Jan Żaryn: Narodowcy a Wielkie Ślubowanie Młodzieży Akademickiej

86 lat temu, 24 maja 1936 roku, w 280. rocznicę ślubów lwowskich króla Jana Kazimierza, miało miejsce Wielkie Ślubowanie Młodzieży Akademickiej na Jasnej Górze.

Jedną z najciekawszych organizacji katolickich powstałych i działających w II Rzeczypospolitej – a konkretnie w Warszawie, było stowarzyszenie Katolicka Młodzież Narodowa, zwane „kamieniarzami”. Jej początki sięgają czasu po zamachu majowym 1926 roku, kiedy to w łonie Stowarzyszenia Katolickiej Młodzieży Akademickiej „Odrodzenie”, w jego kole warszawskim, doszło do rozłamu. Początkowo wystąpiła z niego grupa bodaj kilkudziesięciu członków, działaczy bardzo aktywnych i młodszych od ówczesnego kierownictwa z Antonim Chacińskim na czele (ten zaczynał studia jeszcze przed I wojną światową, a rozłamowcy już w II RP). Do grupy tej należeli m.in. Stanisław Brzeziński, Czesław Strzeszewski czy Janusz Pajewski. Powody rozłamu były liczne; po pierwsze iskrą stało się wyrzucenie z „Odrodzenia” zasłużonej działaczki, Anny Drużbackiej, stojącej w opozycji do ówczesnych władz stowarzyszenia. Drugim powodem był konflikt pokoleniowy. Wydaje się jednak, że głębszą przyczyną był spór na tle ideowym, mający także podłoże polityczne. Rozłamowcy utożsamiali się z ówczesnym ruchem narodowym i przez endecję byli też wspierani w bieżącej prasie opisującej konflikt. „Odrodzeniowcy” z kolei, związani z ruchem chadeckim, podkreślali – ich zdaniem – fundamentalną różnicę między obydwoma nurtami ideowymi: „Razi was – pisano w „Prądzie” na temat endecji – nasza szczera praca nad rozbudową i pogłębieniem myśli katolickiej w Polsce, nasz szczery i oddany stosunek do Kościoła katolickiego i głęboka wiara w jego wielką rolę wychowawczą w Polsce. My Jego nie uważamy za narzędzie lub pozycję wygodną tylko w naszym myśleniu narodowym, ale jako nieśmiertelny fundament i opokę, na której tylko wyrosnąć może zdrowy patriotyzm i głęboka myśl narodowa. Inne jest rozumienie katolicyzmu, jego mocy twórczej, jego roli, aniżeli wy mu wykreślacie w swojej filozofii i myśli nacjonalistycznej”.

Spór ten, widoczny szczególnie w pokoleniu młodej generacji Polaków, między ruchem chadeckim i narodowym, z punktu widzenia polskich nacjonalistów zaprezentował z kolei twórca obozu narodowego Roman Dmowski w wydanej w 1927 roku pracy Kościół, naród, państwo. Dowodził w niej m.in., iż oskarżenia chadeków o instrumentalne traktowanie katolicyzmu są krzywdzące, i po prostu nieprawdziwe: „Polityka Narodu katolickiego musi być szczerze katolicka. To znaczy, że religia, jej rozwój i siła, musi być uważana za cel, że nie można jej używać za środek do innych celów, nic wspólnego z nią nie mających” – pisał. Co nie znaczy, że sporów politycznych wśród czynnych politycznie katolików nie było; były one widoczne – dowodzili narodowcy – w sferze politycznej, która nie powinna należeć do kompetencji stowarzyszenia katolickiego, w tym przypadku KSMA „Odrodzenie”, a do partii. Zamach majowy ujawnił zaś bierność środowisk akademickich związanych z chadecją, czyli ze wspomnianym Antonim Chacińskim, który jednocześnie prezesował „Odrodzeniu”, a zatem ruch opowiedział się po jednej stronie politycznego wyboru i konfliktu zarazem. Postawa kierownictwa „Odrodzenia” wzmogła krytykę w jego kole warszawskim, w którym dominowali młodzi związani politycznie z Młodzieżą Wszechpolską i podzielającą jej poglądy na temat nacjonalizmu, czy też na temat zaangażowania się młodzieży akademickiej i dawania świadectwa wobec zła, które stało się faktem za sprawą zamachowców z maja 1926 roku, de facto socjalistów. Chodziło zatem, zdaniem działaczy powstającego KMN, o definicję patriotyzmu i o dyskusję na temat postawy katolika wobec zła dziejącego się w przestrzeni publicznej. Spór dotyczył zatem także chadecji, której przedstawiciele mieli rzekomo lub naprawdę wpływ na zarząd „Odrodzenia”, a których bierność irytowała młodych studentów o poglądach narodowych, krytykowanych z kolei za rzekome wykorzystywanie katolicyzmu i organizacji religijnej do budowania postaw politycznych i poglądów nacjonalistycznych. Jak zobaczymy, te wzajemne oskarżenia o instrumentalne traktowanie przestrzeni Kościoła katolickiego stały się także podstawą wyboru za lub przeciw angażowania się studentów w przygotowanie do aktu Akademickich Ślubów Jasnogórskich.

