158. rocznica urodzin Romana Dmowskiego

158 lat temu, 9 sierpnia 1964 roku, urodził się Roman Dmowski.

Przyszedł na świat we wtorkowe popołudnie 9 sierpnia 1864 roku w rodzinie Walentego, majstra brukarskiego i dzierżawcy pobliskich jezior skaryszewskiego i gocławskiego, na podwarszawskim Kamionku, w parterowym domu u zbiegu dzisiejszych ulic Zamoyskiego i Lubelskiej, nieopodal południowego pawilonu Rogatki Grochowskiej.

Warszawa trwała w głębokiej żałobie. Zaledwie pięć dni wcześniej na stokach Cytadeli, w obecności 30 tysięcy mieszkańców, Rosjanie powiesili Romualda Traugutta i czterech członków rządu Powstania Styczniowego. Rozpoczynała się epoka represji i beznadziei.

Młodości „budziciela duszy polskiej”, który tę nadzieję przywrócił, został poświęcony odczyt wygłoszony 20 lutego 1938 roku przez jego bliskiego przyjaciela, biografa i wybitnego literaturoznawcy, profesora Ignacego Chrzanowskiego. Miejscem była aula Uniwersytetu Jagiellońskiego, okazją akademia dla uczczenia piętnastolecia działalności Młodzieży Wszechpolskiej.

Ignacy Chrzanowski
MŁODOŚĆ ROMANA DMOWSKIEGO

Henryk Rzewuski, człowiek pod względem moralnym nieciekawy, ale pod względem umysłowym wcale niepospolity, myślący, ze szczególnym upodobaniem wgłębiający się w charakterystykę innych ludzi i całych narodów, powiedział kiedyś, że Polak niczego tak się nie lęka, jak obmowy i potwarzy, nawet tych, którymi pogardza; nie ma ofiary, co by jej nie był gotów uczynić dla rozpowszechnienia dobrej o sobie opinii, nie tylko poważniejszych towarzystw, ale nawet uliczników.

Jeżeli to prawda, to Roman Dmowski jest Polakiem wyjątkowym. Sypały się na niego i do dziś dnia sypią się obmowy i potwarze, a on milczał i do dziś dnia milczy. Dlaczego? Czy może dlatego, że w dumnym i szlachetnym przeświadczeniu o swoich wielkich zasługach narodowych, miałby prawo mówić sobie z Kochanowskim: A co mi za żywota ujmie czas dzisiejszy, to po śmierci nagrodzi z lichwą czas późniejszy? Nie! On z pewnością wie doskonale, że im dalej w czas, tym więcej będzie w Polsce ludzi, którzy za to, co dla niej zrobił, będą mu płacili nie tylko wdzięcznością i miłością, ale czcią i uwielbieniem.

Wie także doskonale, co jest bodaj czy nie najgłówniejszym źródłem tych obmów i potwarzy: oto są ludzie, którzy wybitnemu, a cóż dopiero tak wyjątkowo wybitnemu, jak Dmowski wybaczą wszystko, nie wyłączając obrazy honoru, z jednym wszakże wyjątkiem: nigdy nie zapomną mu tego, że nie oni, tylko on miał słuszność.

A przecież nie obmówcy i potwarcy Dmowskiego, tylko on miał słuszność nie tylko w swoich trzeźwych i jasnych sądach o teraźniejszości, ale i w swoim przewidywaniu przyszłości. Kiedy się czyta jego książkę pt. „Niemcy, Rosja i kwestia polska”, a nade wszystko kiedy się weźmie pod uwagę jego działalność podczas wojny, to mimo woli przypomina się to, co Tucydydes powiedział Temistoklesie: Często wysnuwał trafne wnioski o przyszłości i wyniknąć stąd mogące następstwa szczęśliwie odgadywał; sprawę równie jasno ułożyć i prowadzić umiał; rozumem nadstarczał, w czym mu na doświadczeniu zbywało; w rzeczach wątpliwych przewidywał, co najgorszego i co najpomyślniejszego zdarzyć by się mogło; na koniec siłą wrodzonego geniuszu, bystrością rozumu, dociekał od razu, do czego innym długiego namysłu potrzeba i, dodajmy od siebie, do czego innym nawet długi namysł nie pomoże.

