, że nawet ten pierwszy człowiek w tobie oddalał się odemnie, i ja o tego mazgaja, który był dla mnie niczym, musiałam zabiegać. A musiałam, bo przecież to tylko się tak mówi, że w tobie jest dwóch ludzi. Jesteś jeden, Cyprian Rząśnicki, autor Ewy, o którego potrafiłam być nawet zazdrosna!

Wstrząsnęła głową.

– Nie, to nie dla mnie. Mieć kogoś na każde skinięcie, a nie mieć tego, co jest w nim coś warte – to wściec się można. I zatęsknić za kimś prostym, mniej skomplikowanym, poprostu kawałem chłopa, o zdecydowanych, męskich reakcjach. Bo przecież nawet twój męski stosunek do mnie był tak mało męski! Nieraz myślałam, co cię przy mnie trzyma. Nie namiętność, tylko zmysły i to grające półtonami, jakąś chromatyczną gamą!

Cyprian słuchał oniemiały, w podświadomości, że to może być rzeczywistość. Od pierwszego świstu jej słów skulił się, skurczył, zgarbił. Potem przestały działać. Ogarnęło go jakieś znieczulenie. Wiedział, że to o nim Krysta mówi, a słuchał, jakby mówiła o kimś obcym. I czuł zarazem, że coś się w nim rodzi, czego nigdy nie zaznał, a co przepaja coraz bardziej całą jego istotę, sprężając rozdrgane nerwy.

– Ty nie byłbyś zdolny do wielkiej namiętności! – zaniosła się Krysta krzykiem. – Może ją wyładowujesz gdzieindziej, w sztuce, nie wiem tego. Ale w twoich oczach mogłam zobaczyć tylko pożądanie, nigdy żądzę. Co ty wiesz o tym! Choćby o takiej starczej, oślepłej na wszystko namiętności twego ojca, który nie wahał się dopuścić do fikcyjnej licytacji Niekłaniszek, byle choć tą drogą związać się silniej zemną, zdobyć możliwość częstszego widywania mnie. Który starał się mnie omotać wszelkimi możliwymi sposobami, nie bacząc na to, że daje mi sam do ręki broń, jeśli wypadnie walka! Co ty wiesz o żądzy, która poddała mu szaloną myśl niepłacenia mi procentów, byle tylko, narażając samego siebie na najgorsze, zmusić mnie do powrotu z zagranicy, mieć mnie bliżej!

Cyprian zerwał się, jak podrzucony sprężyną. Kipiało w nim wszystko.

– Milcz! – ryknął na całe gardło.

Na drgnienie oka odmalowało się w twarzy Krysty zdumienie i rysy stężały jej w godną maskę. Stała naprzeciw Cypriana, zadyszana jeszcze, z falującymi piersiami, i mierzyła go spod przymrużonych powiek.

– Jak śmiałaś – krzyczał – mówić to przedemną o moim ojcu! Jak ty śmiałaś! To podłość! I kłamstwo pewnie!

Twarz Krysty zrobiła się straszna.

– Coś ty powiedział? – rzuciła przez zęby.

– Co słyszałaś.

Półpochylona, z zaciętymi ustami, zaczęła iść ku niemu. Wyprostował się.

– Nie przestraszę się ciebie! – zawołał.

Szła dalej i gdy stanęła tuż przed Cyprianem, nagłym ruchem ręki zerwała harap, wiszący na ścianie.

– Nie przestraszysz się? – krzyknęła.

W tej samej sekundzie z całej siły, na oślep, grzmotnęła go harapem przez piersi. Poczuł piekący ból. Instynktownie zasłonił ramieniem twarz. Spadło na niego uderzenie drugie, trzecie, czwarte, przez ramię, przez plecy, przez piersi. Zwinął się, sprężył, złowił moment, gdy podnosiła ramie, skoczył i zdusił jej wściekłym chwytem przegub ręki. Nie wypuszczała harapu. Martwiejące palce zaciskały się ostatkiem wysiłku woli. Już, już miały puścić, gdy nagle Cyprian poczuł w ręce straszny ból i zwolnił uścisk. Wallenburgowa wpiła mu się zębami w dłoń.