Ale wróćmy jeszcze do zamachu majowego. W efekcie ówczesnej dyskusji, najpóźniej w listopadzie 1926 roku (być może już wcześniej, we wrześniu) w Warszawie powstało stowarzyszenie Katolicka Młodzież Narodowa na czele ze Stanisławem Brzezińskim. Jego siedzibą stał się Dom Katolicki przy Krakowskim Przedmieściu 1, przy kościele Świętego Krzyża. Tutaj też mieściła się redakcja pisma „Młodzież Katolicka”, której redaktorami byli de facto członkowie KMN (powołano też osobne pismo „Bez Przyłbicy”, ale z racji słabości finansowych wydawano je jedynie w latach 1928–1929). W ciągu kolejnych miesięcy i lat KMN budował swoje podstawy ideowe, a jego członkowie pozostawali pod duchową opieką m.in. ks. pallotynów z Ołtarzewa oraz o. Jacka Woronieckiego, dominikanina; 8 grudnia 1927 roku kard. Aleksander Kakowski zatwierdził deklarację ideową „kamieniarzy”. W ciągu pierwszych trzech lat działalności KMN z różnych stron podejmowano próby zażegnania sporu między „Odrodzeniem” a „kamieniarzami”, co w 1929 roku skutkowało ponownym wchłonięciem części działaczy KMN do KSMA „O”; powrócili na łono organizacji m.in. Czesław Strzeszewski i Janusz Pajewski, a Chaciński ustąpił, przechodząc do tzw. senioratu. W KMN pojawili się zaś, obok starszych kolegów i koleżanek ze Stanisławem Brzezińskim na czele, młodsi działacze, w tym m.in. Michał Tadeusz Słomiński, syn prezydenta Warszawy – Zygmunta, powstaniec warszawski z 1944 roku i żołnierz NSZ (podobnie jak jego siostra Helena – Helunia Kurcyuszowa), czy Andrzej Ruszkowski, jeden ze współtwórców ONR, po wojnie działacz katolicki na emigracji i późniejszy profesor uczelni katolickich w Peru i w Kanadzie, czy też Władysław Pieńkowski, związany z ruchem narodowym, architekt, m.in. po wojnie twórca takich świątyń stołecznych jak kościół św. Michała na Mokotowie budowany w latach 1951–1966 czy dominikańskiej świątyni na Służewie, budowanej już pod koniec życia autora projektu, który zmarł w 1988 roku. Katolicka Młodzież Narodowa jako stowarzyszenie uważała, że młodzież katolicka winna być obecna w przestrzeni publicznej, zaangażowana w działalność społeczną. Stąd m.in. obok stałego pogłębiania formacyjnego KMN opiekowała się także młodszymi, np. prowadząc dla młodzieży męskiej od 14. do 18. roku życia świetlicę kulturalno-rozrywkową, zaś w życiu studenckim angażowała się w prace uczelnianej Bratniej Pomocy. W 1931 roku KMN wszedł w skład Związku Akademickich Stowarzyszeń Katolickich (ZASK), na czele którego stanął Władysław Pieńkowski. Moderatorem ZASK-u pozostał duszpasterz z kościoła akademickiego św. Anny, ks. Edward Szwejnic, główny organizator Akademickich Ślubów Jasnogórskich. (ks. Szwejnic od 1928 roku decyzją kard. A. Kakowskiego prowadził duszpasterstwo akademickie (DA) i pełnił funkcję rektora tej świątyni).