Otóż to wszystko jeszcze nie tłumaczy nam, dlaczego Dmowski zachowuje tak wielki spokój i to nie tylko wobec tych, którzy, rozumiejąc jego zasługi, wielbią go i kochają, ale i wobec tych, którzy, nie rozumiejąc ich, (albo też rozumiejąc, lecz bojąc się z zazdrości przyznać, że rozumieją) milczą o nich grobowo albo nawet nienawidzą go i potwarzą. Oto patriotyzm jego posiada jedną wspaniałą, tak rzadką, nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie, cechę, tę mianowicie, którą określił wielki odrodziciel oświaty polskiej, Stanisław Konarski, wkładając w usta bohatera swojej tragedii, Epaminondasa, te słowa: Sprawiedliwości nie chcę! Nikt mi nic nie winien: uczyniłem, co byłem uczynić powinien; czyż słusznie o nagrodę taki się odzywa, który tylko powinność swoją wykonywa? Nie masz zasług: to, co my zowiemy zasługi, są tylko ku Ojczyźnie wypłacone długi. Ojczyzna nic nam nie jest winna: Ona – pani, my – jej więźnie, jej sługi, jej obowiązani… Jej więc wolno krwi, ozdób, fortun naszych zażyć, my powinniśmy dla niej wszystko z życiem ważyć, nie żebyśmy się od niej dopominać nowych wdzięczności mieli lub nagród jakowych.

Przyszły biograf Dmowskiego będzie miał prawo umieścić te słowa, jako motto życiorysu, bo on naprawdę wszystko, co dla Polski zrobił, poczytuje nie za zasługę, którą by tak czy inaczej nagrodzić czy uczcić należało, tylko za prostą spłatę zaciągniętego względem Ojczyzny długu. Czy nie dziwny człowiek?

My jednak, ludzie mniej dziwni, nigdy nie zgodzimy się na to, żeby ten człowiek zasług wobec Ojczyzny nie położył, jakie – to wiemy wszyscy. Więc zamiast o nich mówić, niechaj wolno będzie kilka słów o tym, o czym prawie nikt nie wie, o jego dzieciństwie, o jego młodości, o jego latach szkolnych, uniwersyteckich i o kilku latach pouniwersyteckich. A proszę wierzyć, że to wszystko, co się tutaj powie, jest oparte albo na ustnej, nigdy nie zapisanej opowieści samego Dmowskiego, albo też na wspomnieniach mej własnej młodości i znajomości tej atmosfery, którą Dmowski oddychał w szkole średniej i w uniwersytecie warszawskim za najgorszych czasów jarzma rosyjskiego w Królestwie, kiedy to na czele szkolnictwa stanął w roku 1879 Apuchtin, a wkrótce później na czele całego kraju – generał Hurko.

*

Roman Dmowski, urodzony dnia 9 sierpnia r. 1864, pochodził po ojcu Walentym z drobnej, zubożałej szlachty podlaskiej, a po matce, Józefie Lenarskiej, z drobnego mieszczaństwa warszawskiego. Ojciec zarabiał ciężko na kawałek chleba, jako robotnik brukarski na Pradze pod Warszawą, później jako drobny przedsiębiorca i właściciel kawałka gruntu z domkiem, który spłonął podczas bitwy pod Grochowem. Rodzeństwa było siedmioro; dziś żyje jeden już tylko Roman. W rodzinie panowała wytężona praca i oszczędność, połączona z bardzo surową, iście staropolską dyscypliną wychowania dzieci, które zaznawały więcej plag, aniżeli pieszczot. Roman był dzieckiem chorowitym: mięśnie na szyj i nie mogły utrzymać głowy na karku – długo nosił ją spuszczoną na piersi; ale zabawy na świeżym powietrzu wzmocniły go – i do dziś nosi, no, i ma głowę na karku.