Mgła onieprzytomniającego gniewu zasnuła Cyprianowi oczy. Runął na Wallenburgową całym impetem, wyrwał jej harap i, nie widząc gdzie i jak bije, zaczął ją smagać, z całych sił, raz po razie. Padła na ziemię. I to go nie oprzytomniło. Zapamiętał się w furii i walił dalej, aż nagle poczuł, że uderzenie harapa klasnęło o drzewo podłogi.

Wallenburgowa kocim ruchem wysunęła się i jednym skokiem znalazła się w kącie pokoju. W podartym, postrzępionym szlafroku, z rozburzonymi włosami i czerwoną pręgą w poprzek twarzy wyglądała upiornie. Oparła się o ścianę i, przesuwając się powoli ku komodzie, pałającymi, krwią nabiegłymi oczyma śledziła każdy ruch Cypriana.

Teraz dopiero, w tym chwilowym odprężeniu, jakie nastało, wdarło się do świadomości Cypriana przeraźliwe szczekanie Reksa, którego, wchodząc tu, zostawił za drzwiami. Pies, słysząc odgłosy walki, za wszelką cenę chciał dostać się do pokoju. Słychać było jego rozpaczliwe drapanie pazurami o drzwi. Cyprian rzucił okiem w tamtą stronę. Klamka, do której widocznie pies skakał, drżała.

Nagle Cyprian poczuł w mózgu coś jak sygnał ostrzegawczy. Instynktownie odwrócił się ku Wallenburgowej. Widział, jak chwyciła z komody rewolwer i błyskawicznie wymierzyła go w Cypriana.

– Drogo mi teraz zapłacisz! – krzyknęła.

Drzwi otworzyły się z łoskotem i niemal równocześnie gruchnął strzał. Cyprian poczuł wzdłuż skroni pęd powietrza i coś jakby sparzenie. W tejże samej chwili Reks rzucił się na Wallenburgową. Kopnęła go w szczękę, aż zaskomlał, ale zachybotała się. Cyprian doskoczył i chwycił ją za rękę. Znów huknął strzał, już ostatni, bo Cyprian drapieżnym zrywem palców wyłuskał jej browning z dłoni.

Szamotała się jeszcze. Aż Cyprian wykręcił jej ręce, skrzyżował na plecach i zdusił żelaznym chwytem. Schował rewolwer do kieszeni, obrócił Wallenburgową ku sobie, twarzą w twarz, i spojrzał jej w oczy.

– No co? – warknął.

Spuściła powieki, zaciśnięte kurczowo wargi drżały. Przyglądał się jej chwilę z uczuciem rosnącej odrazy i nagle cisnął ją o ziemię, aż coś w deskach trzasło. Wyprostował się, zawołał psa, wziął futro i, nie oglądając się, wyszedł z pokoju.

Pies skomlał cicho, tulił się do niego i lizał go po rękach.

– Dobry pies, dobry – pogładził go po głowie. – Obronił pana.

Psisko dygotało na calem ciele.

– Zdenerwował się piesek – gładził go uspokajająco. – Nie lubisz strzałów, Reksik, prawda?

Wyszli na mroźny, słoneczny, oślepiająco wyiskrzony migotaniem śniegu dzień. Tu dopiero Cyprian nałożył futro na ramiona i nacisnął czapkę na głowę. Na ręce spostrzegł krew. Przyjrzał się sobie w lusterku. Wzdłuż skroni widniała sina pręga, tu i ówdzie naznaczona kropelkami zakrzepłej już krwi. Jak zadrapanie. Wstrząsnął się i przyśpieszył kroku.

Byle znaleźć się jaknajprędzej daleko stąd. Szedł coraz szybciej, ze spuszczoną głową, czując w mózgu straszliwy chaos. W bramie parku niemal wpadł na Urszulkę, która stała rozkraczona, rozglądając się po polach.

– Co ty tu robisz? – wsiadł na nią.

– Ja… ja… – spłoszyła się.