Obok KMN w pracach ZASK-u uczestniczyli: Sodalicja Mariańska (Akademików i Akademiczek oraz Absolwentek), Iuventus Christiana, Koło Księży Teologów, studenci Studium Filozoficzno-Religijnego, akademickie Koło Misyjne, Pomoc Bliźniemu oraz akademicki chór „Ambrosianum”. KSMA „Odrodzenie” nie włączyło się do ZASK-u. Aczkolwiek wszystkie te stowarzyszenia warszawskie miały charakter religijny, to jednak wśród aktywnych ich działaczy znaleźli się głównie członkowie lub co najmniej sympatycy ówczesnego ruchu narodowego. Niestety, z racji antydemokratycznego rozporządzenia Ministra Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego z 30 kwietnia 1933 roku o stowarzyszeniach akademickich ZASK musiał się rozwiązać, a KMN został afiliowany przy Uniwersytecie Warszawskim. Jego opiekunem z ramienia uczelni został prof. Władysław Tatarkiewicz, słynny filozof. Jednak dzięki autorytetowi ks. Szwejnica pozostała więź międzyśrodowiskowa, a DA przy św. Annie stanowiło centrum spotkań formacyjnych młodzieży akademickiej stolicy. W ciągu kolejnych lat, szczególnie w ostatniej dekadzie II RP, przez formację KMN przeszli studenci warszawskich uczelni, jednocześnie politycznie bardzo aktywni czy to w Stronnictwie Narodowym (od 1935 roku przejętym przez „młodych”), czy też w ONR-ABC i jego tajnej strukturze Organizacji Polskiej.

Do grona wybitnych działaczy KMN wypada zaliczyć także m.in. Wojciecha Dłużewskiego, obok Pieńkowskiego głównego organizatora słynnej pielgrzymki i ślubowań młodzieży akademickiej na Jasnej Górze z 24 maja 1936 roku, w czasie wojny żołnierza PSZ na Zachodzie, po wojnie współtwórcę i długoletniego kierownika (1961–1989) Katolickiego Ośrodka Wydawniczego „Veritas” w Londynie. Lista jest oczywiście dużo dłuższa. Znacząca większość działaczy KMN podzielała poglądy narodowe, wywodziła się jednocześnie z Obozu Wielkiej Polski i powstałego 14 kwietnia 1934 roku ONR-ABC z Janem Mosdorfem na czele. To właśnie w tym kręgu działaczy narodowo-katolickich i akademickich, w tym z KMN, w 550. rocznicę obecności obrazu Czarnej Madonny w Polsce – czyli w 1932 roku – zrodzi się idea włączenia akademików do corocznego pielgrzymowania na Jasną Górę. Idea została podchwycona przez bp. Antoniego Szlagowskiego, sufragana archidiecezji warszawskiej i dożywotniego, honorowego opiekuna młodzieży akademickiej (m.in. rektora UW w latach 1927–1928) oraz przez ks. Edwarda Szwejnica, a jej organizacją zajął się ZASK. Z kolei działacze ZASK-u podjęli współpracę przy tym dziele ze swoimi kolegami z Naczelnego Komitetu Akademickiego z prezesem Tadeuszem Fabianim na czele, narodowcem z ONR i KMN, z Centralą Akademicką Bratniej Pomocy ze znanym już nam Michałem Słomińskim z KMN, oraz z Ogólnopolskim Związkiem Kół Naukowych z jego przewodniczącym, działaczem ONR-ABC Juliuszem Sas-Wisłockim z Sodalicji Mariańskiej. W pielgrzymce z 1932 roku wziął udział bp Szlagowski i wygłosił dla młodzieży specjalne kazanie. Podobne uroczystości odbyły się w 1933 roku.

Jednym ze skutków pierwszych pielgrzymek akademickich stała się myśl wyrażona w lutym 1934 roku „obrania Matki Bożej za Patronkę Polskiej Młodzieży Akademickiej i złożenia Jej ślubowań” – jak pisał Janusz Krupski, autor najważniejszego do dziś szkicu o pielgrzymkach akademickich w II RP24. Zbliżała się (w 1936 roku) rocznica ślubów lwowskich króla Jana Kazimierza z 1656 roku. Inicjatorem obrania Matki Bożej za Patronkę Młodzieży Akademickiej, a w konsekwencji złożenia Jej ślubowania 24 maja 1936 roku na Jasnej Górze, był dr J. Sas-Wisłocki, sodalis, jednocześnie ONR-owiec z OP, towarzysko osoba związana ze środowiskiem Katolickiej Młodzieży Narodowej (KMN). Działacze ci uzyskali wstępną zgodę od kard. Aleksandra Kakowskiego, a organizację pielgrzymek akademickich na Jasną Górę i samego ślubowania, kardynał powierzył bp. Antoniemu Szlagowskiemu oraz ks. Edwardowi Szwejnicowi, duszpasterzowi akademickiemu ze św. Anny. Ten ostatni, choć zmarł nagle w 1934 roku, był też głównym autorem tekstu przyszłych ślubowań: „My młodzież akademicka, z całej Polski zebrana, prawowierni spadkobiercy odwiecznej praojców naszych pobożności, upadając u stóp Twoich Przenajświętszych, Ciebie, Matkę Bożą i Królowę Korony Polskiej, obieramy na wieczne czasy za Matkę i Patronkę Polskiej Młodzieży Akademickiej i oddajemy pod Twoją przemożną opiekę wszystkie wyższe uczelnie i Polskę całą” – brzmiały pierwsze słowa ślubów, które zostaną następnie odczytane 24 maja 1936 roku.