Odpis metryki chrztu Romana Dmowskiego w dn. 13 listopada 1864 r. w kościele Matki Boskiej Loretańskiej. Fot. wg szukajwarchiwach.pl

Umysłowo rozwijał się bardzo szybko – w piątym roku życia sam nauczył się czytać i kobiety przepowiadały mu, że będzie z niego ksiądz i kaznodzieja. Uczył się od dziewiątego roku życia w szkółce elementarnej na Pradze, (jeszcze przed rusyfikacją szkolnictwa), potem w trzyklasowej szkole miejskiej w Warszawie, a w r. 1876 wstąpił do pierwszej klasy gimnazjum III w Warszawie. Ja w tym samym roku wstąpiłem do drugiej klasy gimnazjum V, ale co się dzieje w trzecim, wiedzieliśmy doskonale: nie było innego gimnazjum, w którymby umiłowania rusyfikacji były tak gorliwe i niegodziwe; wszyscyśmy słyszeli o straszliwym nikczemniku, jakim był nie dyrektor tego gimnazjum, Sołncew (bo ten był niedołęga), ale inspektor Troicki. Na szczęście, z wyjątkiem języka rosyjskiego i historii Rosji, wszystkich innych przedmiotów uczyli jeszcze Polacy, a wśród nich późniejszy profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego językoznawca Lucjan Malinowski, oraz inny językoznawca, Hieronim Łopaciński.

W pierwszych latach gimnazjalnych Dmowski odznaczał się, i to bardzo wybitnie, próżniactwem; w drugiej, trzeciej, czwartej klasie siedział po dwa lata. Od klasy piątej dopiero wziął się do roboty – ostrogą była mu pochwała prof. języka polskiego Skrzetuskiego, który, oddając Dmowskiemu wypracowanie domowe oznajmił wobec całej klasy: Sienkiewicz był moim uczniem i Dmowski jest moim uczniem. Było to już w roku 1883, kiedy w odcinku „Słowa” zaczęło się ukazywać „Ogniem i mieczem”. Z innych przedmiotów szkolnych przykładał się zwłaszcza do języków starożytnych; łacinę – dzięki pełnej zapału lekturze autorów rzymskich – owładnął tak, że do dziś dnia improwizuje niekiedy mowy łacińskie, do złudzenia naśladując styl Cezara; nie tak to dawno jeszcze, kiedy jeden z przyjaciół, także wychowaniec gimnazjum rosyjskiego w Warszawie, odpowiedział mu na zebraniu towarzyskim mową w stylu Cycerona. Lecz nauka szkolna Dmowskiemu nie wystarczała. Już w klasie czwartej czy piątej, wraz ze swym kolegą Władysławem Korotyńskim (późniejszym redaktorem „Kuriera Warszawskiego”) założył kółko uczniowskie pod nazwą Strażnica, którego celem było kształcenie się w przedmiotach, zaniedbanych albo i nie dopuszczonych w gimnazjum rosyjskim; zwłaszcza w historii, geografii i literaturze polskiej, oraz w naukach przyrodniczych. Kółko miało swoją bibliotekę, w której, pomiędzy innymi, były dzieła Buckle’a, Drapera i Spencera; że się uczniowie zaczytywali w „Prawdzie” Świętochowskiego i w „Przeglądzie Tygodniowym” Wiślickiego, to jasne – pochłanialiśmy te pisma wszyscy – ku zgorszeniu księży prefektów.