– Zamiast się tu wygapiać, wracaj do domu – huknął. – Będziesz pani potrzebna! Do okładów – dodał z jakąś zawziętą radością i aż sam się zdziwił, skąd się to w nim wzięło.

Spojrzała na niego z przerażeniem w oczach i pędem puściła się ku dworowi.

Ani się za nią obejrzał. Szedł dalej przez białą płaszczyznę, starając się jaknajprostszą linią przesiać pole. W głowie ciągle pustka. Złapał się na tym, że nie wiedzieć poco, rachuje własne kroki.

Wszedł w las. Coś tam miga między drzewami. Cudak jakiś. Dziwaczna czapa na głowie, żółte, krótkie, reniferowe futro powyżej kolan. I strzelba przez ramię. W skórzanym, błyszczącym, nowiutkim futerale. Zupełnie Sontagsjager z Simplicissimusa[3]. Zobaczywszy Cypriana, zaczął kiwać na niego ręką. Zbliżyli się do siebie. Nieznajomy zdjął czapkę.

– Przepraszam pana bardzo – zagabnął Cypriana. – Czy ja wyjdę tędy do dworu w Niekłaniszkach? Dobrze idę?

Cyprian drgnął i przyjrzał mu się bacznie.

– Dobrze pan idzie – odpowiedział po dłuższej chwili. –Prosto, jak strzelił.

– Dziękuję bardzo. Bo widzi pan – rozgadał się nieznajomy – wyszedłem dziś o świcie, myśląc, że uda mi się coś upolować, a że pierwszy raz jestem w tych stronach, bałem się, czy nie zabłądziłem. Dopiero wczoraj rano przyjechałem do Niekłaniszek.

Urwał nagle. Widocznie dostrzegł w wzroku Cypriana coś niepokojącego, bo zmieszał się i wybąkał:

– Przepraszam… i jeszcze raz dziękuję…

Oddalił się szybko.

Cyprian stał jak wryty. Tę twarz skądś zna, już ją kiedyś widział. Aha! Toż to ta sama obleśna gęba z dancingu w Warszawie! Więc tęsknota Krysty za kawałem chłopa przestała być tęsknotą, a stała się faktem. Przyjechali razem. I pewnie razem z nim jedzie zagranicę. Ach, więc dlatego to zdenerwowanie, gdy niespodzianie dziś rano… I poto Urszulka wysłana była na czaty…

Obrócił się gwałtownie. Następcy nie było już widać.

Śpiesz się, śpiesz! – pomyślał z dziką satysfakcją. – Wątpliwe jest, czy pani Krystyna Wallenburgowa zechce się dziś i jutro, i pojutrze, komukolwiek pokazywać! Trzeba się naprzód wygoić.

Rozejrzał się wokół. Gdzie jest Reks? Nigdzie go nie było widać. Gwizdnął przeciągle, ale pies się nie zjawił. Zaczął nasłuchiwać i posłyszał coś jakby ciche skomlenie. Poderwany niepokojem, pobiegł w tamtym kierunku. Na śniegu ślady krwi. Prędzej, prędzej! Pod krzakiem, we krwi, leży Reks. Próbuje się przyczołgać…

Doskoczył do niego i ujął delikatnie jego głowę w dłonie. Aksamitne, mądre, a teraz jakoś dziwnie zamglone psie oczy spojrzały boleśnie na Cypriana.

– Co ci, piesku? Co ci to? – gładził mu sierść. – Postrzeliła cię, kiedyś mnie bronił? Wyleczymy pieska, wyleczymy…

Mówił tak, chcąc się sam oszukać, ale widział, że ciałem psa wstrząsają już ostatnie drgawki. Jeszcze raz spojrzało psisko z rozpacznym wyrazem w oczy pana, próbowało go polizać w rękę, ale już pysk mu opadł w śnieg i nogi wyprężyły się nagle strasznym rozkurczem.

Znieruchomiał.