Od strony organizacyjnej przygotowaniami do pielgrzymki majowej zajął się, powołany w grudniu 1935 roku przez następcę ks. Szwejnica, ks. Edwarda Detkensa – późniejszego męczennika z Dachau i błogosławionego Kościoła katolickiego – Warszawski Komitet Akademickiej Pielgrzymki Jasnogórskiej. Na jego czele stanął Władysław Pieńkowski z KMN, a wspierali go w Prezydium najbliżsi koledzy i koleżanki z obozu narodowego, m.in. wspomniany Wojciech Dłużewski, działacz harcerski i członek ONR oraz OP, Jan Werner jako sekretarz generalny, także z KMN, czy Jan Szczęsny oraz Czesław Polkowski z Iuventus Christiana. Ten ostatni, przewodniczący ICh, był jednocześnie członkiem kolejno, Młodzieży Wszechpolskiej, OWP i ONR, ponadto harcerzem i współzałożycielem Związku Inżynierów Katolików. Został zamordowany przez Niemców w 1940 roku. Podobne Komitety w latach 1934–1935 powstawały we wszystkich miastach, ośrodkach akademickich, a zatem w Wilnie, we Lwowie, w Krakowie, Poznaniu i w Lublinie, a także organizowano się w Cieszynie i w Gdańsku. Na czele tych komitetów stali także na ogół narodowcy. Na początku maja 1936 roku warszawski Komitet – za zgodą pozostałych – został przemianowany na Centralny Komitet, reprezentujący wszystkich uczestników. Tego dnia, 2 lutego 1936 roku, na Politechnice Warszawskiej bp Szlagowski poinformował o powołaniu CK i zachęcił brać studencką do wzięcia udziału w pielgrzymce. Z racji własnych powiązań ideowo-politycznych część środowisk młodzieżowych, w tym m.in. KSMA „Odrodzenie”, z którego po zamachu majowym wyodrębnił się KMN warszawski, jak i np. ZHP – przejęty przez obóz piłsudczykowski, kontestowała fakt przygotowań i samej idei ślubowań. Co więcej ci ostatni – za pośrednictwem ks. Jana Mauersbergera, naczelnego kapelana ZHP – próbowali, na szczęście bezskutecznie, donieść prymasowi Polski o politycznym charakterze całej „imprezy”. Kardynał jednak po przyjęciu delegacji CK w składzie W. Pieńkowski – przewodniczący, W. Dłużewski i Cz. Polkowski – wszyscy jednocześnie z ONR i po wysłuchaniu ich racji, odrzucił te pomówienia: „Ależ proszę panów, to zmienia postać rzeczy. O tym nie wiedziałem. Widzę, że sprawa ma widoki powodzenia. Podzielam zdanie biskupa Szlagowskiego, błogosławię” – miał stwierdzić prymas Polski.