Jeden szczegół z działalności owego Kółka warto tu przytoczyć. Kiedy pewien kolega zaczął na zebraniu propagować socjalizm, Dmowski na zebraniu wstępnem wygłosił odczyt pt. „O stronnictwach politycznych i stosunku młodzieży do nich”; uzasadniał tu swój pogląd, że młodzież szkolna powinna się tylko uczyć, a nie wdawać się w politykę – z wyjątkiem walki z duchem policyjnym szkoły i z rusyfikacją. Tę walkę rozpoczął Dmowski już w gimnazjum, a bronią jej były, pomiędzy innemi, wierszyki satyryczne, które obiegały po wszystkich gimnazjach warszawskich. Jeden z nich miał tytuł „Dziesięcioro przykazań”. Kończył się tak: Będziesz miłował wszystko, co cię z grzechu myje, – więc i bat; całuj rękę, co tym batem bije; – miłuj bliźniego swego, donosząc na niego; jeślibyś nie donosił, bieda będzie z tego; jeśli będziesz posłuszny, jako syn zależny – to za to ci powiedzą, żeś błogonadzieżny.

W roku 1883 umarł Dmowskiemu ojciec; rodzinie bieda zaświeciła w oczy; Roman musiał zapracowywać się korepetycjami i uszczuplać sobie godzin snu, ale pracować nad sobą nie przestał; czytał trochę mniej, lecz myślał coraz więcej – i ta cecha pozostała mu do dziś dnia; mało było i jest ludzi w Polsce, których myśl byłaby tak samodzielna i śmiała.

Po ukończeniu gimnazjum w 22 roku życia zapisał się w Uniwersytecie Warszawskim na wydział przyrodniczy. Zaczęła się w jego życiu, jak to sam nieraz będzie później opowiadał, nowa epoka, a to dlatego nade wszystko, że skończyły się upokorzenia, jakich doznawał od profesorów, a czasem i kolegów, którzy nieraz szydzili z niego, że jest „zapóźnionym nieukiem”, że jest pełnoletni, a nie ma jeszcze matury.

Głaz ustawiony 28 czerwca 1991 r. u zbiegu ul.  Lubelskiej i Alei Wedla nad brzegiem Jeziorka Kamionkowskiego, w pobliży miejsca urodzin Romana Dmowskiego

II

To nowe jego życie płynęło teraz trzema głównemi strumieniami. Pierwszym były studia przyrodnicze, szczególnie biologia i zoologia. Po czterech latach zdał świetnie egzamina i po złożeniu rozprawy otrzymał stopień kandydata; rozprawa miała tytuł: „Studia nad wymoczkami. O kilku wymoczkach z rzędu Holotricha”, i była napisana oczywiście po rosyjsku. I tu warto wtrącić jeden znamienny dla Dmowskiego szczegół. Ani głębia jego myśli, ani jego pogląd na życie, jako na coś bardzo poważnego, nigdy mu nie przeszkadzały i do dziś dnia nie przeszkadzają do folgowania swej przyrodzonej wesołości i swemu humorowi – mało jest ludzi, którzy by tak lubili różnorodne dowcipy i koncepty. Otóż swoją rozprawę rosyjską umyślnie naszpikował tak strasznymi polonizmami, że profesor języka rosyjskiego, osławiony Sergiusz Kułakowski, który z urzędu musiał czytywać wszystkie rozprawy kandydackie, z trudem się zgodził na przyjęcie rozprawy pomimo nader pochlebnej oceny specjalistów. Skończyło się na ocenie „dostatecznie”. Dodajmy, że w rok po ukończeniu uniwersytetu ogłosił Dmowski swą rozprawę drukiem oczywiście po polsku w „Pamiętniku Fizjograficznym”.