Cypriana ogarnęło omroczenie. Nie wiedział, kiedy wstał i zaczął gdzieś iść przed siebie, przez las, pola, drogi. Nie zdawał sobie dokładnie sprawy z tego, co go otacza. W mózgu jakiś piekielny kołowrotek myśli. Żal ściska serce, w piersiach wzbiera wściekłość. Wspomnienia palą wstydem, niesmak wykrzywia rysy. Jak mógł, jak mógł tak długo z tą… tą… Każde najgorsze określenie jest za słabe. Ach, żeby wiedziała, czego jej życzy!

Myśli kłębią się w głowie i huczą. Jedno powraca coraz uporczywiej i coraz silniej się wybija. Ojciec, ojciec, ojciec… Ten oschły, groźny despota, zmora lat dziecinnych, a teraz taki bardzo, bardzo bliski…

Dzwonki sanek natrętnie wkręcają się w uszy. Przecież dziś wielkie święto. Ludzie jadą do kościoła. Widać doskonale wysoką, w czapie śniegowej wieżę. I mur dookoła i ponad nim wysterczające cmentarne krzyże. Ani się Cyprian spostrzegł, kiedy tu zaszedł.

Podniósł głowę, opanował się i zdecydowanym krokiem poszedł ku kościołowi, otoczonemu wieńcem furmanek i wyprzężonych koni. Przecisnął się przez ciżbę, stłoczoną w furcie, i wszedł na cmentarz. Równym szeregiem stoją nagrobki Rząśnickich. Na końcu ten ostatni, niedawno postawiony. Na szarym granicie, świeże, złote, błyszczące litery:

ś.p. Ksawery Maciej Rząśnicki…

Cyprian padł na kolana i oparł czoło o zimny kamień. Trwał tak długo, długo, aż przez mury kościelne zahuczały organy i na cmentarz spłynął stłumiony, słuchy pogłos chóralnego śpiewu.

Wstał i wszedł do kościoła. Stanął zaraz przy wejściu, z boku, w jakimś okropnym poczuciu, że dalej iść nie ma prawa.

Spojrzał poprzez tłum. W lewej nawie jest Pan Jezus w czerwonej sukience, do którego modlił się, dzieckiem będąc, dawno, dawno temu. Ten sam. I nawet doniczki z cyklamenami, stojące na białym obrusie ołtarzyka, zdają się być te same…

Uklęknął. Tam, w głównej nawie, pośrodku, stała czarna trumna ojca, gdy tu był ostatni raz. A poprzedni raz był w tym kościele z panem Piotrem, Adą i Marysią Jacuńską… Wstąpili po niego, jadąc z Kiemielicz, i zabrali go. Wstrząsnął się. Marysia…

O Boże, Boże, Boże!…

Ukrył twarz w dłoniach i zapadł w bolesną kontemplację.

Organy ucichły, słychać było w kościele długie pochrząkiwanie. Ksiądz wszedł na ambonę i monotonnym, nosowym głosem zaczął odczytywać zarządzenia parafialne. Przerwał na chwile i znowu coś czytał. Cyprian drgnął i wytężył słuch. Wyraźnie:

– Piotr Jacuński, obywatel z majątku Kiemielicze, kawaler, lat pięćdziesiąt dziewięć, z Marią Jacuńską, panną, lat dwadzieścia trzy, za indultem[4], zapowiedź pierwsza i ostatnia…

KONIEC

Okopy, sierpień 1931 – Warszawa, styczeń 1932.


[1]Rapsodia litewska – utwór Mieczysława Karłowicza (1876–1909), w którym kompozytor, wychowany w guberni wileńskiej, starał się, jak sam wspomniał kiedyś, „zakląć […] cały żal, smutek i niewolę wiekuistą tego ludu, którego pieśni w mym dzieciństwie brzmiały”.

[2]Śleżyki – rodzaj ciastek.

[3]Sontagsjäger – (niem.) dosł. niedzielny strzelec, niewprawny myśliwy, jeden z bohaterów XVII-wiecznej powieści łotrzykowskiej Przygody Simplicissimusa Hansa Jakoba Christoffela von Grimmelshausena.

[4] Indult – w prawie kanonicznym: zezwolenie władz duchownych na odstąpienie od przepisu kościelnego.