Sami organizatorzy także mieli w sobie niepokoje. Koncentrowały się one wokół kilku podstawowych pytań: jak oddzielić własne sympatie polityczne od religijnego i ponadczasowego charakteru pielgrzymki? W końcu ślubowanie wiązać miało akademicką społeczność na wieki, a nie jedynie na dzień 24 maja 1936. Jednocześnie wszyscy de facto główni organizatorzy – poza ks. Detkensem – wyrastali intelektualnie z lektur Romana Dmowskiego i ruchu wszechpolskiego, także swój katolicyzm i wyobrażenia etyczne „szlifowali” za sprawą prac i pism katolicko-narodowych, a nie jedynie konfesyjnych (przykładowo w środowisku tym ważną pozycją stała się książka Adama Doboszyńskiego Gospodarka narodowa wydana w 1934 roku, podejmująca najżywotniejsze kwestie dotyczące organizacji życia społeczno-gospodarczego narodu, w oparciu o filozofię św. Tomasza). W końcu kwietnia 1936 roku w warszawskim Domu Katolickim przy kościele Świętego Krzyża, siedzibie KMN, zebrali się delegaci ze wszystkich ośrodków akademickich. Otrzymywano ostatnie ustalenia i raporty z przygotowań do wyjazdu na Jasną Górę. Trwały gorączkowe przygotowania, z jednej strony ostatnie rekolekcje, z drugiej strony np. organizacja pociągów czy sprzedaż kart pielgrzymkowych – w stolicy – przed kościołem Wizytek i przed kościołem św. Aleksandra. Jak wspominał Gniazdowski, w efekcie: „Do Częstochowy młodzież przybyła przeważnie nad ranem [24 maja] specjalnymi pociągami. I tak: z Warszawy przybyło osiem pociągów, z Krakowa – dwa, z Poznania – trzy, ze Lwowa – dwa, z Wilna, Lublina i Cieszyna – po jednym”.

Z kolei Komitet Częstochowski witał przybyłych flagami rozwieszonymi w mieście. Nastrój spotkania z 29 kwietnia 1936 roku był zatem poważny, jak wspominała Aleksandra Jankowska (po mężu Żaryn, moja mama), wspierająca Jana Wernera w sekretariacie: „Plan dnia w Częstochowie jest opracowany przez Dłużewskiego; dokładniej, co do sekundy – sposób przyjęcia pielgrzymki, rozstawienie (delegacji) itd. – przez Łańcuckiego [?]. Doznaję pomieszanych uczuć radości i grozy. Radości, bo pielgrzymka przybiera rozmiary przez nas samych nieoczekiwane. Grozy – komuniści grożą atakiem albo co gorsze prowokacją… jest cały szereg możliwości i wszystkie są wzięte pod uwagę: bójki przy wyjeździe – w czasie jazdy, w zamkniętych przedziałach – w noc w Częstochowie, podczas ślubowania. […] Boimy się najbardziej prowokacji. Zanadto dobrze znamy O.N.R.; jeżeli komuniści ich sprowokują, czy oni wytrzymają bez reakcji? A jeżeli nie, to jak będzie wyglądać ten akt, który miał być wyznaniem naszej wiary, naszego „Credo!”. To ostatnie zebranie z końca kwietnia 1936 roku, odbywające się w obecności przedstawicieli wszystkich komitetów lokalnych i ks. Detkensa, ma główny cel: opracowanie specjalnej odezwy, która ma być przekazana wiernym, w tym studentom, dnia 3 maja: „Siedzimy wszyscy za zielonym stołem, z różnych krańców Polski, zjednoczeni jedną myślą – wspominała Aleksandra Jankowska – zdawałoby się sama elita, a jednak już wybucha spór tak gorący, w słowach tak gwałtowny, że ksiądz Detkens, trochę dotknięty, wychodzi z zebrania. Spór o „Odezwę” – na 3-ego maja ma być wydana odezwa do narodu polskiego; jedno zdanie brzmi następująco: „Akt ten (Pielgrzymka) jest zamanifestowaniem, że zawsze będziemy walczyć z wrogimi żywiołami masońsko-żydowskimi i innymi”. Ksiądz Detkens chce to skasować:
– Po co drażnić sfery rządowe, które mogą nam w ostatniej chwili odmówić udzielenia pociągów. Łańcucki i [Adam] Macieliński [reprezentant Lwowa, jednocześnie tamtejszego Stronnictwa Narodowego – J. Ż.] gwałtownie temu przeczą:
– Nie będziemy tchórzami! Dość walk pod przyłbicą; nie dadzą nam pociągów? Nie odważą się – wiedzą, czym to grozi! [Czesław] Polkowski łagodzi nastrój, ale przychyla się do zdania poprzedników.
– Ta odezwa musi być nasza, musi być młoda, nie możemy być zanadto rozważni, musimy zachować nasz młody poryw i naszą prawdę. Wreszcie wyraz «żydowski» zostaje usunięty – «masoneria» pozostaje. Wszyscy przedstawiciele środowisk mają się podpisać”. Odezwa kończyła się wezwaniem skierowanym do wszystkich wiernych, którzy zamierzali towarzyszyć braci studenckiej na Jasnej Górze: „A każdy, kto pragnie panowania praw Bożych w Polsce, niech się w tym dniu połączy z młodzieżą akademicką we wspólnej modlitwie, w jednym uczuciu wiary i miłości”. Najbardziej pracowite były ostatnie tygodnie majowe. Członkowie Centralnego Komitetu uwijali się, by sprostać zadaniom. Między innymi rozprowadzano bilety na PKP, pod zorganizowane wcześniej pociągi. „Zebrania kilka razy w tygodniu, a dyżury Komitetu co dzień. Zapisy, przy których nie obyło się bez większych emocji. Zapisy odbywały się nie tylko w Domu Katolickim, ale i w Bratnich Pomocach. Bojówki żydowskie przychodziły rozbijać okna i wprowadzać zamęt oczywiście w celu uniemożliwienia zapisów, ale i to nie pomogło. Wreszcie w ostatnich dniach odbyło się w Domu Katolickim wydawanie biletów (po 1000 dziennie). Ministerstwo Komunikacji nie dostarczyło ich na czas, wskutek czego jednego dnia trzeba było wydać 3 tysiące. To była robota! Ogonki czekających. Mieliśmy i różne polityczne kłopoty. 100 «strzelców» [działaczy obozu sanacyjnego] przyszło się zapisać. Musieliśmy ich mocno przetasować, po jednym w każdym wagonie, bo nam się ta ich nagła religijność mocno wydała podejrzana. Przez ostatnie dwa tygodnie odwiedzał nas jakiś major, mocno udekorowany (orderami) i zamęczał dwugodzinnymi «wylewami czułości», a badał przytem, dopytywał się jak mógł (o wszystko)! Cały Komitet uciekał przed nim jak przed zarazą, bo nie wiadomo było, czy to wariat czy szpieg” – wspominała A. Jankowska.