Obok studiów uniwersyteckich – lektura książek z dziedziny tak modnej wśród owoczesnych studentów warszawskich socjologii, zwłaszcza badań nad pierwotnymi dziejami rodzaju ludzkiego; „Początki rodziny” Giraud Teulona, „Społeczeństwo pierwotne” Lewisa Morgana, „Początki cywilizacji” Johna Wilhelma Lubbocka, nie mówiąc już o „Socjologii” i innych pismach filozoficznych Herberta Spencera, – były dla nas chlebem powszednim, na równi z dziełami Darwina. Tylko że tutaj niechaj wolno będzie raz jeszcze powiedzieć, – Dmowski dużo czytał, ale dużo jeszcze więcej myślał, co się też odbiło na jego wspaniałym czole.

Wreszcie – strumień trzeci: działalność polityczna. Wkrótce po wstąpieniu Dmowskiego do uniwersytetu we wszystkich uniwersytetach, rosyjskich, szwajcarskich, francuskich i niemieckich, gdzie się tylko młodzież polska kształciła, powstały wśród niej – z ramienia Ligi Polskiej, na której czele stał Teodor Tomasz Jeż – tajne organizacje; ich organizatorem był Zygmunt Balicki. Uniwersytet Warszawski nie stanowił wyjątku: powstał w nim t.zw. Związek Młodzieży, utworzony na gwałt z młodzieży narodowej i z rozbitków młodzieży socjalistycznej – po słynnym procesie „Proletariatu”, który się zakończył powieszeniem w Warszawie pięciu członków (w ich liczbie jednego z moich kolegów – Sławińskiego). Dmowski wstąpił do Związku Młodzieży, objął główne kierownictwo, – i natychmiast rozpoczął walkę z socjalistami, która się skończyła tym, że jedenastu socjalistów ze Związku wystąpiło. Było jeszcze inne stowarzyszenie na pół tajne, t.zw. „Koło Delegatów”, składające się z przedstawicieli kół regionalnych, to znaczy tych kół, w które się zrzeszali wychowańcy różnych gimnazjów w Królestwie. Otóż Związek Młodzieży postanowił wytknąć kierunek zarówno tym kołom regionalnym, jak „Kołu Delegatów”, – kierunek ściśle narodowy. Zaczęła się walka między dwoma obozami, bo w Kole Delegatów byli i socjaliści. Rozgorzała w roku 1890. Nie byłem już wówczas w Uniwersytecie Warszawskim, ukończyłem bowiem studia w r. 1888, ale odgłosy walki mnie dochodziły, albowiem brzmiała nimi cała Warszawa.

Rzecz była taka. W tym roku 1890, przed Wielkanocą, wybuchły rozruchy antyrządowe nasamprzód w Akademii Rolniczej w Moskwie, a tuż potem w Uniwersytecie Moskiewskim. Chciano je koniecznie rozszerzyć na wszystkie uniwersytety rosyjskie, nie wyłączając warszawskiego. Wysłano tedy do Warszawy delegata – Rosjanina; wzięli go pod swoją opiekę studenci – socjaliści i postanowili zorganizować rozruchy w Uniwersytecie. W tym celu zwołali tajne posiedzenie Koła Delegatów i przeprowadzili swój wniosek. Dmowski w tym posiedzeniu nie uczestniczył, nie był bowiem delegatem, tylko zastępcą delegata. Dowiedziawszy się, co zaszło i będąc śmiertelnym wrogiem solidaryzowania się z młodzieżą rosyjską, tego samego dnia jeszcze wezwał na posiedzenie Związek Młodzieży i zainterpelował tych związkowców, którzy należeli także do Koła Delegatów, jakim prawem i w jakim celu oświadczyli się za rozruchami. Usłyszał odpowiedź, że delegat rosyjski wygłosił wielką mowę, w której oznajmił, iż studenci rosyjscy wśród postulatów, jakie postawią rządowi, będą się domagali spolszczenia Uniwersytetu Warszawskiego. Dmowski wiedział doskonale, że to fałsz, a w najlepszym razie gruszki na wierzbie i odezwał się mniej więcej w te słowa: Postąpienie wasze jest występkiem organizacyjnym, bo Koło Delegatów nie miało prawa uchwalać rozruchów, więc powinniście być ukarani. Lecz obecnie nie ma czasu na sąd, trzeba myśleć, jak naprawić zło, któreście zrobili. Zwołajcie na jutro nowe posiedzenie na które i ja przyjdę, jako zastępca swego delegata z Koła gimnazjum III .

