„UE – i nie tylko – w walce z chrześcijańską tradycją”. Ryszard Czarnecki. Obowiązki polskie.

Różne widma krążyły nad Europą. Pierwsze opisał Karol Marks – i był to komunizm. Teraz widmo, które krąży nad Starym Kontynentem w ostatnich latach, jest staro-nowe: chodzi o widmo szaleńczej laicyzacji.

Ostatnie, jakże konkretne propozycje Komisji Europejskiej, a precyzyjnie rzecz ujmując, „podręcznik” zaproponowany za zgodą KE przez socjalistyczną komisarz z Malty Helenę Dali o tym właśnie świadczą. Ów żenujący dokument domaga się zastąpienia określenia  „Boże Narodzenie” – pojęciem  „okres świąteczny”!  Kolejne przykłady unijnych kanonów politycznej poprawności są egzemplifikacją, jak bardzo Bruksela w ostatnim czasie „jedzie po bandzie”. Jak inaczej odebrać jej żądanie, aby kojarzące się z chrześcijaństwem (i chrześcijańskimi świętymi) imiona „Maria” i „Jan” zastąpić bardziej „neutralnymi” i ponoć bardziej strawialnymi dla muzułmanów imionami „Juliusz” i „Malika”?  Podobnym szaleństwem w rzeczy samej jest inne żądanie, aby unikać mówienia per „Pan”, „Pani”. Teraz, miałoby się używać form „neutralnych”, aby nie urazić osób „nienormatywnych”, takich, które mają problem z określeniem, jakiej są płci, albo uważają, że są trochę takiej i trochę takiej. Zatem w obawie przed narażeniem się promilowi społeczeństwa Komisja Europejska chce terroryzować ideologicznie 99% pozostałych obywateli swoich państw członkowskich. Na indeksie jest również słowo „homoseksualista”. A jeszcze przecież niedawno było to pojęcie eleganckie, które zastąpiło inne, bardziej popularne i dosadne, w rzeczy samej, określenie. Teraz i to, co było dotąd objawem „języka postępu” i dowodem na „political correctness” -stało się wsteczne, reakcyjne, nie nadążające za „duchem dziejów”, po prostu „passe”.   

Ciekawe, swoją drogą, kiedy również zakazane będzie słowo „gej”? Dzisiaj jeszcze jest w porządku, ale za parę lat, albo krócej – kto wie?

To jasne, że język nie powinien obrażać, poniżać, deprecjonować. To „oczywista oczywistość”. Jednak ustępowanie muzułmanom – albo korzystanie z takiego pretekstu, żeby ustąpić – i przekreślanie nie tylko historycznej rzeczywistości, jaka jest chrześcijańska Europa, ale również codziennej rzeczywistości ponad 400 milionów europejskich chrześcijan, żyjących w UE-27 jest czymś tak absurdalnym i tak ,powiedzmy wprost, głupim, że jak najgorzej świadczy o owych „laicyzatorach”.

Znany mi krakowski prawnik, bardzo młody człowiek, przekonany liberał, a nawet libertarianin, mający dystans, delikatnie mówiąc, do formacji rządzącej, jak tylko dowiedział się o żądaniach Komisji Europejskiej odnośnie korygowania w duchu „politycznej poprawności „języka Europejczyków” – a więc także nas, Polaków – najpierw nie mógł w to uwierzyć, traktując to jako antyunijny, euronegatywistyczny fake news, a jak już uwierzył, to ku osłupieniu własnej rodziny stwierdził, że on w takim razie będzie popierać „pana Kaczyńskiego”, bo dopóki on rządzi to Polska do takich brewerii nie dopuści. To dobry przykład na to, jak ludzie odlegli od tradycyjnej prawicy, jak tylko usłyszą kolejne brukselskie decyzje, przypominające klimatem skecze Monty Pythona o „Ministerstwie Szalonych Kroków” – to i oni nawet już nie zdzierżą, tylko szukają przy boku szabli gotowi ciąć na wszystkie strony – ale przede wszystkim w lewo – w obronie Ojczyzny i Matki Boskiej, jak ich przodkowie.     

Żeby było jasne: stanowczo sprzeciwiam się przypisywaniu tych tendencji szaleńczego laicyzowania, przypominających instrukcje komunistycznych agitatorów z epoki słusznie minionej – wyłącznie czy głównie Unii Europejskiej. Poszczególne instytucje unijne grają w tym teatrze absurdu czołowe role, ale bynajmniej nie są jedynymi aktorami tej groteski. Zwracam uwagę na podobne tendencje występujące w poszczególnych krajach członkowskich Unii Europejskiej w ostatnich dziesięciu latach. Świadczą o tym dobitnie decyzje sądów we Włoszech czy we Francji, które zakazywały umieszczania krzyża w szkołach, aby rzekomo nie wywoływać religijnych konfliktów z mniejszością muzułmańską. Świadczy też o tym przykład, uwaga, uciekiniera z Unii Europejskiej, państwa rządzącego przez konserwatystów(!) czyli Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej. Ono dawno już skapitulowało: szopki Bożonarodzeniowe są tam na cenzurowanym, zamiast świętego Mikołaja jest… bałwan (sic!) – „Snowman”, a w miejsce elfów zajęły Bogu ducha winne pingwiny (skądinąd bardzo rodzinne stworzenia). Jak widać, można dokonać Brexitu, pokłócić się z Unią gospodarczo i politycznie na śmierć i życie, a jednocześnie pozostać integralną częścią unijnego ideologicznego mainstreamu. Nie mówiąc już o tym, co działo się w Stanach Zjednoczonych do wyboru prezydenta Donalda J. Trumpa, a co teraz ruszyło ponownie, tyle że w jakże przyspieszonym tempie, jakby liberałowie (na warunki europejskie – lewica) chcieli nadrobić czas stracony dla ideologicznej rewolucji podczas ostatnich czterech lata Republikanów w Białym Domu.

Reasumując zatem: Unia Europejska nie jest wcale kreatorem tego szaleństwa, jest „tylko” – albo „aż” jego istotnym, może i kluczowym, na pewno jakże zasobnym w środki dla realizowania „Postępu” – graczem.     

A co na to Polska i Polacy? Reagujemy zdroworozsądkowo, szyderą, obśmianiem wariactwa, pukaniem się w głowę i pokazywaniem, że poronione pomysły lewicowej pani komisarz z Malty, reprezentującej przecież nie siebie, tylko całą Komisje Europejską – to synonim obciachu. Niestety, obciachu bardzo groźnego i ekspansywnego, działającego planowo i systematycznie – i tym bardziej przez to niebezpiecznego.         

Nie lekceważmy tego szaleństwa – ale też nie bójmy się z nim walczyć. Jest z czym. Jest też przede wszystkim o co, Drodzy Rodacy…