Szczęśliwie już dwa dni przed uroczystościami niedzielnymi organizatorzy przybyli z Warszawy na Jasną Górę. „Przyjechaliśmy do Częstochowy w piątek wieczór. Noc cudowna, cicha, jasna. Na stacji rozdzieliliśmy się na dwie grupy: męską, która jechała do klasztoru, i żeńską, która jechała szukać jakiego-takiego noclegu. Komitet miał mieć jeszcze posiedzenie u oo. paulinów. Wsiadłyśmy (na stacji kolejowej) w jednokonkę – furman z daleka już pokazywał nam wieżę Jasnogórską, świeciła jak wielka brylantowa kropla, bliższa, coraz bliższa, w miarę jak jechaliśmy wzdłuż Alei Najświętszej Marii Panny”. Jeszcze w sobotę u oo. paulinów odbyła się ostatnia odprawa, a potem już tylko skupienie i modlitwa. Przebieg samych uroczystości, z udziałem prymasa Augusta Hlonda i bp. Antoniego Szlagowskiego, rozwiał wszelkie wątpliwości co do utrzymania religijnego charakteru uroczystości.

Na Jasną Górę dotarło, według świadków, do 100 tys. wiernych. Od świtu 24 maja Częstochowa wypełniała się młodzieżą. „Koło mnie przechodziły zwarte szeregi młodzieży, a z nimi szła pieśń! Chwiały się w szarości dnia sztandary, jak ofiarne płomienie, i transparenty środowiskowe: Warszawa, idzie Uniwersytet, Politechnika, Korporacje, idzie Arkonia, Jagiellonia, Sarmacja, Welecja i inne, znajome twarze – moje środowisko. Potem idzie Lwów. To dziwne, znam tylko «prowodyra» [Adama] Macielińskiego [z SN], a jednak w tym dniu braterskiego zespolenia, równie bliscy jak ci z Warszawy. Lwów, najbardziej zwarte ideowo środowisko: jedna myśl, jedno kierownictwo. Jestem z nich dumna i lękam się ich niepohamowanego zapału i nierozwagi. Miał jednak rację ksiądz Edward Szwejnic, tak świetnie rozumiejący młodzież, gdy nas nauczał według słów Ewangelii: «bądźcie niewinni jak gołębie, a rozważni jak węże». Ale nam jest trudno o rozwagę. Zapałem chcemy wszystko złamać, siłą wszystko przeprowadzić! Lwów przyjechał gorący jeszcze, prosto z wypadków komunistycznych, z «krwawych dni lwowskich». Przy samym wyjeździe też były zajścia: atak komunistycznej bojówki na wsiadającą do wagonów młodzież. Mają jeszcze ogień na twarzach i w oczach, a nas znowu ogarnia niepokój na ich widok.