Nazajutrz rano zgromadziło się Koło Delegatów. Wstał Dmowski i zaproponował, żeby się Koło, które nie jest instytucją do organizowania czynów rewolucyjnych, natychmiast rozwiązało, i żeby się po rozwiązaniu zawiązało w nowe Koło, mianowicie… w „Komitet Rozruchów na Uniwersytecie Warszawskim”. Rozległy się szalone oklaski, zwłaszcza ze strony socjalistów. Wniosek Dmowskiego przeszedł prawie jednomyślnie; nie dosyć na tym: jego samego wybrano na przewodniczącego tego Komitetu. Wówczas wstał ponownie i oświadczył, że ze wszystkich sił będzie się starał, ażeby „Komitet rozruchów” nie dopuścił… do rozruchów. Usiadł i czekał, czy go nie wyrzucą za drzwi. Nastała cisza. Niektórzy delegaci kółek prowincjonalnych opuścili salę; Dmowski wybiegł za nimi do przedpokoju i prosił żeby wrócili. Zdziwienie było tak wielkie, że nie uchwalono nic. Dopiero wieczorem tegoż dnia, na posiedzeniu „Związku Młodzieży”, socjalista Goldberg zażądał od Dmowskiego, żeby jasno powiedział, dokąd prowadzi jego polityka. Usłyszał odpowiedź: Żeby nie było rozruchów. Wtedy Goldberg oświadczył, że nie może popierać tej chytrej polityki i prosił kolegów, aby zdecydowali przez głosowanie, czy wobec tego on, Goldberg, może pozostać w organizacji, czy też ma z niej wystąpić. Znaczną większością głosów oświadczono się za jego wystąpieniem. Goldberg wyszedł, poczym, jak opowiadał mi Dmowski (powtarzam dosłownie) pozostali omal że nie zapłakali chóralnie – powstała jakaś histeryczna cisza. Nie uchwalono nic. Dopiero nazajutrz, na posiedzeniu „Komitetu rozruchów”, socjaliści poprzednio porozumiawszy się z sobą, oświadczyli przez jednego ze swoich mówców, że kiedy młodzież opanował święty ogień rewolucyjny, rozbiła ją na frakcje i frakcyjki chytra jezuicka ręka i stłumiła święty zapał. Zrywamy z tym zebraniem i idziemy urządzać rozruchy. Po czym opuścili salę, a Dmowski odezwał się:

Koledzy! proszę, abyście, każdy z kolei powstając, dali słowo honoru, że to, co zaraz powiem, nie wyjdzie poza mury tego lokalu. Co gdy się stało, mówił dalej: Zrobimy wszystko, co tylko będzie w naszej mocy, żeby tym, co przed chwilą wyszli, uniemożliwić organizowanie rozruchów. Jeśli jednak rozruchy będą i władza zastosuje do nich represje, my się za kolegów ujmiemy.

Do rozruchów jednak nie doszło, może nie tyle dzięki spokojnej odezwie młodzieży narodowej, zwalczającej gwałtowną odezwę młodzieży socjalistycznej , ile dzięki wakacjom wielkanocnym, bo owe zebrania odbyły się już na początku Wielkiego Tygodnia. Po wakacjach o rozruchach już prawie mowy nie było; większość studentów zrozumiała, że polskiej młodzieży groziły one daleko sroższymi represjami, aniżeli rosyjskiej. Dmowski zwyciężył – w tej pierwszej swojej wojnie politycznej.