Już na stacji z trudem wymogliśmy na nich zostawienie ONR-owskiego proporczyka: wszyscy mają mieczyki w klapach. A tymczasem… od Radomia idzie słynny [Adam] Pacholczyk [z SN], tylekroć zamykany w Berezie za «wyczyny antyżydowskie»”. O 9.00 rano u szczytu rozpoczęły się uroczystości – jak prawie nigdy – w obecności oryginału Obrazu Czarnej Madonny. Tę chwilę wspominała A. Jankowska, będąca w centrum wydarzeń: „Wzgórze Jasnogórskie zaczerniło się mrowiem ludzkim; głowa przy głowie, ruchliwe, szumiące. […] Uformowała się procesja sztandarów. Nasz sztandar niósł [Michał] Więckowski, ja i Rena Maciejewska tworzyłyśmy eskortę. […] Procesja szła wzdłuż murów, na wałach. Cudowne chwile, bicie dzwonów i pieśni uderzały w niebo, klasztor wznosił się biały w słońcu; była w nim potęga i cisza, dziwne połączenie, najsilniejszy wyraz wiary. Obraz zawisnął nad ołtarzem i świecił, świecił… Niepodobna wypowiedzieć wrażenia, jakiego doznaje się wobec tych tłumów, że w ich obecności słychać szmer szarf poruszanych wiatrem Na podeście jest zgromadzone całe duchowieństwo z Prymasem i biskupem Szlagowskim na czele. Poza tym Prezydium Komitetu (Jasnogórskiego) i cztery sztandary (m.in. nasz) do poświęcenia. Nie umiem już w tej chwili opisać dokładnie programu uroczystości, ale wydaje się to bez znaczenia w porównaniu z wrażeniami, jakie przeżyłam. Gorzej, że właśnie tych wrażeń nie potrafię zamknąć w słowach. Słowa są na to zbyt małe i zbyt twarde, a zarazem zbyt słabe. Dusza moja złamałaby się w nich i rozpłynęła na drobny proch, bez wartości. Są rzeczy, są chwile, które przerastają nas tak bardzo, że my sami przestajemy istnieć w ich obliczu. Taka właśnie była ta chwila Ślubowania! – O co się modliłam podczas Mszy św., jeszcze z sercem przepełnionym tym boskim uniesieniem – tego także nie powiem. Pozostanie to tajemnicą między mną a Bogiem”.

Ceremonii przewodniczył prymas Polski, a homilię wygłosił bp Szlagowski: „Młode pokolenie akademickie przynosi swoje ślubowanie, w którym są zawarte wszystkie znamiona odrodzenia, ze ślubowania bowiem waszego powstaje moc, moc czynu, powstanie chwała, chwała pokoju, wiary i miłości. Młodzieży umiłowana, dajesz dziś wzór całemu narodowi, boś wyprzedziła naród cały, a wdzięczny naród ślubowanie twoje złoży w skarbnicy najszczytniejszych ideałów obok ślubów Jana Kazimierza, obok ślubowania [Tadeusza] Kościuszki [w Krakowie], obok Konstytucji [3] Majowej”. Przystępując do aktu ślubowania, ponownie przemówił bp Szlagowski, naukowiec i opiekun warszawskiej młodzieży akademickiej: „Młodzieży akademicka, godzina dziejowa bije! Wypowiedz swe ślubowanie”. I padły kolejne słowa długiego przyrzeczenia, w tym aktualne do dziś: „Przyrzekamy i ślubujemy, że wiary naszej bronić i według niej rządzić się będziemy w życiu naszym osobistym, rodzinnym, społecznym, narodowym, państwowym”. Tekst nawiązywał stylistyką do ślubowań króla Jana Kazimierza. Po złożeniu ślubowania zabrzmiał hymn narodowy i rozdzwoniły się dzwony we wszystkich częstochowskich kościołach. Złożono specjalne votum Matce Bożej, w formie ryngrafu zaprojektowanego przez inż. arch. Stanisława Gałęzowskiego. Po uroczystościach, po południu, odbyła się specjalnie przygotowana sesja naukowa. Przewodniczył jej kard. August Hlond, przemawiając do młodzieży. Tłumy przysłuchiwały się kolejnym przemówieniom. „Władek [Pieńkowski], wchodząc na podium, zatrzymał się przy nas na chwilę, więc zdążyłam mu szepnąć: «No i co? Wszystko dobrze!» – uśmiechnął się, ale wiem, że jeśli czego się lękał najbardziej, to właśnie tej akademii. Nastąpiły przemówienia:
• (przedstawiciela) Krakowa: O rozwoju historycznym idei maryjnej w Polsce,
• Gdańska: Maryja – gwiazda polskiego morza,
• Poznania: O znaczeniu ślubowania w życiu rodzinnym,
• Warszawy ([Czesław] Polkowski): O realizacji ślubowania w przyszłym naszym życiu,
• Cieszyna: O znaczeniu ślubowania dla wsi polskiej,
• Lwowa ([Zbigniew] Nowosad): O znaczeniu ślubowania w polityce, w nawiązaniu do ślubów Jana Kazimierza.
Tytuły, które tu podałam, nie są tytułami przemówień – to tylko własne moje zreasumowania w jednym zdaniu myśli przewodniej każdego z nich. Dobrze mówił Poznań. Bardzo silnie, chociaż bez dostatecznego przygotowania powiedział Polkowski. Największe na mnie wrażenie wywarła mowa Nowosada. Była bezwzględnie najlepsza, ale już przez to, że była podszyta polityczną gorączką, nie nadawała się na taką chwilę i momentalnie dało się odczuć pewne naprężenie i rozłam w jednolitej masie ludzi stojącej poza wałami. Nowosad mówił czwarty z rzędu i przemówienie to, nie tak jak poprzednie, wywołało burzę oklasków. Przerwał je Pieńkowski, który bardzo spokojnie przypomniał, że obraz jest na wałach, a zatem wzywa wszystkich do zupełnej ciszy i nieoklaskiwania mówców”.