Roman Dmowski w 1886 r.. Fot. wg „Roman Dmowski 1864-1939. Życiorys – Wspomnienia – Zbiór Fotografii”. Poznań 1939

W rok później, już po ukończeniu uniwersytetu Dmowski zainicjował i zorganizował wśród studentów uroczysty obchód setnej rocznicy Konstytucji 3 maja pod postacią wielkiego pochodu od ruin kaplicy w Ogrodzie Botanicznym do Katedry św. Jana. Na razie represji nie było; dopiero po kilku miesiącach zaczęły się śledztwa; Dmowskiego osadzono w Cytadeli. Odsiedziawszy karę, wyjechał na jesieni tegoż 1891 roku do Paryża. Bawił tu osiem miesięcy – i myślał, co robić dalej, czy poświęcić się nauce, mianowicie biologii, którą tak bardzo w uniwersytecie ukochał, czy polityce. Stanowczej decyzji nie powziął: żal mu było rozstawać się z nauką, ale poczucie odpowiedzialności wobec własnego sumienia i wobec swego narodu przemawiało za polityką. Decyzję ułatwił rząd rosyjski. W drodze powrotnej z Paryża Dmowski otrzymał z trzech stron ostrzeżenie, że na granicy będzie aresztowany i radę, żeby nie wracał. Nie usłuchał – nie chciał za nic na świecie zostać emigrantem. Na stacji Granica aresztowano go – w pierwszych dniach sierpnia r. 1892, pod strażą przewieziono go do Warszawy i osadzono w Cytadeli. Więzienie trwało pięć miesięcy – i tutaj dopiero zapadła już stanowcza decyzja na korzyść polityki. Odtąd zawsze będzie mówił Dmowski i do dziś dnia mówi, że ten drugi pobyt w Cytadeli stanowi drugą epokę w jego życiu – właśnie dlatego, że zapadła decyzja. I mówi jeszcze, że w Cytadeli zrozumiał, czem jest dla człowieka klasztor.

Dnia 2 stycznia r. 1893 wypuszczono go na wolność, a raczej nie na wolność, bo go oddano pod dozór policyjny w Warszawie – aż do wydania wyroku. Wyrok zapadł dopiero po dziesięciu miesiącach, przygotowany przez żandarmerię warszawską, a podpisany przez cesarza: Romanowi Dmowskiemu zalicza się pobyt w więzieniu jako kara za zorganizowanie manifestacji w dniu 3 maja r. 1891 i wydala się go z granic Kraju Nadwiślańskiego; nie wolno mu także przebywać ani w Kraju północno-zachodnim, ani w stolicach (t. j. w Petersburgu i w Moskwie), ani w guberniach stołecznych, ani w żadnem mieście uniwersyteckiem. Ten wyrok opiewał na lat trzy.

Za miejsce pobytu obrał sobie Dmowski Libawę, ale i tam go nie przyjęto ze względu, że był to port wojenny, osiadł tedy w Mitawie. Tutaj to zaczął obmyślać plan czasopisma politycznego – wszechpolskiego, t. j. dla wszystkich trzech zaborów. Uśmiechnęło mu się szczęście. Za decyzją Ministra Spraw Wewnętrznych otrzymał pozwolenie przeniesienia się do Kremieńczuga w guberni połtawskiej z prawem zboczenia do Warszawy na trzy dni w sprawach rodzinnych. Jakoż przyjechał na trzy dni do Warszawy ale trzeciego dnia nie pojechał do Kremieńczuga, tylko uciekł do Lwowa. Było to w lutym r. 1895.

Od miesiąca wychodził we Lwowie „Dwutygodnik polityczny, społeczny i ekonomiczny” p. t. „Przegląd Wszechpolski”. Tutaj to zaczęły się ukazywać wnet po przybyciu Dmowskiego do Lwowa jego artykuły p. t. „Z całej Polski”. A dn. 15 lipca tegoż roku ukazał się zeszyt pierwszy podpisany przez niego, jako redaktora. To początek jego jawnej działalności politycznej – w trzydziestym roku życia. Skończyła się młodość zaczął się wiek męski.

III

Mówi Mickiewicz:

Polały się łzy me czyste, rzęsiste

Na me dzieciństwo sielskie, anielskie,

Na moją młodość górną i durną,

Na mój wiek męski, wiek klęski,

Polały się łzy me czyste, rzęsiste.

Dzieciństwo Dmowskiego nie było ani sielskie, ani anielskie, co nie przeszkadza zresztą, że wspomina je z serdeczną miłością. A młodość czy była górna? O, tak, bo przyświecała jej miłość nauki i Polski. Czy była jednocześnie „durna” – tak, jak ten wyraz pojmował Mickiewicz, t. j. pełna „szału” czyli entuzjazmu? Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że tak, tylko że nie był to entuzjazm romantyczny, ale zrównoważony wciąż potężniejącą, zdumiewająco trzeźwą w młodym człowieku refleksją. Lecz i romantycznego entuzjazmu nigdy, ani w młodości, ani później nigdy Dmowski nie lekceważył. Oto jego własne słowa: Zasady mierzenia zamiaru według sił, w istocie słusznej, bardzo łatwo nadużywać dla usprawiedliwienia lenistwa i braku odwagi. Tymczasem wielkie zamiary, wielkie cele, bardzo na pozór przerastające siły, bywają przeważnie urzeczywistniane, jeżeli ci, co je sobie stawiają, wiedzą dobrze, do czego idą, i wszystkie swe siły ku jednemu zwrócą celowi. Wtedy siły rosną ponad oczekiwanie.

­            Niechaj wolno będzie nazwać te słowa Dmowskiego treścią jego własnego życia, od czasu, kiedy zaczął samodzielnie myśleć, pragnąć i działać, wszystkie swe siły ku jednemu zwracając celowi – ku odrodzeniu Polski. I siły rosły mu ponad oczekiwanie. I dlatego jego wiek męski był nie wiekiem klęski, tylko wiekiem zwycięstwa. Tak! Zwycięstwem było zwalczanie trójlojalizmu i uświadamianie narodu, że pomimo trzech zaborów, jest wszechpolski, to znaczy jeden; zwycięstwem były „Myśli nowoczesnego Polaka”, będące koroną naszej porozbiorowej literatury politycznej, zwycięstwem było zbudzenie w narodzie wiary, że się zbliża chwila, kiedy niepodległość odzyska; zwycięstwem była praca jego rozumu politycznego podczas wojny, praca, która się uwieńczyła odbudowaniem Polski na kongresie wersalskim.

Czy jego praca powojenna nad narodem polskim będzie także zwycięstwem? To już nie od niego zależy, ale od pracy młodszego i najmłodszego pokolenia, które on wychował. Niechże ono tę ideę narodową, którą on wysnuł ze swej wielkiej głowy i ze swego gorącego serca, ukocha i pielęgnuje tak, jak on ją do dziś dnia kocha i pielęgnuje!

I niechaj to młodsze i najmłodsze pokolenie którego kwiatem jesteście Wy, młodzież uniwersytecka, pełni tę pracę tak, jak on ją pełnił i pełni, to znaczy niech ją poczytuje nie za zasługę, tylko za święty obowiązek wobec Ojczyzny.

I w tej pracy – szczęść Wam, Boże! Źródło: „Myśl Narodowa. Tygodnik poświęcony kulturze twórczości polskiej” 18: 1938 nr 23 z dn. 29 maja i nr 24 z dn. 5 czerwca, s. 353-354, 370-372.

Tablica upamiętniająca chrzest Romana Dmowskiego odsłonięta na elewacji kościoła Matki Boskiej Loretańskiej  w dn. 31 maja 2020 r.