Dopiero pod koniec uroczystości wróciły niepokoje, gdy „tłumy zaintonowały Boże coś Polskę, a potem My chcemy Boga!, ale w ciągu drugiej zwrotki Lwów zaintonował Hymn Młodych [ONR-u] i te dwie pieśni rozbrzmiewały razem jakby w bolesnej walce o pierwszeństwo” – wspominała uczestniczka ślubowań. O godz. 17.00 odprawiono nabożeństwo kończące uroczystości; pierwsze grupy młodzieży zaczęły wracać podstawionymi pociągami, a oo. paulini wnieśli procesjonalnie Cudowny Obraz do kaplicy. Prasa narodowa relacjonowała uroczystość, pisząc o niej w uniesieniach, prasa katolicka – związana z nurtem chadeckim, powściągliwie. Obóz rządzący – krytycznie. Przyznawali jednak wszyscy, że w ślubowaniach wzięło udział zapewne do 20 tys. studentów (wg innych szacunków 19 tys.), czyli blisko 40% wszystkich studiujących, a ponad 50% rzymskich katolików. Towarzyszyły im tłumy liczące ponad 80 tys. pielgrzymów, w tym zapewne rodziny studentów. Dzień ten miał stać się według organizatorów fundamentem wychowania polskich studentów. Od tej pory co roku kolejne roczniki akademików i akademiczek miały zmierzać śladami swych starszych kolegów i koleżanek, by pokłonić się Królowej Polski. Tej pięknej tradycji nie zatrzymał czas wojny. Słynny duszpasterz, kaznodzieja i konspirator pauliński na Jasnej Górze o. Polikarp Sawicki skontaktował się tajnymi kanałami – jak pisał o. Janusz Zbudniewek – ze wszystkimi ośrodkami duszpasterstwa akademickiego, którym zaproponował coroczne spotkania jasnogórskie w okolicy daty majowych ślubowań. Program obejmował nie tylko powtórzenie samego aktu ślubowań, ale także referat programowy i dyskusję, a następnie po nabożeństwie przyjęcie kolejnego hasła pracy na rok bieżący. Nabożeństwa i spotkania odbywały się nocą. Udział brali studenci uczący się na kompletach, ale także kapłani, jak ks. płk Tadeusz Jachimowski, naczelny kapelan AK. Dwukrotnie w pielgrzymkach akademickich na Jasną Górę wziął udział w warunkach konspiracji młody student polonistyki UJ, przyszły kapłan, kardynał i papież, św. Jan Paweł II. (widnieje jego podpis w 1942 i w 1943 roku).

Czas PRL okazał się wyzwaniem trudniejszym. Młodzież akademicka z prymasem Hlondem i bp. Szlagowskim na czele, jej opiekunem, przyrzekli Maryi i sobie 24 maja 1936 roku, że słowa wypowiedziane na Jasnej Górze nie podlegają „renegocjacjom”. Mają obowiązywać na zawsze. Oby mieli rację!